Przejdź do treści
400 m
ProzaPaweł Słójkowski
PROZA

400 m

Opublikowano w: Nr 01•2025 [14]

Przez pierwsze kilkadziesiąt metrów żartują i śmieją się głośno. Potem każdy oddech przydaje się, więc je oszczędzają. Za łukiem w grupie już nie ma Kuby. Chwilę mu zajmuje wejście w rytm, lecz ma coś w głowie, słowa, które z każdym metrem docierają do niego wyraźniej: „to jest to”. Tak po prostu.

Kuba przestaje myśleć w momencie, w którym zostawia za plecami resztę. Ma tylko twardy beton pod trampkami. Jest sam, właściwie zawsze jest sam. Będzie to czuł w różnych momentach życia – nie dojmującą pustkę, która może popchnąć do rzeczy złych i głupich, nie odtrącenie, bo nigdy nie będzie starał się o nikogo aż tak, by brak zainteresowania dokuczał. To bardziej brak kogoś, z kim chcesz się z podzielić dobrą wiadomością.

Lewa noga, prawa noga, słońce pali ramiona, płuca palą pierwszym bólem. Powietrze orzeźwia, bo w nocy padało, prawie czuje jego smak. Mięśnie napięte, mięśnie rozluźnione, ciało i praca do zrobienia.

Czterysta metrów to wspaniały dystans, ale Kuba jeszcze o tym nie wie. Przekona się na przestrzeni lat, gdy przebiegnie go tysiące razy, kiedy na różnych bieżniach będzie okrążał ziemię. Być może ten bieg jest najlepszy ze wszystkich biegów, absolutnie bezmyślny, niewinnie radosny. Pot perli mu się na czole, instynktownie wydłuża krok i przyspiesza, krew odpływa mu z twarzy. Nie słyszy niczego, a widzi tylko metę, taką umowną, w miejscu, w którym w szarym dresie stoi wuefista.

– Ja pierdolę. – Kuba słyszy to wyraźnie, odwraca się i patrzy zdziwiony na Banana. Tak mówią na trenera, ale nie wie, skąd wzięła się ta ksywa. Po prostu przyjął, że jest, jak wiele rzeczy, nad którymi nie warto się zastanawiać.

Banan wytrzeszcza oczy i chyba nie wierzy, bo klika coś w stoperze, słychać tylko ciche pikanie i mamrotanie pod nosem. Mija dłuższa chwila, zanim ciężko dysząc, dopadają do niego inne dzieciaki. Szary dres rozmywa się gdzieś w otaczających go białych koszulkach i granatowych spodenkach, patykowate kończyny i gruzowate kolana ruszają się bezładnie, głosy są jeszcze dziecięce, ale niosą gdzieś w sobie jakąś grozę dojrzewania.

– Trenerze, jaki czas? Jaki czas? – pytania zostają bez odpowiedzi.

– Nie wiem, nie wiem, Chryste, dajcie spokój. Macie piątki, chyba że chcecie biec jeszcze raz – przekrzykuje ich wuefista, przepychając się do Kuby.

Wszyscy drą się triumfalnie, ktoś klepie kogoś po ramieniu, ktoś wyciąga ręce do góry. W takich chwilach po prostu się wygrywa, nawet jeśli nic od tej wygranej nie zależy.

– Chodź ze mną – mówi Banan.

– Zrobiłem coś?

– Chodź.

Wzrusza ramionami i idzie, czuje słaby zapach potu przesłonięty tanim dezodorantem, widzi siwe włosy, które zarastają szeroki kark mężczyzny. Kubę trochę onieśmiela to dorosłe, wielkie ciało, które wydaje się nie pasować do tego, jak wszystko jest tutaj małe – minisala gimnastyczna, minikantorek, w którym na zawsze został już swąd fajek po poprzednim wuefiście. Banan jeszcze próbuje się tutaj rozpychać, dostosować przestrzeń do siebie. Jego wzrok sięga trochę dalej niż spojrzenia dorosłych, które zna Kuba; wracające do ciekawszych rzeczy albo biegnące w kierunku bliskiej, bardziej atrakcyjnej przyszłości. Facet odwraca się co chwila, sprawdzając, czy chłopak nadąża albo czy nie uciekł. Dochodzą do tablicy przed salą gimnastyczną, Banan każe mu czekać i chwilę później wraca z markerem.

