6 wierszy
Wartość Ameryki jest tylko umowna
Każdy chciałby tutaj przyjechać, a nawet
przewrócić się, bo tutaj upadek to nic innego
jak czysta przyjemność wstajesz otrzepujesz
marynarkę poprawiasz koszule wkładasz ją
w spodnie a nieznajoma pani pyta się ciebie
co tam masz w spodniach nie znasz dobrze
angielskiego więc starasz się być bardzo
uprzejmy łamaną angielszczoną mówisz jej
this is chuj… chuj pyta się ze zdziwieniem w
głosie i prosi cię abyś pokazał jej chuja więc
pokazujesz jej a ona daje ci za to milion
dolarów płacze ze wzruszenia bo w wieku
siedemdziesięciu lat po raz pierwszy w życiu
zobaczyła chuja schylasz się aby odkurzyć
buty a tu pod butem leży Benjamin Franklin
i się uśmiecha co za dzień myślisz sobie
co za historia wszystkie problemy rozwiązują
się same tylko w Ameryce dzieją się takie cuda
jesteś najszczęśliwszym człowiekiem na całym
świecie ale wiesz że dobro miesza się ze złem
jeśli tego nie robisz nie możesz tutaj mieszkać
nie masz współczucia dla innych jesteś mądrzejszy
wiesz że wartość Ameryki jest umowna tak samo
jak rajskiej jabłoni nie wszystkie gałęzie mają owoc
Where are you from?
Dowód tożsamości mam w języku
wystarczy otworzyć usta i już wszystko
jasne w głowie mam miksturę złożoną
z korowodu nazwisk ona potrzebna jest mi
do poprawienia zdrowia jak eliksir życia
magiczny napój na codzienność
może ta Ameryka Kalifornia San Francisco
jest po to aby świadomość, że nic nie potrafię
uczciwego powiedzieć o sytuacji na polu
minowym jakim jest ojczyzna do której trzeba
powrócić i to zdziwienie że mam tyle do
powiedzenia o niej z drugiej strony oceanu
tak poezja jest łącznikiem pomiędzy tam i
tutaj nabiera nowej jakości i nawet jeśli nie
błyszczy jeśli jest znoszona jak buty jak
zużyte zęby wyglądające żałośnie w kraju
gdzie są piękne sztuczne uśmiechy dominują
w podobny sposób jak stare brudne dworce
autobusowo-kolejowe dominują w starej ojczyźnie
myśl wokół pytania: where are you from? krąży
dobrze byłoby na nie odpowiedzieć bez wdawanie
się w szczegóły bo piękno zawsze można opisać
opowiedzieć gorzej jest z brudem i brzydotą o
walce o pokój oddzielną sypialnię toaletę
Emigranci go nie lubią
Nie piszę o Mazowszu Warmii ani polach
i łąkach pod Tarnowem nie opiewa Tatr ani
Krakowa czy Warszawy nie interesuje go ani
Chopin Kopernik czy Maria Curie-Skłodowska
udaje Antygonę albo Kasandrę piszę o Polkach
ciężko pracujących na sprzątaniu Ameryki
nie ma powodów do radości do chwalenia się
a Polacy tyle dobrego zrobili w Ameryce tyle
miodu wysłali na Podhale i Podkarpacie a on
kret podkopuje fundamenty polskich kościołów
szkółek niedzielnych drąży tunele pod
organizacjami podkłada ogień pali serca zostaje
popiół pokolenia ich sukcesy drąży tunel pod
polskością tylu nauczycieli – pszczoły znoszące
pyłek do polskich uli on pisze o trutniach menelach
ślepym losie który pcha tych poszukiwaczy
złota na boczne tory bo amerykańscy kapitaliści ot
tak po prostu nie pozwolą się ograbić z tak ważnych
prac sprzątanie i szorowanie podług spychają
emigrantów do roli myśliwych znających swoje tańce
i pieśni celebrujących swoje święta i zwyczaje
rozmawiają z duchami przodków polują w lesie
wieżowców na jelenie a upolowane zwierzę proszę o
wybaczenie zanoszą łup do szamana z Banku of America
