5 wierszy
Dwunasty
Ostatnim latem, jak zbierał truskawki prosto z krzaków do gęby,
byliśmy niby na ty,
ale wciąż w towarzystwie wysokich mówiliśmy do siebie na pan,
udając szlachtę.
Dzban
po brzegi zalany lodowatą wodą
stał na stoliku w cieniu winogron.
Za ogony, pamiętam, łapał on salamandry
i śmiał się jak dziecko, kiedy w palcach zostawał mu pulsujący mięsień.
Odkładał je na kamieniu przy wejściu i czekał aż się wysuszą.
To był jego patent na kruki.
Lubił je głaskać i czaić się, jak któryś zgubi pióro.
Czternasty
Szeleszczą owady w kwiatach kasztanowca.
A obawy obróciły się w popiół marlboro.
Wzgórzami Kijowa zabrałbym ją na spacer
wzdłuż ruin ścian.
Chodnik opalałby nasze stopy
do koloru rumianej czerwieni.
Wraz z ostrą potrzebą kichnięcia,
gdy popatrzy się na majowe słońce,
przymykają się twoje oczy
czarne
jak węgiel.
Kaszel, co tak drapie gardło, powoli się uspokaja
w obecności opłatka do ssania
pod język.
Bieszczady, lato 2023
Szesnasty
Jak mawiał mój stary „Dom jest tam gdzie ma się najwięcej czystych gaci”. On niezmiennie trzymał się tej zasady do końca. Dlatego czasami sobie myślę że jesteśmy skazani na odtworzenie, chociażby po części, drogi życiowej naszych rodziców. To się kryje w genach jak alkoholizm, gęsty zarost czy brutalnie powalająca uroda.
Ze wszystkich setek potraw na co dzień zdecydowanie wolę dal. Najlepiej czarny z kawałkiem sandały. Do tego czosnkowy naan, ale tylko pomiędzy 16 a 19. W innych godzinach nie opłaca im się odpalać tanduri i smażą biedaka na patelni. A to już jest zupełnie inny Wyoming.
Pierogi też da się przełknąć.
2024 India. Poszukiwanie
Dwudziesty drugi
Woda – jak kisiel ciepła, rozciąga się falami wzdłuż betonowych brzegów.
Ustawiam się gdzie pusto:
firmowy skok na główkę,
dotykam rzęsami mułu
i łapie kolejny oddech już za granicą napływu.
Szybko, jakbym nie znał lądu,
pokonuję kolejne setki kilometrów.
Jestem słynną kropką
mrugającą na falach morza.
Głowa bez ciała.
Mijam zbiornikowce. Rzucam w ich stronę przekleństwa i średnie palce.
Mijam wyspy z petów i samotną skałę ostrą jak brzytwa.
Na niej – starorzymskie drzewo,
na drzewie opalony szkielet śmigłowca.
Znowu przekleństwa, znowu niedowierzanie.
Kaszalot śmieje się mi w twarz,
szczyci się swoim wielkim złotym zębem;
serią przerażających blizn.
Gadamy.
Na nadgarstku wibruje zegar
– dzienna norma kroków została przekroczona.
Myślę: „Kolejny pusty zabieg i zero radykalnych przemyśleń”.
Uzbrajam się z powrotem
w cierpliwość.
Na śniadanie będą twaróg
i wiśnie.
2024 Istanbul. Powrót
Tysiąc
Od tysiąc dziewięćset czwartego roku było jedno lato i jedna wiosna.
Nora Barnacle – jako tło arcydzieła
usłała swym sercem ciało Ulissesa.
I śnił nam się dziś ten sam sen:
– Tańczą przebrani za kozłów i gwiazdy
dziewczęta i chłopcy
tańczą szczęśliwi.
Martwa natura czeka.
I czekam ja na przystanku,
Czekam cierpliwie i liczę ile
zostało minut do…
Śnił nam się dziś inny sen
jak leci ze skały koźlątko.
Od iluś lat temu do dziś spadł jeden deszcz,
a cienie po nim są wciąż żywe.
I żywy w pamięci moment
pierwszego pocałunku pokrzywy.
Trochę nad kolanem.
2022 Warszawa. Rozpoczęcie wojny