„Ładna”
Zbliżał się piątek. Było już dobrze po dwudziestej i wiedziałam, że nie mogę tego dłużej odkładać. Usiadłam na łóżku i chwyciłam telefon by zadzwonić do matki. Westchnęłam na tyle głośno, że leżąca na parapecie Borówka obudziła się i znacząco na mnie spojrzała. Przeciągnęła się leniwie, ziewnęła ukazując małe białe kły i powoli podeszła. Chyba przeczuwała, że to sytuacja kryzysowa i że także tym razem nie obejdzie się bez jej wsparcia. Wskoczyła lekko na łóżko, a chwilę później położyła się na plecach na moich nogach a ja mimowolnie zaczęłam kręcić kółka palcami po jej brzuchu.
– Skłamać, że jestem chora?
Zapytałam na głos nie wiem czy siebie, czy ją, ale ona nie odpowiedziała.
– A może po prostu powiem jej prawdę? Mamo, nie przyjadę, bo spędzam czas z Leonem. Idziemy do kina i do knajpy z przyjaciółmi.
Wiedziała, że mam chłopaka. Ale gdy jakiś czas temu przyznałam, że to coś poważnego, powiedziała tylko dwie rzeczy: „Nie przychodź do mnie z płaczem, kiedy cię skrzywdzi.” oraz „Oni wszyscy są tacy sami. Jak twój ojciec, który nas zostawił.”. A pomiędzy tym dodała parę bezpośrednich uwag do mojego życia: że nie zrozumiem tego co przeszła, bo nie mam dzieci; mam łatwiej, bo jestem sama i że mam cholerne szczęście, którego ona nie miała także w kwestii znalezienia drugiej połówki. Tylko raz odważyłam się powiedzieć matce, że miejsce, w którym jest teraz, zależało przede wszystkim od niej samej i od szeregu decyzji, które podjęła. Obraziła się na mnie i w konsekwencji nie odzywała się przez kolejne cztery dni. Gdy w końcu zadzwoniła wróciła do dobrze sobie znanej mantry: wszystko sprzysięgło się przeciwko niej.
Ona włączyła tryb: męczennica, a ja znów ustawiłam status: niewidoczna.
Prawda jest taka, że się bałam. Bałam się przyznać, że jestem szczęśliwa. Za każdym razem, gdy mówiłam jej o wyjściu do kina z Sofią, zjedzeniu dobrego ciasta lub kupieniu sobie nowego ubrania, miałam wyrzuty sumienia. Czułam się jakbym coś jej odbierała. Coś, co tak naprawdę należało się jej – choćby za to, że mnie urodziła. Zanim zrozumiałam mechanizm tej manipulacji, przez kilka pierwszych lat zabierałam ją wszędzie. Każde wyjście do teatru, dobra kolacja, wycieczka była w jej towarzystwie i za moje pieniądze. Kupowałam prezenty, codziennie dzwoniłam, by wysłuchać, jak minął jej dzień, załatwiałam sprawy urzędowe.
Aż któregoś wieczoru, gdy szykowałam się do wyjścia do kina z matką, dotarło do mnie, że nigdy nie wyszłyśmy razem, bo coś dla nas zorganizowała. Cały wieczór próbowałam przypomnieć sobie jakiekolwiek wyjścia z jej inicjatywy i nic. Nawet nie wiem o czym był film, na którym byłyśmy, bo liczyłam, ile razy zabrałam ją tutaj w ciągu ostatnich kilku lat. Bardzo chętnie korzystała z tego, co jej dawałem, bez wyrzutów sumienia czy chęci odwzajemnienia. Może według niej oddawałam jej dług? Ten niewidoczny i niespłacalny dług, który każdy z nas zaciąga u swojej matki w dniu swoich narodzin.
Zaczęło docierać do mnie, ile rzeczy odmawiałam sobie przez te wszystkie lata, by móc nakarmić moją głodną matkę. Próbując uciszyć wyimaginowane poczucie winy oraz myśli, które podpowiadały mi, że powinnam oddać jej wszystko co mam. Bo właśnie tak postępuje dobra córka. Wróciłam do domu z postanowieniem, że ograniczę ilość moich darów, że będę bardziej asertywna.
Ale jeszcze nie dziś, bo podczas rozmowy znów skłamałam, że jestem chora i muszę uczyć się na zbliżający się egzamin. Wszystko po to, by zatuszować wyrzuty sumienia, że w tym czasie będę z własnym chłopakiem. Masa kłamstw, by nie usłyszeć od niej znaczącego „rozumiem” wypowiedzianego takim tonem, że na samą myśl pociłam się z nerwów i miałam ochotę przepraszać.
