8 wierszy
Pierwszy przymrozek
uciekaliśmy furmanką przez morza
On nas ścigał gniewny wściekły
tak twoje wizje ściga requiem
Józef Kurylak
oderwany od lektury w której czarny żmij
uderza o dzwon na sygnał śmierci
podsłuchuję pod drzwiami
czego brakuje misiowi
dobrze
jaką pracę ma twoja mama
brawo
nowoczesne wykończenie
precyzyjne malowanie ścian
przyjazne zabawki i drabinki
tu czekasz
pedagog zaprasza mnie do środka
ja bym wstrzymała się z orzeczeniem
zbadajcie za rok
będzie się za nim ciągnąć w papierach
jak kulejący chłopiec za ojcem
wspomnienie z dzieciństwa
zimny listopadowy poranek
idą
jeden co najmniej kilka metrów
przed drugim
Kawalerka
nie miała w życiu łatwo
zbudowana w latach osiemdziesiątych
trzaskanie drzwiami
płacz dziecka
odwracała wzrok
od wersalki którą mdli
na widok plamy moczu
co działo się w łazience
nie chciały wiedzieć meble
kuchenne ani przedpokojowe
wystraszone odgłosami wymiotów
wasze relacje ociepliły się
kiedy zostałeś sam
żona i syn odeszli
piłeś rzadziej
mniej drastycznie
czyściłeś włosy z pająków
ozdabiałeś
do dzisiaj wspomina
szachownicę z pionkami przyklejoną do ściany
nowa właścicielka irytuje
wyrywa zęby
obdziera ze skóry
kawalerka tęskni
za wieczornym słuchowiskiem w radiu
nieudolną publicystyką
pisaną koniecznie piórem wiecznym
na kartkach rozdzieranych drugiego dnia
Skalpel do zaschniętego tłuszczu
dla domu w którym się wychowałem
charakterystyczny był brud
nie smród czy syf
lecz
rosnące warstwy kurzu i martwych much
w kloszach i na blatach regałów
gruz wokół doniczek
do dziś nie wiem skąd
coraz słabsi dziadkowie
smutniejszy z każdym dniem wujek
dobrze się miał
ekosystem pyłu i pająków
kiedy mieszkanie przejęła matka
sprzątnęła jakbyjednym ruchem
przesunąć brudnopisy
śmialiśmy się wynosząc metalowe słupki
na których grube deski imitowały półki
ile było zabawy
przy darciu worków gazet
kroniki Głogowa
pasja dziadka
dwadzieścia pięć lat później
obserwuję swój dom
ścinki paznokci w szufladach
pleśń na fugach między płytkami
czekam
aż syn albo córka
wezmą się do roboty
Jerzy
rok na przykład dziewięćdziesiąty siódmy
jeszcze chodził
byłem jedenastoletnim dzieckiem
wsiada do taksówki
zawsze to samo auto
znają go w dyspozytorni
trasa z ulicy Sienkiewicza
do Zamku Książąt Głogowskich
pisze słownik miejscowości
nazwy z niemieckiego na polski
wiosna
brukowana ścieżka
most
idzie o lasce
coraz bardziej pochylony
słońce przesuwane
z lewego na prawy brzeg rzeki
w uporczywej terapii
poranków i wieczorów
wspomnienia z przedwojennej Warszawy
zmiażdżone w zgniataczu do tabletek
zdmuchnięte łagodnym wiatrem
przepływają przez dziurawe firanki
gram w noża z kolegami
jeśli wbijesz scyzoryk w glebę
masz prawo oznaczyć swój teren w okręgu
Pole widzenia
poecie Zbigniewowi Jankowskiemu którego nigdy nie poznałem
talerz ryby i frytek
odwrócony
odsłania datę i duszę rzemieślnika
czy znalazłeś swój odwrócony Bałtyk
piaszczysty brzeg
niestabilne dno
glony oplatają nogi
rozpłynąłeś się w głębi
zatłoczony port
przywołuję cię
szukam płynąc w dal
rejs za kilkadziesiąt złotych od osoby
z bosmanem didżejem
cisza
nieskończone mruganie
lekko oddychającej wody
kolorowe zabawki
lokalny wyrób piwny
wyciągają mnie na ląd jak topielca
wykrztuszam sól
łapię oddech
znikam z twojego morza widzenia
noc
balkon pensjonatu
światło latarni
niesie się z głosem zakochanych
do granicy plaży
Blizna
po piętnastu latach pytasz skąd ją masz
letnie popołudnie
przejażdżka rowerem na czterech kołach
nagłe hamowanie
brodą o asfalt
liczba osób sobie bliskich
sześć
wzajemne urazy
w fazie rozwoju
początkowej lub średniej
wyraźne ruchy
wstępne rozpoznanie narządów
charakter formułowany
w czasie obserwacji przez firankę
idzie z dziećmi na spacer
a ta tyłka nie ruszy
szczęśliwe rozwiązanie za kilka tygodni
przywieziony ze szpitala noworodek
nasza kłótnia
która wybucha jak wczesny poród
szrama
dwa centymetry
jechałaś kilka metrów przede mną
skrzyżowanie
górka
sklep
dalej las i płynne niebo
grejpfrutowa oranżada z Osieka
w butelkowym menisku powietrza
Drzwi
twoja historia
ułoży się jak rozdrażniony pies
na legowisku pod wierzbą
w końcu cichy
jeszcze mają siłę
wyznaczają dni przesiewu kamienia
przed sypaniem na ścieżki
obmyć z błota i trawy
spokój przyjdzie z chorobą
dzieci na studiach
na wakacjach w pracy
dziadkowie
przykrywają się białą kołdrą
ostatni kolor
sprawdzasz tętno
trzy razy na dobę
ziemia pole ogród
wszystko twoje
dojrzałe jak dzikie papierówki
nie woła o kolejny worek kory
od czasu do czasu
prośba o wyrwanie chwastów
na tarasie matka żegna się
z wysoką tego roku kukurydzą
mówi że widziała zmarłego męża
też go widziałeś
otworzył przed tobą drzwi
Strych
tam chodzą aniołowie stróże
wyrzucamy kłótniami
krzyk
płacz
kubek o ścianę
marsz schodami na górę
na drewnianych belkach
jeden obok drugiego
coraz słabsi
przez szpary w klapie
dźwięk rozbijanych przedmiotów
ucieczka dziecka
siwieją
wysychają
upadają bez słowa
zostają po nich kłębki
rozrzedzonej waty
kokony pająków
które raz w roku zamiatamy
za domem czyścimy szufelki
z oblepiających resztek