Przejdź do treści
W majową, burzową noc…
ProzaGrzegorz Pul
PROZA

W majową, burzową noc…

Opublikowano w: Nr 02•2025 [15]

Burze dzień cały.
Cały dzień zburzony.
Zbudzony burzą,
burzą oburzony
twój człowiek jest.

Marcin Świetlicki, Burzenie

Chmury nadciągnęły od strony miasta. Pojawiły się nagle. Bordowosine, nabrzmiałe od wody, toczyły się wolno po szczytach wieżowców. Ich niski lot po niebie przypominał stado olbrzymich, napitych komarów, które za chwilę zwymiotują na domy w dole, ulice, samochody. Wraz z chmurami przyszedł wiatr. Jego podmuchy zaczęły podnosić brudy miasta. Foliowe torebki fruwały nad chodnikami niczym latawce. Miejski kurz wymieszany z drobinami piasku wciskał się w każdą szparę, zatykał usta przechodniom, wpadał do oczu. Papierki i zeschłe liście tańczyły w rozedrganym powietrzu.

Marek czuł uderzenia wiatru w samochód. Momentalnie zrobiło się ciemno. Zjechał z głównej drogi na parking przed wielkim budynkiem. Gdy wyłączył silnik, spadły pierwsze krople. Były wielkie jak groch i wściekle waliły w blachy auta. Po kilku chwilach w strugach deszczu zniknął cały świat dookoła. Widział tylko cieki wody na szybie. Pędzone grawitacją i wiatrem tłukły, jakby desperacko chciały dostać się do środka i zalać człowieka w środku.

Wyjął z paczki papierosa i zaczął go machinalnie obracać w suchych palcach prawej dłoni. Tytoń chrzęścił pod uściskiem, ale tego nie słyszał, bo huk wody zagłuszał wszystkie inne odgłosy. Nie chciał palić w szczelnie zamkniętym samochodzie. Lewą ręką chwycił dźwignę z boku siedzenia i opuścił je. Wyciągnął się i zamknął oczy.

Strzałki na ścianach prowadziły do knajpy. Szedł szeroką klatką schodową w stronę poddasza. Przed drzwiami obitymi grubą blachą nierdzewną stało kilka osób z papierosami w dłoniach. Marek musiał manewrować między nimi, żeby dojść do wejścia. Pociągnął za mosiężną, solidną klamkę i potrącił dziewczynę, intensywnie gestykulującą w rozmowie z dwoma koleżankami. Burknął w jej stronę przepraszam, ale w zielonych oczach zobaczył tylko iskry przekleństw. Wszedł do środka.

Wrócił na pogrzeb taty i załatwić majątkowe sprawy. Nie miał bliskiej rodziny i kwestia dziedziczenia była zero-jedynkowa, tym bardziej że dwupokojowe mieszkanie od wielu lat należało formalnie do niego. Poprzednie dni upłynęły Markowi na gonitwach z domu pogrzebowego do księdza, od księdza do lokalu w sprawie rezerwacji menu na stypę, z lokalu na cmentarz, z cmentarza do urzędu miasta, a z urzędu miasta znowu do domu pogrzebowego i tak w kółko. A na ceremonii stawiła się jedynie ciotka z Wrocławia z dwoma siostrzeńcami, których ostatni raz widział pewnie z dwadzieścia lat temu, kilku kolegów taty z pracy, sąsiadka, trzech znajomych działkowiczów i on. Niewiele tego, jak na prawie osiemdziesiąt lat życia. Teraz Marek czuł cholerne zmęczenie i dzień po pogrzebie potrzebował wykonać dogłębny reset.

Knajpa nie była duża. Środek pomieszczenia zajmował półokrągły bar, niczym bunkier posadowiony na wzgórzu, z doskonałym przeglądem całego pola obstrzału w promieniu stu osiemdziesięciu stopni. Na wprost pod ścianą stały drewniane, solidne stoły z przytulonymi do nich ciężkimi ławami. Stoły oddzielały od siebie lekkie, wysoki prawie do sufitu przepierzenia. Mimo że skonstruowano je z cienkich listewek, dawały wrażenie pewnej intymności. Z prawej strony baru posadowiono dwa stoły bilardowe. Nie było tam żadnych krzeseł. Osoby przy stołach mogły postawić napoje na długim na całą ścianę blacie. Z lewej strony od wejścia znajdowało się kilka barowych stolików z przytulonymi do nich metalowymi krzesłami.