O przeprowadzce do Włoch też powiedziałam jej przez telefon, dwa tygodnie później. Wiedziałam, że nie dałabym rady powiedzieć jej tego wprost. Nie pamiętam dobrze naszej rozmowy i nie wiem, jak udało mi się wyrzucić z siebie te słowa. To chyba było coś w stylu: „Mamo, nie będzie mnie wtedy w Omiś (na urodzinach bratanicy, o których właśnie mówiła), będę w Rzymie”. Potem powiedziałam niemal szeptem: „Będę tam pracować i mieszkać”. Zamilkła na dobrych kilka minut. Tylko dźwięk stukania o kuchenny stół ostro zakończonych paznokci upewniał mnie, że jeszcze się nie rozłączyła.
Chyba właśnie wtedy wszystko się zmieniło.
Równomierny odgłos stukania brzmiał, jakby mały marmurkowy krab chodził przez środek drewnianego blatu w tę i z powrotem. Zwalniał i przyspieszał w zależności od ilości myśli, które przemykały w jej głowie. Czasem następowała cisza, jakby jej krabowa wersja zatrzymała się na krawędzi stołu, oceniając ryzyko upadku w przepaść, a potem cofała się i ruszała na swych odnóżach dalej, niosąc na sobie ciężar reakcji na wypowiedziane przeze mnie słowa.
Przymknęłam oczy.
Kilka minut później piaskowa burza słów wyrażających pretensje, lamenty i wyrzuty zasypała mnie aż po czubek głowy, tworząc wielką pustynną wydmę. Słone łzy mojej matki, przelewały się przez słuchawkę i wsiąkały we mnie, znikając pod tą grubą warstwą piasku. Rozłaczyła się tuż po tym, jak wycisnęła z siebie ostatkiem sił słowa: „Rób, jak chcesz”.
Minęły dwie godziny zanim poczułam, że znów mogę poruszać ciałem.
Otrzepałam się delikatnie, zrzucając z brzucha i ramion ziarenka nieprzyjemnych słów. Zdążyły one jednak wejść w wąskie szczeliny mojego mózgu i ciała. Wiedziałam, że jeszcze długo będę znajdować te drobinki w swojej walizce, głowie i ubraniach, że będą uwierać mnie przez kolejnych parę tygodni. Wyciągnęłam dłoń, ominęłam śpiącą obok mnie kulkę futra i ponownie chwyciłam telefon. Musiałam uciszyć w swojej głowie ten nieregularny dźwięk stukoczących odnóży, których ostre końce miały kolor pomalowanych na czerwono paznokci mojej matki. Wybrałam nową playlistę, na której od paru dni miałam zapętloną tylko jedną piosenkę. Z małego głośnika dotarł do mnie dźwięk pianina, a potem ciepły głos Marie z Roxette. Gdy usłyszałam refren „Listen to your heart”, odetchnęłam z ulgą.
Zrobiłam to: powiedziałam mojej matce, że chcę być szczęśliwa.
Był środek lata więc ulice mojej rodzinnej miejscowości wypełniali turyści. Nawet w tak małym miasteczku jak Omiś, różnica pomiędzy sezonem turystycznym a czasem, gdy zostawali tam tylko mieszkańcy, była widoczna gołym okiem. W ten weekend ludzi było jeszcze więcej, ponieważ zbliżała się coroczna rekonstrukcja bitwy morskiej między piratami a Wenecjanami. Z innych miejscowości przyjechało mnóstwo grup historycznych. Policzyłam do dziesięciu wiedząc, że przyjdzie mi przeciskać się przez te tłumy, a droga do domu wydłuży się co najmniej dwukrotnie.
Wysiadłam z autobusu, którym jechałam ze Splitu prawie godzinę. Pokonywałam tę trasę co dwa tygodnie, a mimo to nadal nie przyzwyczaiłam się do mdłości i zawrotów głowy podczas jazdy. Nie miałam wyboru. Weekendowa wizyta w domu rodzinnym była obowiązkowa, choć nie dotyczyła mojego brata. „On ma własną rodzinę, to co innego” odpowiedziała mi kiedyś moja matka na pytanie, dlaczego nie przyjeżdża do niej równie regularnie jak ja. Cóż… to się nazywa mieć podwójne standardy.
