Przejdź do treści
4 OPOWIADANIA
ProzaSabina Misiarz-Filipek
PROZA

4 OPOWIADANIA

Opublikowano w: Nr 02•2025 [15]

Edit Piaf

Akurat jestem na Korfu, kiedy ona strzyże pudla. Pudel jest w porządku, ale bez przesady – nie taki, żeby robić z tego religię.

Biorą to na poważnie – idą we dwójkę na specjalny kurs strzyżenia pudli. Dwudniowy: teoria i praktyka. Nie ma tu miejsca na pomyłkę. Strzyżenie pudli to poważna sprawa.

Maszynka wydaje równomierny, lekko wibrujący dźwięk. Svetlana przesuwa ją powoli po grzbiecie pudla, jakby gładziła aksamit pod włos. Na białym fartuchu ma przypiętą plakietkę z napisem grupa 2A – pieski średniozaawansowane. Pudel stoi na stole groomingowym w pozycji pies z głową w dół.

Obok stoi instruktorka – kobieta o stalowej trwałej i głosie przystosowanym do mówienia przez megafon na stacji metra. Patrzy, nie komentuje. Tylko raz poprawia Svetlanie nadgarstek.

– Trzy milimetry od łapy. Tu nie ma miejsca na ekspresję – mówi chłodno.

Z radia leci instrumentalna wersja „La Vie en Rose”, bardzo cicho. Jakby ktoś grał ją w sąsiednim pokoju.

Mąż Svetlany stoi z tyłu, z rękami w kieszeniach bluzy moro. Ma na sobie te same spodnie, w których chodzi na ćwiczenia bojowe. Tylko buty inne – białe sneakersy.

Pudel drży tylko raz – gdy ktoś na zewnątrz trzaska drzwiami. Zaraz potem znowu nieruchomieje, jakby wiedział, że to jeszcze nie ten moment.

– Raczej i tak będziemy chodzić do groomera, ale teraz warto umieć robić rzeczy samodzielnie – mówi mi Svetlana, popijając soya latte. Jej mąż jest zawodowym żołnierzem; pojechał już z powrotem na front, ale świetnie, że akurat się udało i wziął sobie wolne na kurs. Teraz oboje potrafią strzyc pudla.

Pudel nazywa się Edit Piaf i kiedy rakiety spadają na Kijów, smacznie sobie śpi.

– Jest w tym adrenalina – mówi Svetlana, ale nie planuje nigdzie wyjeżdżać. – Najważniejsze, że Edit Piaf się nie boi.

Umówiliśmy się na jedną rzecz

Nie pyta, czy może nam kupić lody. Po prostu kupuje. I po chwili wszystko bierze w łeb. Lata tłumaczenia, że od obcych nie przyjmujemy, że nie znasz tego pana i nie rozmawiamy z nieznajomymi.

Po pierwsze ja też chcę, bo przecież jeszcze mi się nigdy w życiu nie zdarzyło, żeby ktoś tak zwyczajnie podszedł do mnie i powiedział: „Już zapłaciłem, to dla ciebie”. Jest wielka pokusa w tych darmowych lodach.

Problem polega na tym, że podróżujemy kamperem. Teraz będziemy musieli zjeść dwa litry lodów w całości, bo w środku nie ma zamrażarki. Już sobie wyobrażam ten zimny kamień w żołądku.

Kiedyś na studiach trafiliśmy w ostatni dzień lata na promocję na lody, gałki były po dwadzieścia groszy. Zjedliśmy po siedemnaście gałek na osobę i nie mogliśmy zasnąć, zanim organizm nie przetworzył całego tego lodu. To był początek naszej miłości. Przez następny rok codziennie przechodziliśmy koło tej cukierni oraz zaglądaliśmy w ostatnie dni kolejnego lata – jednak nigdy więcej nie udało nam się powtórzyć tego momentu.

Wiedzieliśmy zatem, jak to jest zjeść siedemnaście gałek na raz – cudownie, a zarazem – bardzo ciężko. Teraz jako rodzice wypełniamy swoje zadanie znakomicie, unikając lodów, jeśli to tylko możliwe.

Przy wejściu do kąpieliska kierujemy oczy naszych dzieci na małego jamniczka tarzającego się w piasku. A później osiem razy w ciągu dnia odwracamy ich uwagę w kierunku rzeczy naprawdę ważnych. Zawsze staramy się ograniczać lody do niezbędnego minimum, zostawiać na ostatnią chwilę.