Marek usiadł za barem i zamówił guinnessa. Kiedy barman podał mu pełną szklankę, zanurzył łapczywie usta w ciemnej pianie.

Ugasił pierwsze pragnienie, zdjął kurtkę i powiesił ją na oparciu krzesła. Wyjął z kieszeni portfel, paczkę marlboro i mosiężną zapalniczkę zippo. Rozejrzał się po sali. Para, zajmowała jeden ze stolików po lewej. Zajęci sobą trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy. Ich szklanki z piwem były pełne i pozbawione piany. Przy kolejnym siedziało czterech chłopaków. Wyglądali na studentów. W milczeniu popijali piwo. Cicho wymieniali jakieś uwagi. Patrzyli w stronę dwóch osób zajętych grą w bilard. Marek wywnioskował, że przyglądają się pojedynkowi prowadzonemu przez swoich kolegów. Za nimi sześć dziewczyn obstawionych pustymi i pełnymi szklankami przekrzykiwało się nawzajem. Wznosiły toasty, śmiały się co chwilę. Robiły mnóstwo hałasu. Wypełniały lokal swoją obecnością, swoją niepohamowaną ekspresją. Trzy z nich co rusz wstawały i głośno wychodziły na papierosa z nie mniej głośnym chichotem. Nie wyglądały na studentki. Wszystkie były po trzydziestce.

Marek miał ochotę zapalić, ale czekał, aż pielgrzymka rozbawionych dziewczyn wróci do stolika. Gdy usiadły, wstał i wyszedł na klatkę schodową. Jakoś nie miał ochoty na towarzystwo. Palił i oglądał malunki na ścianach. Większość to były zwykłe bazgroły. Kreślone szybko sprayem koślawe inicjały. W jednym z rogów dostrzegł fajnie narysowany liść konopi i szkic półnagiej kobiety z długimi, rozwianymi włosami.

W ostatnich miesiącach z tatą kontaktował się rzadko. Dzwonili do siebie średnio co dwa tygodnie i rozmawiali przeważnie o niczym. Pamiętał dokładnie ostatni telefon.

– Jak się czujesz? – zapytał.

– Dobrze – odpowiedział tato, ale oddech w słuchawce charczał.

– Słyszę, że ciężko mówisz. Byłeś u lekarza?

– Daj spokój z tymi lekarzami, nie pierdol mi jak matka. Jak ma przejść, to przejdzie – wyrzęził ojciec i rozkaszlał się mocno.

– Przecież słyszę, że nie jest dobrze – burknął Marek do słuchawki.

– Dobra, dobra – odpowiedział starszy mężczyzna. Opanował kaszel i nie miał ochoty na kontunuowanie rozmowy. – Cześć – dodał.

– Cześć. Zadzwonię w sobotę – powiedział Marek, ale nie był pewny, czy tato usłyszał te słowa, bo w słuchawce znowu wybuchł odgłos kaszlu, a potem zaległa cisza.

Sześć dni później zadzwoniła sąsiadka z naprzeciwka, że tato nie żyje.

– Dobra, dobra. Tyle tylko powiedział mi na koniec – zamruczał do siebie Marek.

Zgasił papierosa i wrócił do lokalu. Dziewczyny były coraz głośniejsze. Wziął łyk piwa. Laski piły, jakby poranek miał nie nadejść. Ostro. Z szaleństwem przepełnionym radością. Skończyły kolejną kolejkę i do baru ruszyła brunetka, którą potrącił przy wejściu. Stanęła obok.