Poprawiłam płócienną torbę na ramię, odkleiłam włosy od skroni i materiał sukienki od uda. Skierowałam się w stronę rzeki Cetina, która przedzierała się przez góry Mosor dzieląc miasteczko na pół. Przeszłam przez most i weszłam w klaustrofobicznie ciasne uliczki starego miasta, próbując płynnie manewrować między ludźmi. Znałam drogę na pamięć. Niemal nie zwracałam uwagi na mijane kamienice. Kątem oka dostrzegłam jednak rozwalone drzwi w kolorze zieleni, należące do najbardziej znanego budynku w mieście – Domu Szczęśliwego Człowieka. Choć ów człowiek zmarł dawno temu, a jego dom lata świetności już dawno miał za sobą. Chwilę później weszłam po schodach i skierowałam się do mieszkania kobiety, która na własne życzenie szczęśliwa być nie chciała.
Moja matka nie miała ani wesołego usposobienia, ani specjalnie nie lubiła się uśmiechać. Jej wąskie usta stworzone zostały tylko do jednego – do wytwarzania szpilek. Nie potrafiła się bez nich obejść. Gdy zrobiła nową szpilkę, trzymała ją przez jakiś czas w ustach, ostrym końcem na zewnątrz, potem delikatnie ją wyciągała i wbijała precyzyjnie w mój miękki mózg, służący jej za poduszkę krawiecką. W międzyczasie szyła, ale nie spódnicę czy pościel, tylko wiecznie niedokończoną, patchworkową kołdrę swojego tragicznego życia.
Główki tych szpilek miały różne kolory, a każdy odpowiadał za konkretną kategorię nieprzyjemnych słów. Bo tym właśnie były szpilki. Na przykład czerwone – do ubolewania nad ciężkim losem, zielone główki – do zazdrości, niebieskie były plotkami, fioletowe natomiast oznaczały powrót do jej trudnej przeszłości. Ich ilość oraz użyte kolory zmieniały się w zależności od tematu rozmowy, sytuacji oraz humoru, jaki danego dnia miała.
Czasem po spotkaniu z nią, wyglądałam jak jeż. Miałam tyle szpilek wbitych w głowę, że wyciągnięcie ich i powrót do normalności zajmował mi kilka dni. Ale potem znów przychodził ten weekend; wizyta w domu rodzinnym i wszystko się powtarzało. Miałam wrażenie, że wbijanie szpilek było jej ulubiona czynnością i często zastanawiałam się, ile ich jeszcze ma. Może to już koniec i następnym razem nie poczuję w swojej głowie zimnej metalicznej końcówki? Może tym razem, z okazji świąt, matka nie otworzy swojej fabryki? Ona jednak nie przerywała produkcji, nawet gdy była chora.
Co do tego… czasem myślałam, że chciałaby chorować na coś poważnego. Wtedy wszyscy patrzyliby tylko na nią. Ubolewaliby nad jej losem, martwili się, skakali koło niej. Byłaby w centrum wszechświata – ona, cierpiąca w samym jego środku. Pławiłaby się w naszej uwadze, zamęczała nas sobą i co kilka minut umierała na naszych oczach. Ta sama historia, ten sam scenariusz. A ja siedzę w pierwszym rzędzie i oglądam jednoosobowy dramat sceniczny mojej matki. Choć, jeśli mam być szczera, były momenty, gdy wolałam, jak chorowała. Wiem, to okrutne, ale miałam wrażenie, że jest wtedy odrobinę milsza, a może po prostu słabsza?
Dziś też jej coś dolegało, ale o tym, dowiedziałam się chwilę później, bo przez dobrych kilka minut szarpałam się z drzwiami do mieszkania. Najwyraźniej coś je blokowało z drugiej strony. Gdy w końcu udało mi się je otworzyć na tyle, żeby się przecisnąć zobaczyłam, co uniemożliwiało ich otwarcie. Z wyglądu przypominało płytką czworokątną miskę z gładkim wnętrzem i chropowatą powierzchnią na zewnątrz. Dopiero po przyjrzeniu się zrozumiałam, że było to w istocie pustą skorupą. Nie wiem, dlaczego moja matka pozostawiła ją właśnie tam, ale oznaczało to tylko jedno: to był jeden z tych dni, gdy moja matka była słabsza. Wyprostowałam się i zobaczyłam, jak idzie w moją stronę najwidoczniej chcąc sprawdzić, co zrobiło taki hałas.
W salonie oraz korytarzu panował półmrok. Wszystkie okna, były zasłonięte ciężkimi zasłonami, nie świeciła żadna lampa, toteż nie widziałam jej wyraźnie. Kroczyła wolno bokiem, stawiając swoje odnóża jedno za drugim. Używała tylko sześciu z nich, a każde ruszało się niezależnie od innych. Czasem cofała się niezgrabnie, przesuwała w lewą lub prawą stronę, jakby omijała niewidoczne przeszkody. W połowie drogi zatrzymała się na chwilę. Może chciała upewnić się, czy jest wystarczająco bezpiecznie. Dopiero, gdy była pół metra ode mnie zauważyłam, że jej miękkie ciało były całkowicie odsłonięte. Zrozumiałam, do kogo należał stary pancerz leżący pod moimi nogami. Kilka godzin wcześniej, moja matka najwyraźniej zrzuciła z siebie skorupę oraz tę stwardniałą warstwę nienawiści do ludzi, którą nosiła na plecach od dawna.
