Pelagial
Pierwszy raz zobaczyłam go w pubie „Dwóch Sasów”. Siadywał przy barze, najczęściej sam, niekiedy w towarzystwie kilku kolegów, wypijał pintę piwa i zerkał w moją stronę. Oczy miał w kolorze stali, spojrzenie chmurne, rysy twarzy ostro wyrzeźbione. Skórę ramion pokrywały tatuaże wychwalające w cyrylicy bohaterów średniowiecznych bitew. Imię nosił słowiańskie i melancholijne – Milan. Pochodził z jednego z tych niewielkich, uznawanych za nieco zwariowane, krajów na południowym wschodzie Europy, którymi wszyscy się fascynują, ale o których mało kto coś bliżej wie.
Do „Dwóch Sasów” przychodziłam co piątek pograć ze znajomymi w bilard. Był to pub bez wyrazu, powszechnie uchodzący za drugi, po „Czerwonym Berecie”, najgorszy lokal w mieście. Rządził w nim stary zrzęda Clive. Legenda głosiła, że w dniu, w którym jedyny raz się uśmiechnął, pewien klient wygrał milion funtów w narodowej loterii. Chodziliśmy tam z przyzwyczajenia i sympatii do miłej, ładnej barmanki z Ukrainy. Lubiliśmy też Clive’a, chociaż nikt z nas by się do tego nie przyznał.
W bilard szło mi źle. Końcówka kija wciąż ześlizgiwała się z wypolerowanych powierzchni kul, które pędziły w niezaplanowanych przeze mnie kierunkach. Milan z ironicznym uśmiechem obserwował, jak toczę beznadziejną walkę z mechaniką gry, aż pewnego wieczoru wyjął mi kij z ręki i, wyprowadzając w moim imieniu perfekcyjne uderzenie w zieloną czternastkę, oznajmił, że będę jego żoną. Roześmiałam się. Drugi mąż akurat porzucał mnie dla krągłoustej gwiazdy Instagrama. Ja miałam czterdzieści trzy lata i dokładnie na tyle wyglądałam. Kolejne małżeństwo było ostatnią rzeczą, którą mogłam sobie w tym stanie ducha wyobrazić.
– Będziesz moją żoną – powtórzył. – Tylko musisz trochę przytyć.
Zanim się obejrzałam, mieszkaliśmy razem w ciasnym, niewygodnym domku z czerwonej cegły przy Havengore. Pokój obok wynajmował szemrany typ z Łotwy, a parter zajmowała polsko-wietnamska rodzina z kilkuletnim synkiem, który wspinał się często po stromych schodach i z nudów dobijał do naszych drzwi.
Czasem z Belgradu przylatywała jego matka, energiczna, wesoła kobiecina. Dochodziło wtedy do starć w kuchni z Wietnamką z parteru. Wrzały potyczki na woki i patelnie, w garnkach ścierały się aromaty, smaki i przyprawy. Sos rybny kontra słodka papryka, kolendra przeciwko mangoldowi. Obie najwyraźniej zgadzały się z Milanem co do mojej wagi, więc na zmianę wciskały we mnie zupy pho, pljeskavice, burki, sajgonki, urnebesy. Załamywały przy tym nade mną ręce, złorzecząc, każda w swoim języku. Nikt właściwie nie rozumiał matki Milana. Mówiła w dialekcie używanym jedynie w małej wiosce w środkowej Dalmacji. Wietnamka – wiadomo, była nie do rozszyfrowania par excellence.
W tamtym okresie pracowałam w dyskoncie z książkami i zabawkami w Meadows Shopping Centre, a nocami na ledwo działającym laptopie próbowałam tworzyć powieść – ekscentryczną sagę rodzinną o nielinearnie rozwijającej się fabule. Od skończenia polonistyki nie napisałam nawet linijki. Emigracja, praca, małżeństwa bezwzględnie wysysały ze mnie całą życiową energię. Teraz wątki pączkowały mi w głowie jak młode jabłonie, postacie nurkowały w psychologiczne głębie, historie gubiły zakończenia. Nie umiałam nad tym zapanować. Przez większość czasu chodziłam zupełnie nieprzytomna, obracając w wyobraźni na wszystkie strony model budowanego przez siebie kosmosu. Milan był niezadowolony.
– Posprzątałabyś lepiej – burczał. – A w ogóle to jadłaś coś dzisiaj? I gdzie masz kapcie? Nie chodź boso! Potem narzekasz na przeziębienia.
On sam pracował jako kierowca ciężarówki. Ale nie taki zwykły kierowca ciężarówki, podkreślał. Dowoził towar do sklepów na najbardziej zatłoczonych, wąskich ulicach w centrach miast.
– Czy wiesz, co to znaczy jeździć samochodem dwanaście ton po Soho, Mayfair, Central Cambridge? Tam nie ma zmiłuj, tam jeżdżą tylko najlepsi. Prawdziwa elita.
Nie byłam pewna, czym zajmował się wcześniej w swoim kraju, czy skończył jakąkolwiek szkołę. Na pytania o maturę odpowiadał wymijająco. Raz twierdził, że dostał jakiś papier, ale zgubił. Innym razem, że wyrzucili go w ostatniej klasie, bo się bił, powiedział nauczycielce, co o niej sądzi, handlował kradzionymi telefonami na bazarze. Ponoć zapowiadał się na świetnego piłkarza lub pływaka. Prawdopodobnie trochę siedział. Przestałam wnikać, każdy z nas ma jakąś przeszłość.
