Przejdź do treści
Gloria
ProzaPatrycja Klimek
PROZA

Gloria

Opublikowano w: Nr 02•2025 [15]

Mój ojciec na studiach miał kolegę we wsi Gaj, pod Krakowem. Kilka razy byliśmy tam z nim i matką. „Jedziemy do Arka i Ewy”, mówili rodzice. Jako miastowy dzieciak nie przepadałem za tym. Na początku siedziałem z dorosłymi, kiedy oni grillowali i obalali kolejne flaszki. Niekiedy bawiłem się z moim psem Felkiem. Ciągnący się czas stanowił dla mnie jedyne źródło rozrywki w tym miejscu. Drażnił mnie wszechobecny zapach końskiego gówna i ta dziwną, nieznana mi gdzie indziej cisza – nie licząc odgłosów imprez moich starych i ich znajomych.

Stopniowo poznawałem lokalne dzieci. Na początku niechętne i wyzywające mnie od mieszczuchów pewnego dnia odkryły, że śmigam po drzewach niezgorzej od nich, co okazało się przydatne, kiedy trzeba było zajebać nielubianemu sąsiadowi czereśnie prosto z drzewa. Chyba uznały, że jestem spoko, i nasze zabawy zaczęły ewoluować do budowy tratwy na jeziorze czy skakania przez rzekę z rozpędu, co najczęściej kończyło się szlajaniem po okolicznych wioskach w mokrych ubraniach, dopóki nie wyschniemy – nikt z nas nie chciał kolejnego opierdolu od rodziców.

Najbardziej polubiłem Stasia, syna Arka i Ewy, Głowackiego. Głowacki przychodził na głośne grille. Wtedy zresztą naturalnie poznałem resztę chłopaków.

Długo nie zwracałem uwagi na zwierzęta. Nie mogłem zrozumieć, jak Staś, który czasem doglądał zwierzęta na nakaz swojego starego, jest w stanie doić krowę sprzątać albo obornik bez jakiegokolwiek grymasu na twarzy. „A ty w mieście żeś gówna nigdy nie widział?”, zapytał mnie, gdy raz siedzieliśmy na gospodarstwie jego ojca, co reszta chłopaków skwitowała głośnym śmiechem. Nie chciałem być uważany za gorszego od nich, więc kiedy pewnego razu Stasiek zapytał mnie, czy pomogę mu przy świniach, zgodziłem się, chociaż nawet nie zapytałem, co w ogóle miałbym robić.

– Dobra, to o piątej bądź – rzucił do mnie wieczorem na odchodne, kiedy wracaliśmy do domów ujebani w błocie po kolana, po całym dniu biegania po mokrym lesie. Nawet nie zdążyłem zapytać, czy robi sobie ze mnie jaja, nie musiałem. Arek wstawał tak codziennie, niezależnie, ile flaszek obalił z moim starym poprzedniego wieczora.

Przyszedłem chwilę po piątej. Widziałem, jak Stachu szedł w stronę chlewiku z łopatą opartą o ramię. Kiwnął mi tylko niedbale wolną ręką, krzycząc „Cho tu”. W niewielkim chlewiku były cztery głośne świnie, po dwie na stronę. Każda para miała klepisko wyłożone sianem, a w rogach wisiały duże poidła z wodą. W powietrzu unosił się gęsty kurz, który z każdym wdechem wypełniał moje płuca równie natarczywie, co śląski smog. Jebało też gównem i uryną.

– Masz tu pasze, trzeba im dać, tam, o! – powiedział, wskazując na puste pojemniki po obu stronach chlewików. Świnie w odpowiedzi zaczęły kwikać jeszcze głośniej, jak gdyby skumały, że zaraz będą jeść. – A potem to siano weź pozbieraj i rozrzuć nowe, bo się zesrały. Ja idę do krowy. – Oznajmił i wyszedł, nie czekając na moją odpowiedź.

Świnie patrzyły na mnie i wyraźnie liczyły na reakcję, w przeciwieństwie do Stasia. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy byłyby w stanie coś mi złego zrobić, i przeszło mi przez myśl, żeby się wycofać, bo z każdą kolejną sekundą kwik tych różowych cwaniaków był głośniejszy, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że wolę być zeżartym przez świnie, niż być wyśmiewanym przez chłopaków przez kolejne dni mojego pobytu w Gaju. Wziąłem głęboki wdech, zapominając o kurzu i smrodzie, czego szybko pożałowałem. Tak czy inaczej złapałem za pudło z paszą. Zobaczyłem bladożółte kukurydze i zboża, których nie byłem w stanie od siebie odróżnić. Uchyliłem metalową furtkę, wysypałem połowę do pojemnika i zastygłem na chwilę, w oczekiwaniu na świński atak. Nic takiego się nie stało. Świnie podbiegły do żarcia, niespecjalnie zwracając na mnie uwagę. To samo zrobiłem z pozostałą dwójką, a te też nie wykazywały chęci spróbowania ludzkiego mięsa. Przez chwilę odczuwałem coś w rodzaju ulgi, że niczego nie zjebałem. A kiedy uporałem się z odchodami, byłem już nawet z siebie dumny.

– Jezu, ale sie guzdrzesz, chłopie – stwierdził Staś, kiedy wrócił, trzaskając drewnianymi drzwiami ledwie trzymającymi się zawiasów. Miał na sobie gumiaki uwalane w błocie, a jego twarz błyszczała od potu. – Już szósta, weź je wypuść na wybieg.