Spojrzała na mnie od góry do dołu lekko wystającymi wilgotnymi oczami, zatrzymując wzrok na mojej nowej sukience. Zniekształconymi ustami rzuciła w moją stronę: „ładna”, a potem z lekkim uśmiechem dodała: „no kto bogatemu zabroni”. Zastukała końcówką odnóży w podłogę, jakby przebierała nogami ze zniecierpliwienia, po czym chwyciła zawieszoną na moim ramieniu torbę z zakupami i zniknęła w kuchni. Zgniotłam w kieszeni paragon z sklepu, który chciałam jej dać. W sumie nie wiem po co go wzięłam i tak nie oddałaby mi za zakupy. Nie ma przecież pieniędzy, bo nie ma dla niej pracy.
Tamtego dnia, mocno osłabiona, większość czasu spędziła schowana w fotelu typu uszak, oświetlona tylko niebieską poświatą telewizora i małą nocną lampką stojącą na stoliku obok. Siedziałyśmy w jednym pomieszczeniu i oglądałyśmy jakiś serial kryminalny. Nie rozmawiałyśmy za dużo, więc się rozluźniłam. Od czasu do czasu zerkałam na nią, wypatrywałam zmian. Wiedziałam, że za kilka godzin jej ciało wytworzy pancerz, który stwardnieje. Nowy i większy, pozwalający zmieścić jeszcze więcej złości i toksycznych myśli. Znów na powrót stanie się tą, którą świat skrzywdził, która nie może być szczęśliwa.
A jednak podczas tych kilku godzin, gdy pokryta była jedynie miękka, śliską tkanką, gdy jadłyśmy razem waniliową kremšnite, momentami dostrzegałam w niej to, czego od lat podświadomie pragnęłam. Matkę, której od zawsze potrzebowałam, którą mogłaby być, gdyby nie egoistyczny pancerz na jej plecach. Ale zanim wróciłam do siebie, jej ciało znów zasłonił ciężki marmurkowy karapaks, a ja miałam w głowie kilka kolejnych szpilek z główkami w kolorze zielonym i niebieskim.
To był ostatni, wyjątkowo ciepły weekend tego lata. Od wejścia przywitał mnie chłód, ale nie ten z rodzaju przyjemnych, gdy przekraczasz granicę między gorącą ulicą a klimatyzowaną przestrzenią w centrum handlowym. To był chłód obojętności, który przenika aż do serca i wyziębia cię od środka. Zawiesiłam kardigan na wieszaku i przysunęłam plecak bliżej ściany, tuż obok stolika z kluczami i suszoną trawą w wazonie.
– Umyj porządnie ręce. – Usłyszałam chropowaty głos z wnętrza kuchni.
Umyłam je dokładnie, a potem przejrzałam się w lustrze sprawdzając, czy na mojej twarzy można dostrzec napięcie lub zniecierpliwienie. Oba uczucia zdawały się być niewidoczne i tylko ja czułam ich ciężar na swoich drobnych ramionach. Bezgłośnie westchnęłam, a chwilę później przekroczyłam kuchenny próg. Poczułam delikatny podmuch zimna, a wewnętrzny dreszcz przeszedł moje serce. Zignorowałam go tak, jak milion razy wcześniej i usiadłam naprzeciwko matki – po drugiej stronie drewnianego, mocno zniszczonego stołu.
Był ogromny i właśnie to sprawiało, że był moim ulubionym meblem w domu rodzinnym. Pozwalał utrzymać dystans, którego żadna z nas nie chciał zmniejszyć. Wisząca nad stołem lampa nie była ustawiona w jego centralnym punkcie, toteż moje miejsce było lekko zacienione. Zaś te po drugiej stronie, należące do matki i ojca, kiedy jeszcze zasiadał z nami do posiłków, były oświetlone najmocniej. W kuchni nie było okna, więc lampa świeciła zawsze, nawet w środku słonecznego dnia. Teraz też, mogłam więc dokładnie przyjrzeć się matce siedzącej naprzeciwko mnie niczym lustrzane odbicie, choć z pewnością nie można mnie było uznać za jej odzwierciedlenie. Co zresztą chętnie za każdym razem mi wypominała. Nie pamiętam już, ile razy słyszałam z jej ust, jak bardzo podobna jestem do tego, który ją skrzywdził. „Jesteś jak ojciec” – wypowiadała to w taki sposób, że człowiek dokładnie wiedział, że to obelga, a nie zwykłe stwierdzenie faktu. Nie miałam wpływu na to, czyje geny będą u mnie dominujące, jednak przekornie lubiłam w sobie to, że jestem inna niż ona.
