Przejdź do treści
Bolo
ProzaDaniel Rosołek
PROZA

Bolo

Opublikowano w: Nr 02•2025 [15]

I

Siedem identycznych bloków z wielkiej płyty. Szare elewacje, miejscami odbarwione od słońca, pokryte zaciekami i graffiti. Balkony pełne starych krzeseł, dywanów, plastikowych doniczek z martwymi kwiatami. Na jednym flaga biało-czerwona, brudna od deszczu. Na innym satelita z urwanym kablem, dyndającym na wietrze jak niedokończona myśl. A za tym wszystkim łąka. Skrawek niczego zarośnięty trawą, w której zakwitły pokrzywy, łopiany, plastikowe torby, puszki po piwie i wszystko szczodrze ozdobione petami i kapslami.

II

Ja Bola znałem praktycznie od dziecka. Najpierw mieszkał z rodzicami na Janika, a potem, jak jego father uciekł za pracą na Wyspy, zamieszkał z matką u dziadka, dwa piętra nade mną. Ten jego dziadek to był stary komunista, za młodu do partii należał i mu tak zostało. Wszyscy z niego bekę cisnęli jak na pierwszego maja biegał z kwiatami i w górniczym mundurze pod pomnik Pstrowskiego. Ponoć był kiedyś z niego dupny sztajger na grubie. Ale gorol.

Bolo był taki jak my wszyscy. U nas kiedyś wszyscy byli tacy sami, jakby z jednej matki. Tu, gdzie teraz jest Lidl, to graliśmy w balę. Od rana do wieczora. Taką szmacianką. Bramki z brzózek robiliśmy. Bolo grał zawsze na ataku, ja na budzie, to znaczy na bramce. Rękawice miałem robocze, skórzane, od ojca z zakładu. A tu, widzi pan ten sklep? Tutaj chodziliśmy po meczu na oranżadę. Złotówka za półlitrową butelkę, na miejscu. Ściepę robiliśmy. Dziesięć chłopa z tego żłopało. Tak było. Ma pan co zapalić, abo co? Dzięki. Ogień mam swój. Ja to teraz jestem na rencie. Do roboty się nie nadaję. Schorowany. Robiłem na kopalni. Nie, nie na dole. W kotłowni. Panie, jak tam się piło! To picie mnie tam wykończyło. Mam rentę alkoholową. Wtedy wszyscy pili, co tu gadać. Piło się, bo bez tego człowiek byłby zbyt sobą. A zbyt sobą być to czasem najgorszy stan.

Nie, Bolo ze mną nie pracował. Wtedy go już nie było, jak do roboty poszłem.

Potem, jak już nam ta bala zbrzydła, to żeśmy się na klopsztangę, to znaczy na trzepak, przenieśli. Już starsi byliśmy. Ja poszłem do samochodówki, Bolo nigdzie. Niby zapisał się do jakiegoś technikum, ale po miesiącu przestał chodzić. On się świata innego uczył.

Panie, ten trzepak to było tutaj jedyne centrum kulturowe. O filmach się mówiło, muzyki się tam słuchało. Dziadek Bolowi na urodziny kupił odtwarzacz płyt CD. Całe osiedle przychodziło do nas muzyki posłuchać. Wtedy to była muzyka: Paktofonika, Kaliber 44, Kazik. Słuchał pan? Tam się, panie, i zakochać można było. Pierwsze pocałunki, macanki. Można powiedzieć, że to był taki nasz raj na ziemi. I piło się tanie wina. Leśny Dzban. Pił pan? To smak mojej młodości.

A jak się chciało zarobić, to na działki na szabry chodziliśmy. Potem wszystko na lewo sprzedawaliśmy na giełdzie w Gliwicach. Czasem właściciel przyszedł i nieświadomy odkupywał swoją wiertarkę albo kosiarkę. Zawsze parę złotych wpadło. No tak się żyło. Takie czasy były. Za te pieniądze to się potem piło albo jakiegoś dopalacza wrzuciło.

Wiesz pan, pamiętam, że w pewnym momencie matce Bola coś się w głowie pomieszało. Krzyczała przez okno, jakby cały świat musiał ją usłyszeć. Nocami gadała do radia, słuchała disco polo na cały regulator. A on, jak zawsze: pod trzepakiem, niewzruszony, z kapturem na głowie, patrzył w te pola. O tamte, za nami. On na nie mówił Elizejskie. Cokolwiek to znaczy. Bo on się zrobił właśnie wtedy jakiś dziwny. Miał tę swoją gadkę, jakby więcej dostrzegał, ale nikt nie wiedział, czy nie gada głupot. Ja czasem miałem wrażenie, że może on naprawdę coś czuje, czego my nie umiemy.