– Co opijacie, jeśli można spytać – zagaił. Spojrzała na niego krótko. W zielonych oczach nie dostrzegł jednak agresji. Odwróciła głowę. Bez słowa. Marek upił łyk. Nie uzyskawszy odpowiedzi, nie ciągnął rozmowy. Dziewczyna zamówiła sześć wódek z sokiem pomarańczowym. Zapłaciła i wtedy odpowiedziała:

– Oblewamy odejście zapomnianej młodości. – Jej głos był miękki i ciepły. Marek roześmiał się głośno.

– Zaleciało surrealizmem – odpowiedział z hamowaną powagą. – Ta młodość to chyba figura retoryczna, bo na stare babcie nie wyglądacie? – dodał. Tym razem ona roześmiała się głośno.

– Może i figura, a może jesteśmy czarownicami przed sabatem – odrzekła i znów zachichotała.

Patrzył na nią. Miała ładną twarz. Delikatne rysy, kształtne policzki i pełne wargi. W zielonych oczach widział figlarne błyski. Kosmyki cienkich ciemnych włosów spływały w nieładzie po twarzy. Odwróciła głowę. Chwyciła w obie dłonie sześć szklanek.

– Lecę do swoich czarownic – rzuciła i miękkim krokiem ruszyła w stronę stolika. Patrzył za nią. Wiedziała o tym i szła płynnie: rytmicznie kołysała biodrami. Jej kremowa, malowana brązowymi wzorami sukienka ciasno opinała plecy, pośladki i podkreślała wcięcie w talii. Nagie nogi w sandałach na trzycentymetrowym obcasie poruszały się w rytm muzyki. Marek chwycił za szklankę.

Po śmierci mamy tata zapadł się w sobie, stracił siłę, a jego mocna, umięśniona sylwetka zaczęła ulegać zanikaniu, jakby każdy dzień odbierał mu po kilkadziesiąt komórek ze skazanego na samotność ciała. Czas zżerał męskie tkanki wolno, metodycznie i przypominał żarłoczne fale, które z każdym uderzeniem podbierały z bezkresnej, zdaje się, plaży organizmu po kilka ziarenek piasku, te pojedyncze żywe tkanki, by w końcu zostawić w niej tylko wysuszone organy podobne do kamieni, osadzone w szkieletach zmurszałych kostnych gałęzi i pozbawione miękkiej niegdyś treści. Cierpienie samotnego życia niszczyło tatę razami depresji od środka, a także chlastało erozją ciało z zewnątrz, ciągnąc je w stronę samozagłady.

Knajpa zaczęła się zapełniać. Większość stolików była już zajęta, w powietrzu drgał charakterystyczny szum lokalu: mieszanka muzyki, stukotu szkła, gwaru rozmów. Wyszedł zapalić i w korytarzu był sam. Gdy już miał wracać do baru, obok pojawiła się brunetka z koleżanką.

– Poczęstujesz ogniem? – zapytała. Przypalił jej i drugiej dziewczyny papierosa. Gdy zgasł płomień zapalniczki, zaległa niezręczna cisza.

– Młodość już chyba opita? – przerwał milczenie pytaniem. Brunetka roześmiała się na dźwięk usłyszanych słów. Druga dziewczyna sprawiała wrażenie, że nie wie, o co chodzi, i nie zabierała głosu.

– Jeszcze nie. Trochę nam brakuje.

– Ale kierunek już obrany?

– Dziś tak, gorzej będzie jutro.

– To pijcie tak, żeby jutro nie nadeszło – spuentował.

Brunetka znów eksplodowała wesołością.

– Żeby to było takie proste – dodała.

Marek zgasił papierosa. Spojrzał na jej radosną twarz.

– Jak się śmiejesz to świat wokoło pulsuje magią – powiedział cicho. Po tych słowach ona spoważniała.

– Podrywasz mnie? – zapytała sucho.

– Nie. To komplement… tak myślę – zaczął dukać jak sztubak. Odwrócił się do drzwi.

Pewnie, że kurwa, podrywam – dodał cicho w myślach i wrócił do baru.