Faktycznie, po drugiej stronie pomieszczenia znajdowały kolejne drzwiczki. Okazało się, że za chlewikiem świnie miały niewielki teren ogrodzony drewnianym płotem. Wszystkie wybiegły, głośno pochrumkując i zaczęły turlać się w błocie, biegać z miejsca do miejsca. Pomyślałem wtedy o Felku, którego świnie zaczęły mi przypominać, im dłużej przyglądałem się ich zachowaniu. W pewnym momencie jedna z nich nawet do mnie podeszła i obwąchała. Ciepłe powietrze wydychane na moją dłoń łaskotało. Pogłaskałem świnię po grzbiecie zupełnie odruchowo, co zdziwiło najwyraźniej bardziej mnie niż ją, bo zaczęła się o mnie ocierać i domagać dalszych pieszczot.

– Ta ma Gloria – powiedział do mnie Staś, przyglądając się świniom.
– One są trochę jak takie psy różowe – odpowiedziałem mu.
Kucnąłem przy Glorii; spojrzenie moje i jej spotkały się na tej samej wysokości. Dałbym głowę, że patrzyła na mnie ze zrozumieniem i zaufaniem. Ogonem poruszała entuzjastycznie w prawo i lewo.

Mój kolega zmarszczył brwi i otarł pot z czoła.

– No psa to ja bym nie zjadł – odparł i skrzywił się. Splunął za ogrodzenie, a jego ślina zmieszała się z błotem pełnym beztrosko bawiących się zwierząt. Patrzyłem chwilę na zielonkawą flegmę, kontrastującą z brunatną, wilgotną glebą, po której przebiegła po chwili jedna ze świń. Odchrząknąłem po kilku sekundach milczenia.
– No ta.
Stasiek splunął jeszcze raz.
– Dobra, tera idziemy do kurczaków – oznajmił, a ja ruszyłem za nim bez słowa, nie oglądając się za siebie.

Tego samego roku przyjechałem do Gaju drugi raz, tym razem zimą, niedługo przed świętami. Starzy zostali zaproszeni przez Arka na jakąś grubą imprezę, z tego co udało mi się zasłyszeć z ich rozmów. Nie dociekałem. Zastanawiałem się raczej, co będziemy robić z chłopakami, bo nawet chciałem ich znów zobaczyć.

Kiedy przyszliśmy do Arka i Ewy, zdziwiło mnie ich roztargnienie, ponieważ okazało się, że ledwo po naszym przyjeździe wszyscy zaczęli szykować się do wyjścia. Oczywiście znajomi rodziców zdążyli otworzyć wódkę, matka z Ewą zrobiły sobie po „soczku z prądem”, jak to zwykły mawiać rozchichotane, a ojciec z Arkiem pili czystą z dużych kieliszków. Wódkę wzięli na wynos, razem ze słoikiem ogórków, długim nożem i dużym niegazowanym liftem o smaku brzoskwini.

– Gdzie my w ogóle idziemy? – zapytałem znużony.
– Do Niedzielskich. Świnie ubijamy – powiedział dumnie ojciec, zapalając papierosa, a Arek głośno się zaśmiał. A skoro ktoś się śmieje, to znaczy, że żartuje, a nóż jest pewnie do krojenia ogórków.

W domu Niedzielskich zobaczyłem inne, znajome i poczerwieniałe twarze. Część z tych ludzi była rodzicami kolegów, więc automatycznie zacząłem ich wypatrywać. Chaos dało się zauważyć od samego progu, wszyscy poruszali się żwawo, ale chaotycznie. Jakbym niechcący znalazł się w garnku z gorącym olejem i ziarnami kukurydzy, wystrzeliwującymi i obijającymi się o pokrywę garnka raz po raz.

– No nareszcie! – krzyknął zachrypniętym barytonem nieznany mi chłop. – Piękne panie do kuchni, chłopy, chodźta na pole!

Rodzice rozdzielili się, traktując poważnie polecenie rzucone przez najebanego chłopa z nadwagą. W tej samej chwili zobaczyłem Staszka i odetchnąłem z ulgą.

– Siemasz. Cho do obory, chłopaki już są.
– Co się dzieje tu w ogóle?
– Świniobicie zara bedzie. Dawaj, szybko – Odpowiedział i skierował się w stronę drzwi, podczas gdy ja, próbując nadążyć, podbiegiwałem za nim.
– Co to w ogóle jest? – zapytałem, krzycząc, bo na dworze było głośniej niż w domu, ale nie doczekałem się odpowiedzi. Staszek szybkim i zdecydowanym krokiem zbliżał się do chlewiku. Obok niego już stali mężczyźni, a wśród nich mój ojciec. Miał rozbiegane spojrzenie i śmiał się z lokalnymi mężczyznami. Atmosfera przypominała wszystkie duże, rodzinne imprezy, tylko ludzi było więcej niż zwykle.
– My idziemy po świniaka i musimy im go przyprowadzić – powiedział, kiedy wchodziliśmy do chlewiku.

Świnie były niespokojne, kwiczały i rozdzielały się po kątach. Wśród nich szybko rozpoznałem Glorię, która kilka miesięcy temu trącała moją dłoń, gdy na moment przestałem ją głaskać. Teraz to dłoń Stasia szarpała ją za ucho, gdy świnia schowała się za swoją siostrę. A później ta sama dłoń założyła jej sznur na szyję i wyszarpywała z obory.

Wszystkie dźwięki nagle wydały mi się strasznie odległe. Śmiech mężczyzn, krzyki chłopaków, wycie świni. A jednak stałem tam, jakbym stał się marmurowym posągiem. Tyle tylko, że posągi stawia się ku czyjejś chwale.

Gloria nie wyła długo. Sprawna ręka ogłuszyła ją dostatecznie szybko, a jednak do dziś nocami słyszę jej krzyk. Przez następne kilka lat przytulałem się wtedy do Felka, dopóki się nie zestarzał i rodzice nie postanowili go uśpić. Uznali, że to niehumanitarne, by pies się tak męczył.

A