Nieraz bardzo się kłóciliśmy. Szare oczy Milana robiły się wąskie i nabierały arktycznych odcieni. Pewnie w myślach unosił nade mną rękę, ale nigdy mnie nie uderzył. Powody awantur bywały różne. Złościły go książki, popołudnia spędzane przeze mnie na czytaniu, pajęczyny, rozgotowany makaron. Kiedy różniły nas poglądy, wrzeszczał, że jego kobieta powinna zawsze się z nim zgadzać. Oglądaliśmy telewizyjny quiz, padały pytania o autora Biesów lub stolicę Zambii, ja wykrzykiwałam:
– Dostojewski! Lusaka!
On spoglądał na mnie podejrzliwie i komentował:
– Wiesz mnóstwo niepotrzebnych głupot, a nie potrafisz porządnie dosmażyć jajka.
Miał irytujący zwyczaj odpowiadania za mnie w towarzystwie.
– Nie, Maleńka nie pojedzie. Mamy inne plany – odrzucał propozycję wycieczki czy pikniku, nie dając mi dojść do słowa i obejmował zawłaszczającym ruchem moje plecy.
Albo:
– Mała nie będzie już więcej studiować. Po co jej to.
Moi znajomi go nie znosili. Ja nieodparcie za nim szalałam.
Bez względu na tematykę i emocjonalną rozpiętość nasze kłótnie kończyły się w łóżku. Był wspaniałym, wrażliwym kochankiem, o niebo lepszym od moich dotychczasowych mężów. Kiedy rankiem wyłanialiśmy się z pokoju, podejrzany Łotysz ostrzeliwał nas niedwuznacznymi komentarzami, a Wietnamka, której mąż był o dwadzieścia lat starszy od niej, obserwowała z wyraźną zazdrością.
W niektóre noce Milan budził się z jękiem. Śnił, że znów jest dzieckiem, chorwaccy żołnierze przychodzą pod otulony oliwnym gajem dom na dalmatyńskiej wsi i każą się wynosić. Jadą całą rodziną na traktorze w stronę granicy, ojciec ponownie umiera w ostrzale konwoju, nie chcą ich w Sremskiej Mitrovicy, Belgradzie, Niszu, w ogóle nigdzie ich nie chcą, krążą więc bez końca po świecie jak horda Cyganów. Przytulałam go ze wszystkich sił i szeptałam:
– Ja ciebie chcę. Nigdy cię nie opuszczę.
Oprócz pracy obchodziły go tylko dwie rzeczy: piłka nożna i łowienie ryb. Połowę naszego pokoju, tę wolną od książek, zajmował bogaty zbiór wędek, spławików, przynęt i podbieraków. Przepadał na całe dnie w chaszczach nad rzeką Chelmer, za żadne skarby nie można się było wtedy do niego dodzwonić. Rzadko coś przynosił. Złowione ryby trafiały z powrotem do zgniłozielonego nurtu. Twierdził, że samo obserwowanie migotliwej tafli wody koi jego chorą duszę. Używał właśnie takich pojęć: koić, chora dusza, migotliwa tafla. Przy opisywaniu własnych stanów wewnętrznych robił się nieznośnie poetycki. Uwielbiał słowo „pelagiczny”, przywoływał je, gdy zależało mu na wywarciu wielkiego wrażenia. Na co dzień przyozdabiał zdania ciągami barwnych bałkańskich przekleństw.
Kibicował West Ham United, chociaż wolałby Crvenej Zvezdzie. Musiałam oglądać z nim wszystkie mecze oraz recytować z pamięci tabelę wyników Premier League. Obstawiał rezultaty spotkań u bukmacherów, przeważnie źle, i przegrywał spore sumy pieniędzy. Wpadał w ponure nastroje. Popijając rakiję, słuchał smutnych folkowych ballad o orientalnej nucie. Za kimś tęsknił, czegoś mu brakowało, gdzieś chciał uciekać. Każde zobowiązanie uważał za niedopuszczalny zamach na wolność. Narzekał, że wszyscy rzucają mu kłody pod nogi: Anglicy, ryby, bramkarze, a najbardziej ja, bo go nie słucham, uparcie chodzę bez butów, nie lubię jeść mięsa, zaciemniam pokój książkami, marnuję godziny na bezproduktywne stukanie w klawiaturę.
Wycofał się bez dramatów, krok po kroku. Najpierw z pokoju zniknęły wszystkie podbieraki. Później nie mogłam znaleźć zdjęcia babci, która, razem z ikoną świętego Mikołaja, czuwała nad nim z okiennego parapetu. Z szafy stopniowo ubywało ubrań, skrzynek z haczykami, pokrowców na wędki. Wreszcie on sam stanął w drzwiach ze sportową torbą Adidasa przerzuconą przez ramię.
– Mówiłeś, że będę twoją żoną, i co? Kłamałeś! – zawołałam za nim z wyrzutem.
– Nie kłamałem. Był warunek: miałaś przytyć. Nadal jesteś sucha jak gałązka. – Błądził wzrokiem po wykładzinie. – Ja po prostu… nie rozumiem, co dzieje się w twojej głowie. Naprawdę trudno mi być z kimś, kogo nie rozumiem.
– Nie wspomniałam ci o tym, Mili, ale bardzo cię kocham – rzuciłam desperacko.
Posłał mi w odpowiedzi ostatnie czułe spojrzenie.
– Ja też cię bardzo kocham, Maleńka.
Oboje patrzyliśmy na siebie dłuższą chwilę, potem z lekkim uśmiechem skłoniliśmy się sobie jak aktorzy po skończonym przedstawieniu. Milan otworzył białe drzwi domku przy Havengore i, niczym wielka, pelagiczna ryba, wypłynął w dalszą podróż przez świat, a ja wróciłam do pokoju z niskim sufitem, gdzie czekał na mnie włączony komputer.