Powiedzcie im że są dla nas ważni
Śmierć rodziców bliskich i znajomych
krewnych i sąsiadów jest dla nas ważna
z drugiego końca świata Ameryki wysyłamy
wyrazy współczucia im że są dla nas ważni
wcześniej czy później spotkamy się nie mamy
jeszcze daty naszej śmierci ale za wami podążamy
niech nam wybaczą naszą nieobecność
chociaż my niczego nie wybaczamy ani nie mamy
czasu na rozpacz dziękujemy za wiadomość
ale nie w tej chwili my też mamy swoje góry
i doliny wzloty i upadki ale świat tak został
urządzony i w sumie na nic nie mamy wpływu
rozpacz i żal po zmarłych rodzicach wykracza
poza nasze pojmowanie wszechświata ale
wybaczcie pętla czasowa zaciska się coraz mocnej
na szyi na której jest głowa odpowiedzialna tylko
za jedzenie i trudno jest opowiedzieć nad inną
rzeką dawne miłości chyba że w nowym języku
powiedzcie im że są dla nas ważni jak dawne
lasy i góry jak ptaki wędrowne zawsze odlatujące
na południe skrzypienie starych drzwi zapachy
suszonych grzybów i skoszonych łąk brzęczenie
much to wszystko teraz stało się snem w nocnej
ciszy w której nie ma jeszcze imion mnie lub nas
Ona jest jak ten lis…
Więcej daje niż bierze daje ciało i ciała
bierze pieniądze alkohol narkotyki chwile
o których nie chce pamiętać jest dorosła
dusza jej w niedziele i święta nie kruszy
się jak piasek mężczyźni przychodzą i od-
chodzą okradają ją z czystości należącej
do wszystkich nie ma anioła stróża tylko
goryla z mocnymi pięściami o germańskim
imieniu Alfons on nie pyta co nowego ani
co będziesz jutro robiła on wie przyszłość
należy do biednych a ich miejsce w niebie
i kto to mówi stary złodziei oszust naciągasz
mruży oczy dodając: podziękuj bogu za to
że dzisiaj rano się obudziłaś jego niebo to
szklana kopuła pod którą jest pocieszenie
i ulga taki sam spokój jak po dawce kokainy
trzepoczą skrzydłami motyle żaden dźwięk nie
dochodzi tak wiem jesteś jak ten lisek chytrusek
dla którego winogrona były za wysoko więc
rzekł że są niedobre i za wysoko… lubi takie
mądrości życiowe na lustrze w łazience napisał
co robić aby przetrwać ale nie urodziliśmy
się aby przetrwać tylko aby żyć i pomyśleć
że tyle jest w człowieku gówna
Osobiście nie narzekam
Odciąć własną gałąź z rodzinnego drzewa milionów
złudzeń i uświadomić sobie że znaczę tyle co
robaczek świętojański lecący nad łąką nieba ku
horyzontowi możliwości karmiony łyżeczką
od herbaty licząc na większą porcję rosołową
opiekę zdrowotną większe szanse na przeżycie
tutaj narzekanie nie jest modne to zapraszanie
sępów na ucztę hippis włóczący się z miejsca
na miejsce a później emigrant włóczący się
z kraju do kraju przymierający głodem w
państwie gdzie tony jedzenia wyrzuca się na
śmietnik każdego wieczora trzeba tylko
wiedzieć przy którym jest najwięcej żarcia
a później można myśleć o walce ze wszystkim
jak zmienić świat jak napisać wiersz a przede
wszystkim zmądrzeć i wiedzieć kiedy umrzeć
wcześniej mieć laskę Mojżesza albo Gandalfa
osobiście nie narzekam powiem więcej
mieszkam w miejscu gdzie ludzie chodzą do
góry nogami wspominam czasy buntu słodko
gorzkiego z nadzieją na życie pełne światła i
kolorów spożywam owoce z drzew zasadzonych
przez bitników w ogrodach miłości gdy nie było
ani wiosny ani jesieni ani zimy tylko summer of love