Obserwowałam moją matkę w milczeniu, słuchając opowieści o wkurzającej sąsiadce z domu obok, próbach dodzwonienia się do urzędu oraz niekończącej się fali upałów. Na temat mojego wyjazdu, chłopaka czy pracy nie powiedziała ani słowa. Nie pytała. Zręcznie omijała tematy, jakby w ogóle nie istniały. Ja też ich nie poruszałam. Bo i po co?
Jej błyszczące i wilgotne małe oczy ani na chwilę nie odrywały się od warzyw, z których robiła sałatkę. Pewnie miała zamiar podać ją do zbliżającej się kolacji. Dzieliła wszystkie najpierw na paski, a potem po kolei na nierówne kawałki, czemu towarzyszył nieprzyjemny dźwięk chrobotu. Kolejne liście sałaty podnosiła końcówką prawych szczypiec, przytrzymywała i krótkim cięciem drugich dzieliła na mniejsze. Te wpadały do dużej niebieskiej miski i przykrywały soczystą zielenią pokrojone wcześniej ziemniaki, pomidory, cebulę oraz fragmenty wysmażonych macek ośmiornicy.
Zdziwiłam się lekko, bo podczas ostatniej wizyty jej lewa ręka była jeszcze normalna. Teraz obie ręce aż do łokci pokrywała skorupa w kolorze brązowo-fioletowym i obie zakończone były ostrymi szczypcami z drobnymi ząbkami. Były cięższe niż ludzkie dłonie, toteż matka opierała się na stole, by móc utrzymać je w powietrzu. Jej wątłe ramiona nie przystosowały się jeszcze do ich dźwigania, za to sama czynność porcjowania i chwytania wychodziła jej zaskakująco zręcznie.
– Pokrój kruh na wieczór, a nie siedzisz bezsensownie – mruknęła nadal na mnie nie patrząc. – Nóż jest w lewej szufladzie, zresztą tam, gdzie zwykle.
– Cały?
– Co?
– Cały chleb mam pokroić?
– No tak – odpowiedziała, jakby było to oczywiste.
Nie mogłam tego wiedzieć, ale nie skomentowałam. Zamiast tego chwyciłam nóż i przysunęłam bliżej siebie deskę z chlebem. Sam kruh był piękny, pulchny z twardą, zarumienioną skórką. Matka zawsze taki wybierała. Odkroiłam końcówkę, odkrywając jego miękkie i puszyste wnętrze, a potem w równych odstępach kolejne kromki. Wbijałam w niego ostrą końcówkę noża z piłką, z trudem przeciągałam po twardszej warstwie, a potem gładko zsuwałam w dół aż do drewnianej deski. Z każdym cięciem dookoła rozsypywały się okruchy przypieczonej skórki oraz gąbczaste kawałki chleba. Walczyłam ze sobą, by nie przerwać krojenia i nie wyzbierać ich palcami, a potem zjeść świeżą kromkę bez masła.
Nie zrobiłam tego, bo należały do mojej matki.
Wszystkie okruchy, tak samo jak te kromki kruha, z najbardziej brązową i chrupiącą skórkę należały do niej. Wiedziałam, że podczas kolacji wybierze sobie te najładniejsze i głośnymi chrupnięciami zje na moich oczach. Pamiętam jak w dzieciństwie odkrawała kawałki skórek z kanapek mojego brata tłumacząc pokrętnie, że robi to, bo ten ich nie lubi. Spytałam go kiedyś, czy naprawdę tak było. Odpowiedział, że nie, ale chciał mieć święty spokój. Ja nie potrafiłam przestać ich pragnąć tak samo, jak tych wszystkich owoców, które jadła na naszych oczach, nie dzieląc się ani odrobinę. Kawałki krwawego grapefruita spływały jej po palcach, garście borówek znikały w jej ustach, pestki granatu spadały z łyżki z powrotem do miski, by i tak skończyć w jej brzuchu. Niemal czułam ich smak, ale nie mogłam ich spróbować. Były przeznaczone dla niej jako swoiste wynagradzanie za wszystkie krzywdy których doświadczyła. To była niepisana zasada naszego dom, jedna z ważniejszych obok tej, która brzmiała: „Co się dzieje w domu, nie mówi się nikomu.” oraz drugiej, której sens zrozumiałam dużo później, że „nie sra się we własne gniazdo”.
