Przejdź do treści
8 wierszy
PoezjaMichał Kaczmarek
POEZJA

8 wierszy

Opublikowano w: Nr 01•2025 [14]

Pierwszy przymrozek

uciekaliśmy furmanką przez morza
On nas ścigał gniewny wściekły
tak twoje wizje ściga requiem

Józef Kurylak

oderwany od lektury w której czarny żmij
uderza o dzwon na sygnał śmierci
podsłuchuję pod drzwiami

czego brakuje misiowi
dobrze

jaką pracę ma twoja mama
brawo

nowoczesne wykończenie
precyzyjne malowanie ścian

przyjazne zabawki i drabinki
tu czekasz
pedagog zaprasza mnie do środka

ja bym wstrzymała się z orzeczeniem
zbadajcie za rok

będzie się za nim ciągnąć w papierach
jak kulejący chłopiec za ojcem
wspomnienie z dzieciństwa
zimny listopadowy poranek
idą
jeden co najmniej kilka metrów
przed drugim

Kawalerka

nie miała w życiu łatwo
zbudowana w latach osiemdziesiątych
trzaskanie drzwiami
płacz dziecka

odwracała wzrok
od wersalki którą mdli
na widok plamy moczu
co działo się w łazience
nie chciały wiedzieć meble
kuchenne ani przedpokojowe
wystraszone odgłosami wymiotów

wasze relacje ociepliły się
kiedy zostałeś sam
żona i syn odeszli
piłeś rzadziej
mniej drastycznie

czyściłeś włosy z pająków
ozdabiałeś
do dzisiaj wspomina
szachownicę z pionkami przyklejoną do ściany

nowa właścicielka irytuje
wyrywa zęby
obdziera ze skóry

kawalerka tęskni
za wieczornym słuchowiskiem w radiu
nieudolną publicystyką
pisaną koniecznie piórem wiecznym
na kartkach rozdzieranych drugiego dnia

Skalpel do zaschniętego tłuszczu

dla domu w którym się wychowałem
charakterystyczny był brud
nie smród czy syf
lecz
rosnące warstwy kurzu i martwych much
w kloszach i na blatach regałów

gruz wokół doniczek
do dziś nie wiem skąd

coraz słabsi dziadkowie
smutniejszy z każdym dniem wujek

dobrze się miał
ekosystem pyłu i pająków

kiedy mieszkanie przejęła matka
sprzątnęła jakbyjednym ruchem
przesunąć brudnopisy

śmialiśmy się wynosząc metalowe słupki
na których grube deski imitowały półki

ile było zabawy
przy darciu worków gazet
kroniki Głogowa
pasja dziadka

dwadzieścia pięć lat później
obserwuję swój dom
ścinki paznokci w szufladach
pleśń na fugach między płytkami

czekam
aż syn albo córka
wezmą się do roboty

Jerzy

rok na przykład dziewięćdziesiąty siódmy
jeszcze chodził
byłem jedenastoletnim dzieckiem

wsiada do taksówki
zawsze to samo auto
znają go w dyspozytorni
trasa z ulicy Sienkiewicza
do Zamku Książąt Głogowskich
pisze słownik miejscowości
nazwy z niemieckiego na polski

wiosna
brukowana ścieżka
most

idzie o lasce
coraz bardziej pochylony

słońce przesuwane
z lewego na prawy brzeg rzeki
w uporczywej terapii
poranków i wieczorów

wspomnienia z przedwojennej Warszawy
zmiażdżone w zgniataczu do tabletek
zdmuchnięte łagodnym wiatrem
przepływają przez dziurawe firanki

gram w noża z kolegami
jeśli wbijesz scyzoryk w glebę
masz prawo oznaczyć swój teren w okręgu

Pole widzenia

poecie Zbigniewowi Jankowskiemu którego nigdy nie poznałem

talerz ryby i frytek
odwrócony
odsłania datę i duszę rzemieślnika

czy znalazłeś swój odwrócony Bałtyk
piaszczysty brzeg
niestabilne dno
glony oplatają nogi
rozpłynąłeś się w głębi

zatłoczony port
przywołuję cię
szukam płynąc w dal
rejs za kilkadziesiąt złotych od osoby
z bosmanem didżejem

cisza
nieskończone mruganie
lekko oddychającej wody

kolorowe zabawki
lokalny wyrób piwny
wyciągają mnie na ląd jak topielca

wykrztuszam sól
łapię oddech
znikam z twojego morza widzenia

noc
balkon pensjonatu
światło latarni
niesie się z głosem zakochanych
do granicy plaży

Blizna

po piętnastu latach pytasz skąd ją masz

letnie popołudnie
przejażdżka rowerem na czterech kołach
nagłe hamowanie
brodą o asfalt

liczba osób sobie bliskich
sześć

wzajemne urazy
w fazie rozwoju
początkowej lub średniej

wyraźne ruchy
wstępne rozpoznanie narządów

charakter formułowany
w czasie obserwacji przez firankę
idzie z dziećmi na spacer
a ta tyłka nie ruszy

szczęśliwe rozwiązanie za kilka tygodni
przywieziony ze szpitala noworodek
nasza kłótnia
która wybucha jak wczesny poród

szrama
dwa centymetry
jechałaś kilka metrów przede mną

skrzyżowanie
górka
sklep
dalej las i płynne niebo
grejpfrutowa oranżada z Osieka
w butelkowym menisku powietrza

Drzwi

twoja historia
ułoży się jak rozdrażniony pies
na legowisku pod wierzbą
w końcu cichy

jeszcze mają siłę
wyznaczają dni przesiewu kamienia
przed sypaniem na ścieżki
obmyć z błota i trawy

spokój przyjdzie z chorobą
dzieci na studiach
na wakacjach w pracy

dziadkowie
przykrywają się białą kołdrą
ostatni kolor
sprawdzasz tętno
trzy razy na dobę

ziemia pole ogród
wszystko twoje
dojrzałe jak dzikie papierówki
nie woła o kolejny worek kory
od czasu do czasu
prośba o wyrwanie chwastów

na tarasie matka żegna się
z wysoką tego roku kukurydzą
mówi że widziała zmarłego męża

też go widziałeś
otworzył przed tobą drzwi

Strych

tam chodzą aniołowie stróże
wyrzucamy kłótniami

krzyk
płacz
kubek o ścianę
marsz schodami na górę

na drewnianych belkach
jeden obok drugiego
coraz słabsi

przez szpary w klapie
dźwięk rozbijanych przedmiotów
ucieczka dziecka

siwieją
wysychają
upadają bez słowa

zostają po nich kłębki
rozrzedzonej waty
kokony pająków
które raz w roku zamiatamy
za domem czyścimy szufelki
z oblepiających resztek

A