Wiesz pan, był taki dzień, lato. Duszno. Wszystko się topiło. Bolo poszedł do piwnicy dziadkowi jakieś narzędzia przynieść. Wszedł biedny, a tam ta jego matka na pościeli wisi. Kolanami o podłogę szurała, tak jej się szyja wydłużyła. On ją odcinał. Pamiętam, że zdjął jej kolczyki i naszyjnik. Sprzedał to wszystko w lombardzie i urządził nam tu stypę, pod trzepakiem. Tak było.

Po tej stypie Bolo wziął mnie na te pola. Siedzieliśmy i piliśmy ciepłe piwo w krzakach. I on mi wtedy powiedział coś takiego, że jak przejdę przez pole i się nie obejrzę, to zostanę tam na zawsze.

No to ja się go pytam, co ma na myśli, on mi, że znikniesz, że coś tam, coś tam, ale nie umrzesz. Wiesz pan, jakby już porobiony. Mówił, że po prostu będzie się gdzie indziej. Gdzieś, gdzie nie ma tego wszystkiego. Tej pierdolonej betonowej beznadziei. Że lepiej być tam niż tu. Takie rzeczy gadał. I wiesz pan, nie wiem, czy to przez ten upał i to piwo, ale wtedy, jak spojrzałem w pole, to przysięgam, miałem wrażenie, że coś się tam poruszyło. Jakby światło inaczej się załamało. Jakby coś czekało. I on tam chodził codziennie. Stał i się gapił.

Ostatni raz widziałem go dwa dni przed tym, jak zniknął. Było już późno, sierpień, ciemno robiło się szybciej, a powietrze pachniało deszczem. Siedział pod trzepakiem, sam. Miał na sobie tę swoją wysłużoną bluzę z napisem „JP100%” i stare, wytarte adiki, które trzymały się chyba na ślinę i słowo honoru. Poszłem. Podał mi puszkę Leszka. Usiadłem obok. Powiedział mi, że jutro idzie. A jak zapytałem gdzie, to mi mówi, że do nich. Że przejdzie przez Pola Elizejskie. Bez oglądania, jak trzeba. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Już wcześniej rzucał takie teksty, ale tym razem coś było inaczej. Nie miał w głosie tej swojej zwyczajowej zgrywy. Mówił poważnie. Jakby właśnie postanowił rzucić wszystko i wyjechać. Tutaj każdy chciał wyjechać, ale nie było odważnych. Większość, jak ja, została. Następnego dnia nie pojawił się pod blokiem. Ani następnego. Ani jeszcze kolejnego. Dziadek go szukał, na policję zgłosił, że Bolo zaginął, ale ani śladu. Nikt nic nie wiedział.

Poszłem potem na Elizejskie. W biały dzień. Przeszłem tę samą ścieżkę, którą zawsze chodził. I wtedy, nie wiem, może mi się wydawało, ale przez sekundę miałem wrażenie, że po drugiej stronie tej trawy jest inny świat. Że się zapadnę, jeśli zrobię jeszcze jeden krok. Spękałem, nie zrobiłem. Wracając, spojrzałem za siebie i usłyszałem śmiech Bola. Delikatny. Jak powidoki z dzieciństwa. Jakbyśmy znowu mieli po dziesięć lat i chowali się po krzakach. Może to wiatr. Nie wiem. Do dziś nie wiem, co to było.

Teraz już tu nie mieszkam. Przeprowadziłem się, mam jakąś kobietę i dziecko. Chyba moje. Czasem, jak jadę tramwajem przez to osiedle, to wraca. Bolo wraca. Zastanawiam się, czy naprawdę zniknął. Czy może po prostu uciekł. Może dorwał jakiś pociąg i wyjechał do Rajchu, może ktoś go zabił za długi. A może, jak mówił, przeszedł. Bez oglądania się. Bo czasem se tak myślę, że może te Pola Elizejskie naprawdę tam były. Że może w każdej zapuszczonej łące między blokami kryje się jakaś nieszczelność w rzeczywistości. I może niektórzy, jak Bolo, potrafią ją dostrzec. Przejść przez nią, jakby nigdy nic. I zniknąć z tego świata bez pytania.

Tyle wiem.

Dasz pan jeszcze papierosa, abo co? Ognia mam. Bo wiesz pan, ja na rencie jestem.

Zabrze, 2025 r.

A