Niestety, obietnica ciąży nad nami przez cały dzień. Wieczorem coś pęka i udajemy się wprost do budki z lodami, lecz ta okazuje się, niestety, zamknięta. Jest za późno.

I tak lądujemy pośrodku supermarketu w przykurzonych klapkach, powyciąganych bluzach wytarzanych w piasku, trochę brudni, trochę nieuczesani i żądni cukru.

– Mogę loda? – wyje mój ukochany syn owładnięty desperacją, lecz ja staram się zachować pozory spokoju.

– Umówiliśmy się na jedną rzecz. Masz już kinder jajko – oznajmiam, wiedząc, że nieuchronnie zmierzamy do katastrofy. Mój syn wie dokładnie, czego pragnie, i nie ogląda się na nikogo, a jego małe łapki robią swoje i sięgają do zamrażarki.

– Mieliśmy umowę! – Przytrzymuję drzwiczki i zaciskam zęby.

Jednak mój pięciolatek, patrząc mi w oczy z zimną kalkulacją, niczym przywódca wielkiego mocarstwa, oświadcza:

– Właśnie zjadłem naszą umowę. A potem dałem przykład Zuzi.

I wtedy ten miły pan okrąża nas po raz trzeci. Jest ubrany równie niechlujnie jak my, ale patrzy jakoś miękko i drepcze wokół nas, w końcu nie wytrzymuje. „Dzieci to anioły” – mówi z ukraińskim akcentem, wprawiając w osłupienie przywódcę wielkiego mocarstwa oraz jego świtę. A po chwili przychodzi z dwulitrowym pudełkiem lodów i rujnuje mój proces wychowawczy.

– Musi pani to przyjąć, mój syn zginął na wojnie.

Wciska mi to pudełko.

– Zapłacone. – I odchodzi.

Czy to już Hagrid?

Zaczynała się wiosna, gdy spadły pierwsze bomby. Nie mogłam już uwierzyć w puste niebo, na którym śpiewają ptaki, i długo chodziłam z głową zadartą do góry, zastanawiając się, jak będą wyglądały lecące z nieba pociski i skąd będziemy wiedzieli, że to już.

Zadzwoniłam wtedy do mojej przyjaciółki, z którą nie rozmawiałam od dwóch lat. By zapytać, czy żyje.

Żyła, ale umarł jej ojciec, na bardzo agresywnego raka. Jak to jest – żyć na świecie nagle bez ojca? Nie wiedziałam.

Minęły dwa lata, a nasze obawy związane z nagłym wybuchem wojny nieco się wyciszyły, bo wojna zadomowiła się gdzie indziej.

Pod tym samym niebem obiecujemy naszym dzieciom, że jedzie do nich Hagrid. Chcemy je zabrać do Londynu do studia Warner Bros, żeby samodzielnie mogły sięgnąć po złoty znicz.

Stoją przed domem i wpatrują się w niebo. Zastanawiają się pewnie, jak wygląda lecący po niebie Hagrid i skąd mają wiedzieć, że to on.

– Będziecie wiedzieć – uspokajam je. I wtedy słyszą straszliwy hałas.

Ich ojciec na motorze, w gaciach na lewo i z peruką na twarzy udającą długą brodę, pędzi przez pół osiedla, niepokojąc tym samym sąsiadów. Kiedy zsiada z motoru, zaczyna wywijać magicznym parasolem na wszystkie strony, jakby niebawem miał kogoś ugodzić w samo serce.

Nasze dzieci wiedzą doskonale, że to ich ojciec. Chyba wiedzą, a jednak mimo to cofają się na bezpieczną odległość i przyglądają mu się uważnie. Nie chcą do końca wiedzieć. Albo bardzo pragną dostać bilety do Hogwartu.

Wizzair

Wycieczka była wspaniała. Zwiedziliśmy Rzym, kolebkę cywilizacji, wrzuciliśmy monetę do fontanny, ale życzenie spełniło się nieco zbyt wcześnie.

Być może w fontannie di Trevi siedzi niecierpliwy handlowiec i mówi: „Na chuj będę oddzwaniał, załatwmy to od razu”. I pyk – zamiast wracać tu za rok, wracamy na drugi dzień.