Pamiętam, że dopiero na studiach, mieszkając sama, po raz pierwszy zjadłam chrupiącą kromkę chleba. Przez pierwsze tygodnie zażerałam się nim, jak wygłodniałe szczenię, codziennie w drodze na zajęcia; bez dodatków, po prostu odrywając kawałki aż do ostatniego kęsa. Teraz jednak, siedząc z matką przy jednym stole, nie śmiałam sięgnąć choćby po okruszek.
W międzyczasie skończyła robić sałatkę, dolała jeszcze tylko octu z białego wina i oliwy, której butelka niemal wpadła do miski. Odsunęła naczynie od siebie i ponownie usiadła. Gdy zauważyła, że uporałam się z krojeniem i ułożyłam całe pieczywo w koszyku, przysunęła deskę bliżej siebie. W milczeniu obserwowałam, jak końcówkami obu szczypiec chwytała co większe okruchy i naprzemiennie wsuwała je w wąskie usta, w których znikały bezpowrotnie. Mrużąc oczy, wypatrywała każdej drobinki. Skończyła dopiero wtedy, gdy na desce nie zostało już absolutnie nic. We mnie też nie było już nawet najmniejszego okrucha zrozumienia.
Z promenady Riva skręciłam w małą uliczkę prowadzącą na Plac Owocowy, obeszłam Wenecką Wieżę i weszłam w Dobrić, następnie w ulicę, gdzie od wielu lat znajdował się stary Targ Rybny. Przeszłam obok zdobionej bramy z umieszczonym na górze napisem „Ribarnica”, za którą mieściła się niewielka kryta hala z kamiennymi blatami. Tylko kilku sprzedawców było stać na to, by w niej sprzedawać i płacić wyższy czynsz. A wyższy czynsz oznaczał wyższe ceny towarów, ale także większą szansę na klientów zagranicznych. Jak wszyscy miejscowi wiedziałam, że wystarczy skręcić za róg kilka kroków dalej by znaleźć się w skromniejszej części targowiska, gdzie wystawiali się biedniejsi kupcy. Można tam było kupić ryby i owoce morza w dużo niższej cenie.
Przeszłam kilka stoisk, jedynie ślizgając się wzrokiem po wystawionych towarach. Blaty pełne były srebrnych dorad, pasiastych makreli, różowych krewetek i miękkich kalmarów. Stosy małych szprotek kontrastowały z wielkimi, nabitymi tułowiami tuńczyków. Zapach świeżych ryb i solonej wody gromadził się pod daszkami z kolorowych tkanin, wdzierając się do płuc z każdym wdechem. Przeciskałam się pomiędzy klientami targującymi się ze sprzedawcami lub rzucającymi nazwami ryb, o spakowanie których proszą.
Wreszcie dotarłam do stoiska mężczyzny, którego znałam, od zawsze, gdy jeszcze jako małe dziecko przychodziłam z matką po stały, świeży towar. Dziś chciałam kupić to samo. Zanim podeszłam, obserwowałam przez chwilę, jak z delikatnością wykłada na stoisko nową partię ryb, poprawia im płetwy, z szacunkiem przesuwa palcami wzdłuż ich miękkich ciał. Gdy od Marko dzieliły mnie zaledwie trzy kroki odwrócił się i szeroko uśmiechnął:
– Zalia!
– Dobro jutro – powiedziałam, odwzajemniając uśmiech.
– Dobro jutro, dawno cię nie widziałem. Obraziłaś się na starego Marko?
– Oczywiście, że nie – odpowiedziałam i przytuliłam się. – Po prostu ostatnio rzadko tutaj bywam. Całe dnie wypełniają mi studia i praca.
– Rozumiem. Zawsze wiedziałem, że mądra z ciebie dziewczyna.
– Dziękuję – odpowiedziałam zawstydzona.
– No ale mów, czego potrzebujesz?
– Matka prosiła mnie, bym kupiła po drodze dorady i kilka krewetek tęczowych.
– Się robi! Krewetki mam naprawdę świeże, dzisiaj rano przywiozłem. – Mrugnął do mnie. – Poczekaj tylko chwilę, nie zdążyłem ich wypakować.
Skierował się w stronę swojego zielonego, małego busa dostawczego. Zrobiłam krok za nim, ale kopnęłam w stojące obok wiaderko, które się zachybotało.
– Och! Przepraszam!
– Nic się nie stało. Tam jest tylko kilka krabów, które dostałem od znajomego. Nieczęsto można je tu znaleźć. Chcesz dwa?
