7 wierszy
Pole bitwy: rozpoznanie
Zaskoczyłem ich. Cały szlaban ludzi siedział frontem
do betonowej ściany, gdy opróżniałem wiadro
z różowego płynu – byli bezradni.
Stąpali po karmazynowych ściegach,
jakby im opalono środek lewej dłoni
w rytualnej soczewce, bez dostępu światła,
a od bitew ciała nie mieli gdzie uciec,
zaprzęgnięci do życia i pchani do przodu
przez cztery żywioły, szesnaście kącików.
Stali w nich, kręcąc się jak systemy,
jak pisk w zagłębieniach krasowych grot.
Zatrzęsą się bez precedensu, gdy podasz mi rękę,
a kolczyki zabłysną na drodze hamowania.
Bo będzie tak, że przy dowolnym poruszeniu
będziemy uruchamiać mechanizmy o ośmiu ścianach
i dwunastu podłożach, stąpać będziemy na palcach,
a skóra naszych stóp będzie z wełny.
Powiem wam: rozciągaj swoje przybicia,
bulaj to kula nasion mlecza na pustej łodydze,
a prawda to rybitwy, które żrą na plażach
trupy starych meduz wyrzygane przez fale.
Nasze dzioby też kłapią, bez kielicha,
bez kotliny, bez łąki, miejskich błoni,
po których biegają sąsiedzi. Gotuje się w nich,
przelewa się i to wszystko, co jest tkanką zdania,
jest jak nienazwany gatunek ropuchy, prawie zadeptany
na asfaltowej ścieżce w bardzo znajomym lesie.
Wrotycz
Snopki leżały w platynowym basenie, jak zawsze o wodzie,
plątałem sobie obok wyobrażenie zapachu,
a palce miałem z marmuru i ognia.
Jeśli kiedyś nałożyłem coś na plecy, żeby się
uspokoić, to teraz spadało to ze mnie płatami
i wszyscy wiedzieli, że robi to zbiorowy łeb,
nasze odkrycia loginów,
wypalanie ust,
zmiana biegu. Cień,
który zsuwa ci kawałek późnego kwiatu z czoła.
Albo zejść w dół: do Krzyża, we wcześniejszy pociąg.
Trzeba będzie zmienić, ale na ten moment
klikam z niczego, że zaraz się wymaże
każda chwila, sama ze mnie zrodzona.
Na powodzenie ruchu, który tylko na tym
tysiącrękim fundamencie może istnieć i poświadczać,
jeśli tylko zaszeleści nitka puchu, bracie, a
w ziemi, która nas ciągnie, będzie pełzać noc.
Przedsiębiorstwo Powietrze
Znalazłem chwilę, żeby się obudzić,
a gdy wleciała do pokoju mucha
i zaraz wyleciała, poczułem jak cykle
mielą każdą chwilę, jak księżyc wciska nogi
w ziemię, papier gnie się jak kręgosłup
bez rodzenia owoców w wielkie skrzynie.
To jest fortel: ginie pęd, sam dyrektor
zasypia na dnie świtu, żeby tam odnaleźć
brzeg, z którego nikt nie powrócił, a i on
nie ma zamiaru. Bo gdy już raz spadnie relaks,
to tak zmienia wolę, że staje się skupieniem:
na murze, toni brzytwy, na skroni, spadochronie.
Przejrzyste płachty spadochronu zapadają w pamięć,
a wydęta czasza miesi coraz wyżej, bez ustanku,
aż nie przyssie jej grunt, aż tego nie dopiszę.
Gniew boży
Zbiór klisz przeniknął w niepamięć,
kiedy mnie potrąciłaś. Już nie pamiętałem,
żebym poruszał ręką w zamkniętym filmie,
ani żebym wydawał dźwięk ciągłego wiania
między płytami. Znam je z codziennych wycieczek,
gdy dźwięk się wznosił i pękały bębenki,
potem opadał i drżał pokruszony koks na parkingu,
a na koniec, już obity, rozpryskiwał o kurs na współrzędnych.
Tu nie było miejsca na wiatr, tylko na zgrabny wir,
który wiecznie rymuje się ze spóźnionym gestem,
ze stroną kodeksu o lekko spleśniałym brzegu.
Kiedy przewracasz strony, po prawej narastają
niebieskawe kropki. Po nich dojdziesz,
jakiego rodzaju sekret skrywa świat pomiędzy,
co się działo, gdy płynęło się lichą tratwą
z gigantycznym nurtem. Granicą są troski,
samotne doświadczenia, obserwacje w tłumie.
Fokus
Liście, gubi je obrzęd w rzęsach,
do pokoju wystarczą trzy konwalie,
kontakt zapewniony, obronna osika.
Ryby cię zawiodą, kiedy pora gasić
wolny obieg. Entropia wyskoczy
z powietrza, z kolejki po chleb.
Ta krągła twarz to wotum
dla okolicznych plemion.
Chcą ją wąchać, pieścić, zatwierdzić
jej miejsce wśród swoich serpentyn,
zmysłów kluczących po bagnach
i słupów – przy nich zginęli ci,
o których nigdy byś wcześniej nie słyszał,
gdyby nie ruch oczu, uwaga,
żądza jej odwrócenia.
Przed marzeniem
Postawili mnie na balustradzie.
Wybieram jedno z trzech:
śliski miąższ na pestce,
przybrzeżny kadłub,
ciemny klif.
To przypomina czas, gdy
odblokowałem odbicie.
Mosiądz i kalka. Zajazd.
Trampoliny zbyt późno.
Imieniny, imieniny!
Dałem Ci to. Grunt.
Z brudu. Otarty przez
najemcę. Przedarcie
na linię, która ci się
śniła. Opiekun i raz.
Grawitacja trzyma stopy.
Obroty kursów. Wnętrzności.
Ensemble. Klask jako same palce.
Przędza. Załom. Opłatek w sieni.
Przesuwający się krzew. Fargo.
Lordowie. Przetrenowanie.
Organizacja bordowych klamek.
Pola jako esencja. Pola jesienią.
Bury ptak. Nora z psem. Brunatna
obręcz. Forpoczta. Magura. Tam chcę.
Megiddo
Zauroczenie. Twardy rdzeń. Bębnienie
o parapet. Zaczyna się wcześniej. Siedzę.
Kompletować adresatów. Faraonowie.
Fortece ze szkła. Obejmiemy się.
Zasłony od zewnątrz. Satyricon. Świt.
Muskanie zroszonych łodyg końcami tęczy.
Czoło. Pasmo wzniesień. Tysiąc
skrytych ognisk. Dróżnicy długo tkwią
na swoich krzywych łodziach. W pierzu.
Poplątany wątek, kiedy woła przewodnik.
Nic nie czujemy, ale płynie z nieba, mieli
wiatr. Brzezina dla oczu. Skinienie rąk.
Ja, potomek Piastów, pędzluję swój gród.
Obsypuję maltańskiego sokoła złotem
i liśćmi. Obejrzyj. Wyśniony pies. Rajskie.