7 wierszy
wspomnienia z placu zabaw
esesmani czwórkami galopują do nieba
w zbombardowanym schronie rodzi się martwe dziecko
muchy przekształcają obraz z duchem świętym w lotnisko
ten przez którego wszystko się stało wreszcie skapitulował
z ostatniej chwili
zaprawdę powiadam wam:
lepiej żyć z otwartą klatką piersiową
w której zakwitły magnolie
lepiej przyjść na świat we fragmentach
osobno głowa twarz żyły ręce
(wszystko zapakowane w papier śniadaniowy)
niż zaprzepaścić duszę
niekiedy wypisuję te słowa w nocnych klubach
na stertach liści
niekiedy na drzwiach windy która runęła w głąb szybu
niekiedy podnoszę głos i pytam:
„dlaczego nie anulował choć jednego z przykazań?
nie zmniejszył liczby grzechów głównych?
nie pozwolił przypalać żony bliźniego swego na wolnym ogniu?”
w państwie gdzie każdy uważa się za wyrocznię
gdzie ilość objawień na m2 przekracza normę
nie jestem w stanie przestrzegać żadnego z przykazań
(jak wielu którzy odeszli przed moim narodzeniem
i jak wielu którzy przyjdą po mojej śmierci)
uwięziony w krzyżowym ogniu pytań
w krematorium o ścianach purpurowych jak gardło wisielca
chciałbym wiedzieć dlaczego zabronił zmarłym
chodzić z nami do strip clubów albo na piwo
chciałbym wiedzieć kim być w następnym wcieleniu
co zrobić z wizytą duszpasterską zapowiedzianą na ósmą rano
zaraz po lekcjach
salon z przeszkloną werandą.
wiosenne popołudnie.
szezlong, na którym co roku
umiera ktoś z rodziny.
kot syberyjski sztuk kilka.
pani od muzyki sztuk jedna.
chcę wiedzieć o czym śni,
z kim dzieli łóżko,
do kogo wzdycha.
z kim zakrada się do teatru.
toccata in d minor.
precyzja wykonania wbija w fotel.
palce suną po klawiszach
jak wychudzone jaszczurki przez piach
w poszukiwaniu muchówek.
klawisze mają ten sam odcień,
co zęby organisty, który żuje tabakę.
za oknem wiatr, kwiat, traktor cały ze srebra,
drzewa, z których wydarto wnętrzności.
niektóre mają drzwi z mosiężnymi gałkami.
ktoś rozbija je siekierą od środka.
pies zajada się moją dłonią,
wygrzebuje spod ziemi wór starzejących się tkanek.
nadmiar scen podsuwanych przez wyobraźnię
sprawia, że kurczy mi się powieka,
że dryfuje tu i tam przeciążony kręgosłup.
wtedy stać mnie ledwie na szept:
możemy spędzić kilka nocy nad jeziorem,
albo ukryć się na strychu wiejskiego kościółka
jak gestapowiec ścigany przez podziemie.
pani od muzyki pociera brew
i przerzuca uda przez oparcie fotela.
nawet gdybyś rzucił mi świat do stóp,
między nami do niczego nie dojdzie.
zamienia moje serce w bryłkę lodu,
jakby cały dzień przeleżało w igloo na półce,
obok foki grenlandzkiej poćwiartowanej przez eskimosa.
mam siedemnaście lat,
mam osobowość wieloraką,
(to najlepszy sposób na samotność),
chociaż lekarz stawia na zaburzenia dysocjacyjne,
mam powtarzać klasę.
za pocałunek z kobietą gotów jestem podpisać cyrograf
i zaprzepaścić duszę.
opętani
zrozpaczona kobieta kuca obok kapliczki
obłożnie chory wtula się w szorstki pień
kruk zlizuje resztki tłuszczu ze skrzydła
w powietrzu możemy jeszcze wyczuć
spóźnione drganie odległych gwiazd
jednak wieś budzi się i rozleniwieni mieszkańcy
odganiają od siebie stuletni sen
zamiast wycierać lustra
nakarmić psy
sprawdzić jak płonie ogień
szukamy przez chwilę własnych ust
wybiegamy w dymiącą mgłę
rozdeptujemy bielejące w trawie ptasie kości
wyspa much
nie mogliśmy zrobić nic więcej
ojciec wdał się w podejrzaną spółkę i w drugiej połowie lata
wciąż poszukiwał ciepła obok śmietnika
liści łopianu
wody pełnej detergentów i naczyń
czatowaliśmy na niego po godzinach
z dziewczynką o przerośniętych przegubach
przy naprędce ustawionych gromnicach
ale ojciec wciąż fotografował:
ruchliwe cienie ciężarówek
miękkie zarysy much
ostatni dzień naszego dzieciństwa
wykorzystanie cienia na scenie
ażurowe słońce ogrzewa wąską głowę staruszka
krewnych oczekujących na spadek
w poprzek uliczki na inwalidzkim wózku jeżdżą dzieci
matka spółkuje w domu gdzie straszy
z pogorzeliska wyrasta wątły mlecz
ostatni rzut
obudziłem się w płomieniach
po krótkotrwałej gonitwie za ptakami przez sen
wśród okolicznych mchów i lasów
obudziłem się w płomieniach
w oczekiwaniu na egzorcyzmy proponowane przez rodziców
starannie opracowałem podróż i opuściłem mieszkanie
zacierając ślady swojego w nim pobytu
minąłem mało stabilny trzepak i kępę sękatych wierzb
docierając w pobliże klombu
gdzie kochały się psy
wiedząc że tracę wzrok pospiesznie wsiadłem w pociąg
żeby dotrzeć do miejsc których nie ma na mapie
od kilku dni nie wiem co zrobić z resztką lata
w zmąconą toń wrzucam puste butelki
rybie łuski
przedmioty zostawione tutaj wbrew woli
na przeciwległym brzegu kobieta o rudych włosach
tuli się do niemych motocyklistów
zwalistych mężczyzn o bryłowatych ramionach
śmiechem prowokuje ich gniew
włączam mechanizmy obronne
patykiem kłuję swój cień
zarośla
niedorozwiniętą jaszczurkę