– Eee… nie dziękuję, wystarczą ryby i krewetki. – powiedziałam nachylając się – Ale za chwilę będzie o jednego kraba mniej, bo chyba chce uciec z wiaderka.
– Spokojnie, nie ucieknie.
– No nie wiem, jest coraz bliżej rantu…
Podszedł bliżej ze skrzynką wypełnioną krewetkami. Postawił ją na blacie, zdjął rękawice i stanął tuż obok mnie. Obserwowaliśmy małego kraba wspinającego się po wiszącym na brzegu wiadra wodoroście.
– Brakuje mu już tylko odrobinę.
– Taaa… Pewnie już czuje smak zwycięstwa, ale nie dane mu będzie go zaznać – odparł pewnym tonem.
Spojrzałam na niego zdziwiona. Byłam niemal pewna, że za chwilę przekroczy plastikową barierę dzielącą go od reszty świata i ucieknie z niewoli.
– Zaraz zobaczysz, moja droga. Zaraz zobaczysz.
W tym samym momencie dwa inne kraby weszły na plecy innych leżących na dnie wiaderka, wyciągnęły swoje szczypce, wyprostowały nóżki i chwyciły za odnóża tego, który postanowił uciec. Jednym ruchem ściągnęły go w dół. Wszystkie trzy przewróciły się na towarzyszy, poruszały nerwowo kończynami, a potem, za pomocą szczypiec, odwróciły się na brzuch i wcisnęły pomiędzy inne kraby. Chwilę później nie umiałam już stwierdzić, który z nich był niedoszłym uciekinierem.
– Był tak blisko! – Powiedziałam z nieskrywanym smutkiem.
– Phi! Inne kraby nigdy nie pozwolą mu wyjść z wiaderka.
– Nie rozumiem…
– Ja też nie, ale podobnie jest u ludzi. Gdy komuś z znajomych wiedzie się lepiej, wszyscy dookoła życzą mu, by szczęście go opuściło. Przy każdej okazji ściągają go w dół, odwracają się do niego plecami. Mówi się wtedy, że mają „mentalność kraba”. Znasz to?
– Chyba… – odpowiedziałam niepewnie. – Tylko, po co to zrobiły? – Wróciłam do tematu uwięzionych w wiadrze zwierząt. – Przecież one też mogły wyjść z wiaderka tą samą drogą.
– Z tego samego powodu, dla którego niektórzy ludzie wolą siedzieć i narzekać, zamiast zrobić coś, co może poprawić ich sytuację – bo tak jest prościej. Widzisz, już nie raz przekonałem się, że ludzie są jak kraby.
– Ludzie są jak kraby… – powtórzyłam cicho.
Miałam wrażenie, że dobrze rozumiem znaczenie tych słów. Jakby stary Marko jednym zdaniem opisał wszystko, co od wielu lat nosiłam w swoim sercu.
– Daaa… – mruknął przeciągle Marko. – Ludzie są jak kraby. Nie pozwolą ci uciec, ani być szczęśliwym.
Odwrócił się i odszedł kawałek. Stałam jeszcze chwilę, patrząc na poruszające się w wiaderku bez ładu i składu zwierzęta, gdy usłyszałam za plecami:
– Chodź, spakuję ci te ryby i krewetki dla matki.
Odwróciłam wzrok i przeszłam na drugą stronę stoiska. Chwilę później, trzymając pojemniki termiczny wypełniony lodem i owocami morza, pożegnałam się z Marko i skierowałam w stronę przystanku autobusowego. Przez całą drogę myślałam o krabie, któremu prawie udało się wyrwać z niewoli. Dobrze znałam to uczucie radości z chwilowej wolności oraz smak rozczarowania, które towarzyszyło nieudanej ucieczce.
– Był tak blisko… – szepnęłam do siebie.
Wróciłam. Chciałam uniknąć spotkania z matką przed wyjazdem, ale nie miałam wyboru. Musiałam zabrać transporter dla Borówki i resztę swoich rzeczy oraz zostawić klucze. Po raz ostatni otworzyłam nimi drzwi do domu rodzinnego, choć ręka mi drżała, gdy próbowałam włożyć klucz do zamka. Udało mi się dopiero po kilku próbach. Weszłam do środka. Panowała cisza. Słyszałam tylko tykanie zegara w salonie. Można było odnieść wrażenie, że nikogo w nim nie ma, ale wiedziałam, że nie jest to prawda.