Mieliśmy polecieć. Wołaliśmy, że mamy dzieci, ale nic nie pomogło – zostaliśmy na lotnisku bez miejsc w samolocie. I choć na drugi dzień znalazł się bilet, to mieli nam wypłacić odszkodowanie.

Miła pani o numerze customerservice1 napisała, że oczywiście mamy prawo wybrać rodzaj odszkodowania i odebrać je w euro lub w biletach na kolejny rejs. Wybraliśmy pieniądze, bo rejs? Cóż, znowu może na niego zabraknąć miejsc. A co, jeśli na rejs-odszkodowanie zabraknie miejsc? W jaki sposób wtedy upomnimy się o odszkodowanie od odszkodowania? I czy wtedy dostaniemy jedno, czy dwa? A jeśli powtórnie wybierzemy rejs w ramach odszkodowania od odszkodowania, to co, jeśli tym razem samolot będzie miał usterkę i ponownie nie wyleci? Może się okazać, że otrzymamy lot do potęgi odszkodowań i nigdy nie wyjdziemy z magicznego kręgu.

By tego uniknąć, wybraliśmy euro. Ale bez obaw – odszkodowanie nie przyszło.

Mąż całkiem kulturalnie korespondował z linią lotniczą latami, aż w końcu postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. 

Skończyło się babki sranie, zarządziłam: Napiszmy do customerservice1 i w kopii dodajmy customerservice2, żeby 1 poczuł się głupio przed 2, że zwleka z załatwieniem naszej sprawy.

Trzeba to złapać psychologicznie.

Napisaliśmy, lecz nic się nie wydarzyło. 1 nie poczuł się głupio.

Codziennie dodawaliśmy nowy numer, aż doszliśmy do customerservice1234. Jednak nikt nie rozpatrzył wniosku. Zaczęliśmy słać wnioski do innych numerów i innych linii lotniczych. Potem do hoteli, kolei, statków wycieczkowych. Do biur turystycznych i firm ubezpieczeniowych.

Nikt nie poczuł się głupio.

Zaczęliśmy rozszerzać pole działań. Pomyśleliśmy, że skoro władze lotnicze nie mogą nam pomóc, może zwrócimy się do organizacji międzynarodowych. Napisaliśmy do ONZ, UNESCO, Światowej Organizacji Handlu. Ktoś w Watykanie dostał od nas e-mail z prośbą o moralną interwencję. Papież nie odpowiedział.

NASA otrzymała podanie o rekompensatę w formie lotu suborbitalnego – uznaliśmy, że skoro nasz lot nie doszedł do skutku, to może dostaniemy coś lepszego w zamian. Agencja odmówiła, ale dodała nas do newslettera.

Europejski Trybunał Praw Człowieka odesłał nas do Urzędu Ochrony Konsumentów, a Urząd Ochrony Konsumentów zasugerował, byśmy skontaktowali się z linią lotniczą. Nie poddaliśmy się. Każdego ranka, zaraz po kawie, otwieraliśmy laptopa i pisaliśmy wnioski. Setka nowych adresatów dziennie.

Poznaliśmy najdalsze linie lotnicze, promy kursujące w rejonach, o których nie mieliśmy pojęcia. Byliśmy w bazach danych przewoźników w Ameryce Południowej, Afryce, Azji. Wkrótce przestaliśmy się ograniczać do transportu – napisaliśmy do producentów sprzętu sportowego, firm odzieżowych, a potem do operatorów telekomunikacyjnych.

Nie mamy ogromnych nadziei na pozytywne rozpatrzenie sprawy, a właściwie – na rozpatrzenie jej w ogóle. Chcemy jednak, by świat usłyszał o tej niesprawiedliwości. Jakoś nie możemy się z tym pogodzić, siedzieć cicho i zapomnieć. Nie tak miało być. Ktoś kiedyś obiecał nam, że wszystko będzie dobrze. Że nie tylko wrócimy do swoich dzieci pozostawionych w kraju, lecz także że otrzymamy zadośćuczynienie

Nasze dzieci są już dorosłe. Od chwili, gdy zabrakło dla nas miejsc w samolocie, nie znały już rodziców beztroskimi.

Wygląda na to, że tak już umrzemy – z poczuciem niewyrównanych rachunków. A wszystko to przez jedną monetę wrzuconą do fontanny di Trevi.

A