– Jesteś Wiśniowski, tak?

Kuba potwierdza, powtarza po nim, choć nie jest zadowolony z brzmienia swojego głosu, niewyraźnego i nijakiego, głosu, który nie chce opuścić ust. Nauczyciel otwiera kluczykiem szybkę, zrywa kartkę, zgniata ją w dłoniach i wciska do kieszeni. Wpisuje jego nazwisko w odpowiednim miejscu w tabeli rekordów, przysuwa mu stoper do twarzy tak szybko, że Kuba kuli się mimo woli. Wiedział, że Banan nie miał litości dla tych, którzy mu pyskowali albo oszukiwali. Łapał za baki, jeśli ktoś miał na tyle długie włosy, by dało się za nie chwycić. Jeśli nie, po prostu szarpał za ucho.

– To nowy rekord szkoły. I pewnie nie tylko szkoły – mówi – Zostań jutro po lekcjach, zobaczymy, czy się nie pomyliłem. Zapomniałeś języka w gębie?

Nie zapomniał, ale nie wiedział, co powiedzieć. W głowie zapaliła się jakaś lampka i dała mu znać, że stało się coś ważnego. Wybąkał słabe „dziękuję” i wrócił na boisko. Po drodze zerknął na tablicę, czy wpisał bez błędu. Bał się, że nawet jeśli uda mu się już gdzieś z tym zwykłym nazwiskiem „Wiśniowski” trafić, to wyjdzie z niego jeszcze bardziej zwykły „Wiśniewski”. Było bez błędu. I było o nim – potrafił zrobić coś lepiej niż inni.

Banan nie wrócił na boisko i wszyscy zajęli się swoimi rzeczami. Ktoś przyniósł lupę, przez soczewkę zebrał promień i pisał na asfalcie, a inni patrzyli z otwartymi ustami. Ktoś szukał mrówek, którymi można było się bawić w boga.

***

Duża dawka rezygnacji, zacięte spojrzenie i paskudny charakter – jeśli miałby w skrócie opisać Banana, to mniej więcej tak. Trener patrzył z politowaniem na jego nogi, na zapadniętą klatkę piersiową i tanie tenisówki, w których powoli przecierały się podeszwy. Wyraz twarzy zmienił się po pierwszym okrążeniu, które Kuba zniszczył tak, jakby nikt nie powiedział mu, że nie da się biegać tak szybko. Jakby chciał wyżłobić w bieżni dziury, przebić ją i przenieść się gdzie indziej.

Nikt nie mówił Kubie, że czterysta metrów to wspaniały dystans, żeby uciec. Uciekał przed każdym pogardliwym spojrzeniem, przed oceną, przed porażką. I to wystarczało. Te czterysta metrów było idealne do tego, żeby znikać na niecałą minutę, stawać się ruchem, skupieniem, wchodzić do wnętrza i zamykać się w nim. Świat kurczył się do pasa bieżni, tartanu, trawy, betonu, do oddechu.

Pytali go, jasne, że pytali o sukcesy, pytali o czasy, które były jakimiś absurdalnymi, wyjętymi z kontekstu liczbami, które przekładały się na mniej lub bardziej absurdalne nagrody. Drewniane medale, posrebrzane medale, pozłacane medale, pamiątkowe koszulki, dyplomy, nawet para drogich butów do biegania, które i tak były tylko przedmiotem na przemiał. Jeśli o niego chodziło, mógłby wychodzić na bieżnię nawet na bosaka.

W pewnym momencie sam nie wiedział już, czy trenował bieganie, czy uciekanie. Przed problemami, przed klęską, przed decyzjami, które każdy musi prędzej czy później podjąć, przed tym gościem ze starszej klasy, który na boisku straszył ich nożem, przed życiem, które coraz bardziej wchodziło mu pod nogi. Zgadzał się z tym, że czterysta metrów to wspaniały dystans, ale długo zajęło mu odkrycie najważniejszej rzeczy – bez względu na to, jak szybko biegał i jak wiele okrążeń robił, nie mógł pozbyć się wrażenia, że na końcu zamiast mety czeka on sam.

A