Była tu. Moja matka, schowana gdzieś w ciemnej przestrzeni, obserwująca swoimi wilgotnymi oczami każdy mój krok. Nie szukałam jej, nie przywitałam się z nią. Wiedziałam, że prędzej czy później wyjdzie z kryjówki. Weszłam schodami na piętro do pokoju i wyciągnęłam z szafy transporter oraz resztę swoich ubrań. Z łazienki zabrałam wszystkie kosmetyki, które należały do mnie. Dołożyłam do tego starego pluszowego zajączka z dzieciństwa i upchnęłam wszystko w transporterze. Zniosłam na dół, żeby postawić przy drzwiach wejściowych.
Otworzyłam lodówkę. Ciepłe światło zalewające mi twarz, kontrastowało z zimnym powietrzem, które otoczyło moje ciało. Chwyciłam butelkę soku wiśniowego i nalałam sobie do szklanki. Potem otworzyłam zamrażarkę i wolną ręką wyciągnęłam wszystkie mrożonki, wrzucając je do pustego zlewu. Zostawiłam w niej tylko woreczki z lodem, które wypełniały prawie połowę szuflady.
Przeszłam boso przez salon; odblokowałam drzwi tarasowe, żeby wyjść na niewielkie podwórko. Usiadłam na plastikowym krześle, pod częściowo zwiniętą markizą w czerwono-białe pasy. Ciężkie nabrzmiałe chmury wypełniały niebo. Było duszno, a pot oblepiał moje ciało. W powietrzu czuć było nadchodzącą burzę. To napięcie doskonale ze mną rezonowało. I tak, jak wszystkie rośliny w ogrodzie czekały aż spadnie deszcz, ja czekałam na spotkanie. Chciałam mieć to już za sobą.
Wiedziałam, czego mogę się spodziewać, ale i tak drżało mi serce na samą myśl, jak ona zareaguje. I kiedy powtarzałam sobie w myślach słowa mojej terapeutki, usłyszałam za sobą ciche stukanie w drewnianą podłogę. Wzięłam ostatni łyk soku i odwróciłam się w stronę salonu. Przez otwarte drzwi zobaczyłam, jak moja matka wychodzi spod kanapy. Szczypce, za nimi dwa kolejne odnóża, kawałek karapaksu oraz czarne błyszczące oko. Wstałam. Na mój ruch cofnęła się gwałtownie ponownie znikając w ciemności.
Wiedziałam już, gdzie się schowała. Dlatego wpatrując się w punkt tuż przy drewnianej nodze kanapy, czekałam aż znów wyjdzie. Po chwili powtórzyła wszystkie ruchy, tym razem wyciągając z kryjówki całe ciało. W szarym świetle, ledwo było widać kolor jej pancerza, ale dobrze wiedziałam, że jest w odcieniach zieleni i fioletu. Całość pokrywały drobne brązowe paski i plamki, upodobniając go do marmuru. Jej odnóża na przemian kurczyły się i rozciągały sprawiając wrażenie, jakby każde z nich działało osobno. A jednak łączyło je jedno ciało, kierował nimi jeden mózg. Dzięki nim podchodziła teraz wolno w moim kierunku.
Im bliżej była, tym szybsze ruchy wykonywała, wysuwała szczypce do przodu i unosiła odwłok. Dotarła już do progu oddzielającego taras od pokoju. Zaciskała szczypce, wydając przy tym nieprzyjemny dla ucha zgrzyt, wysuwając je w kierunku moich stóp. Wiedziałam, ile miała w sobie złości i co próbowała mi przez to powiedzieć. Przykucnęłam, przyglądając się jej stwardniałemu ciału.
– Nie ważne, co powiesz. I tak tam pojadę, mamo. – szepnęłam nachylając się w jej stronę.
W odpowiedzi ruszyła do przodu i zaatakowała mój palec. Cofnęłam rękę w ostatniej chwili unikając jej szczypiec. Zdziwiłam się, ale byłam spokojna, a jej zachowanie nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Wiedziałam, że zrobi i powie wszystko, by mnie zatrzymać.
– Rozumiem, ale podjęłam już decyzję. Nie będę się już dłużej tobą opiekować.
Przeszłam nad nią i zanim zdążyła się odwrócić, chwyciłam delikatnie pomiędzy palce unikając kolejnej próby uszczypnięcia. Zaniosłam ją do kuchni, ponownie otworzyłam szufladę zamrażarki i włożyłam tam swoją matkę. Jeszcze chwilę obserwowałam jak szybko porusza aparatem gębowym, chwyta się odnóżami krawędzi, próbując wydostać się na zewnątrz. Gdy jej ciało niemal w połowie wystawało zza szuflady, poruszyłam nią energicznie, zrzucając matkę z powrotem na woreczki z lodem, a następnie zamknęłam drzwiczki. Wzięłam transporter w lewą rękę, a klucze wrzuciłam do miski stojącej na szafce w korytarzu. Zatrzasnęłam za sobą drzwi.