W knajpie było gwarno. Ludzie co chwilę podchodzili do baru i zamawiali drinki. Marek patrzył na blat skąpany w różnokolorowych blaskach kolorowej kuli nad głowami. Wybór alkoholi był szeroki i gwarantował zaspokojenie wszystkich gustów. Nawet tych najbardziej specyficznych.

Tato potrafił całymi godzinami siedzieć na drewnianym taborecie w kuchni i patrzeć wodnistym wzrokiem w miejsce między zlewem a kuchenką, gdzie zazwyczaj w wirze codziennych obowiązków kręciła się mama. Stopy taty, ukryte w wełnianych kapciach, wrastały w zimną strukturę brudnej terakoty. Radio ustawione na małej półce nad lodówką szemrało prawie bezdźwięczne nuty, a zegar z kukułką nad drzwiami chrupał metalicznie sekundę za sekundą. Ojciec siedział tak i wlepiał się w jeden punkt. Może rzeczywiście coś tam widział…

– I co słychać u samotnego komplemenciarza?

Marek odwrócił się. Stała za nim z szelmowskim uśmieszkiem na ustach. Krucze kosmyki spadały jej do ust. Poprawiła włosy, lekkim, zalotnym ruchem głowy.

– Nic – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Popijam piwo i wspominam trochę – dodał.

– Może się do nas przysiądziesz?

– Nie, dzięki. Będę się czuł skrępowany. Ale jak pozwolisz, to chętnie postawię kolejkę.

– Okej. Ale teraz, jak możesz, to poczęstuj nas papierosem.

– Proszę. – Wyciągnął w jej stronę paczkę. Wyjęła trzy.

– Idziesz?

– Nie, dzięki. Posiedzę przy barze. Przed chwilą paliłem.

Odwróciła się. Machnęła ręką w stronę stolika. Dwie koleżanki podniosły się i ruszyły do drzwi. Marek patrzył, jak idą, chociaż tak naprawdę jego oczy gładziły pośladki tylko jednej z nich.

Po kilku minutach dziewczyny wróciły z papierosa. Dwie ruszyły prosto do stolika, a brunetka podeszła do Marka.

– Jestem – rzuciła miękko.

– To co pijecie?

– Wódkę z sokiem pomarańczowym.

Marek skinął do barmana i zamówił sześć drinków. Ten zaczął sprawnymi ruchami nalewać wódkę do szklanek. Patrzyli, jak uwija się za blatem. Gwar knajpy zagłuszał muzykę. Stukot uderzanych z dużą siłą kul bilardowych przypominał strzały z pistoletu. Przy następnym stoliku pryszczaty młodzian na całe gardło opowiadał dowcip o babie, która przyszła do lekarza.

– Dziewczyny chcą ruszyć gdzieś na potupaję. – Dziewczyna patrzyła na Marka.

– A ty też idziesz? – zapytał z ukrytym w głosie drżeniem.

– Nie chce mi się. Poszłabym coś zjeść. Jestem po prostu głodna – odparła.

– Jak znasz jakiś fajny lokal, to chętnie postawię ci kolację – powiedział. Głos drżał mu już wyraźnie.

– Marta. – Wyciągnęła w jego kierunku smukłą dłoń.

– Marek. – Chwycił jej rękę. Czuł ciepło palców, delikatność opuszków i miękkość skóry. Poczuł, że się poci. Barman postawił na blacie sześć szklanek. Dziewczyna cofnęła dłoń. Chwyciła szklanki.

– Chętnie zjem z tobą kolację – rzuciła na odchodne. Świat wkoło jakby pojaśniał. Kolorowa kula nad głową przyspieszyła, rzucając w pędzie jaskrawe blaski. Zamówił piwo.

Nie chciał pójść na terapię, nie chciał pójść nawet do lekarza. Że tato niknie z dnia na dzień, Marek zauważył po tygodniowym pobycie poza domem. Na co dzień, w gonitwie obowiązków, dostrzegał co prawda stałą zmianę w sylwetce ojca, ale nie zauważał, że proces ten postępuje aż tak gwałtownie.

Pamiętał, jakby to było dziś, jedną z ich ostatnich rozmów. Miał nagraną pracę w Norwegii, przy hodowli sadzowej łososia, daleko na północy.

– Muszę wyjechać do roboty – zagadnął w kuchennych drzwiach.

– To jedź. – Tato wyprostował się na taborecie.

– Boję się, że sobie nie poradzisz.

– Poradzę, poradzę – zamruczał starszy mężczyzna i zapalił papierosa. – Otwórz okno – dodał.

Marek spełnił prośbę i wyszedł z kuchni. Przy stole w salonie załkał bezgłośnie. Nie był w stanie nic zrobić.

– To co, ruszamy? – głos Marty wyrwał Marka z zadumy.

– Pewnie – odpowiedział.

Wyszli z lokalu. Był parny, majowy wieczór. Powietrze stało. W oddali, na niebie, widać było błyski burzy, jakby ktoś robił pokaz sztucznych ogni. Nie było słychać grzmotów. Szum miasta skutecznie je zagłuszał. Szli rynkiem. Wszystkie piwne ogródki były zapełnione. Po deptaku chodziło mnóstwo osób. Ich cienie tańczyły na krawędzi światła rzucanego przez projektory ulicznych latarni. Szum rozmów zagłuszały samochody na ulicy Sienkiewicza i stukot kółek deskorolek wokół fontanny. Czuł lekkie łomotanie alkoholu. Dziewczyna obok wyglądała na nieco pijaną.

– To co i gdzie zjemy? – zapytał.

– Przejdźmy się trochę – odpowiedziała.

Język jej się plątał. Potrzebowała chwili przerwy od alkoholu i świeżego powietrza. Ruszyli szerokim deptakiem. Miasto mruczało, szeptało, zgrzytało swoją wielką industrialną paszczą. Nabrzmiałe upałem wieczorne powietrze zbierało te wszystkie dźwięki i przenosiło niczym membrana wielkiego głośnika. Światła niemych błyskawic dopełniały scenografię. Wolnym krokiem przebijali się przez lepkie powietrze. Szli w stronę wielkiego, czerwonego kościoła farnego, pięknie oświetlonego w tą majową noc. W gałęziach starych drzew na dziedzińcu darły się ptaki. W ciemności nie było ich widać. Tylko przeraźliwe głosy i furkot skrzydeł w koronach informował o pierzastej obecności gdzieś w górze. Na czarnym niebie. Nad ich głowami.

– W tym kościele kilka razy zaczynaliśmy wagary – powiedział.

– Jak to? – zapytała w cichym chichocie. – Nie mieliście lepszych miejsc?

Marek spojrzał na nią lekko zdziwiony. Policzki pulsowały jej cudownie. Oczy błyszczały, a usta drżały. Wyglądała przepięknie w tej opiętej na krągłych piersiach sukience.

– No wiesz. W czasach, gdy chodziłem na wagary, nie było zbyt wielu możliwości – wydukał poważnie. – Parę lat różnicy nas dzieli.

Kroczyli szerokim deptakiem. Nad głowami czerń nocy przerywały coraz częstsze błyski. Z opóźnieniem docierały do nich odgłosy grzmotów. Jeszcze nieśmiałe. Przypominały na razie bardziej burczenie kota przez sen niż wystrzał z karabinu. Ale burza zbliżała się, może nieśpiesznie, a jednak nieubłagalnie. Powietrze można było kroić nożem. Było gęste i lepkie. Setki ciem tańczyły wokół lap ulicznych latarni. Na granicy światła i mroku nietoperze zbierały je w szalonym locie. Samochody pędziły ulicą Sienkiewicza, hałasując niemiłosiernie na krótkim odcinku z kamiennej kostki. Ludzie przemykali między knajpami pojedynczo, w parach i całymi grupami. Jakiś lekko wcięty młodzian zawodził „Łączmy się w pary, kochajmy się”do dziewczyny, która najwyraźniej szykowała się do kąpieli w miejskiej fontannie. Neony knajp zachęcały do wejścia. Miasto tętniło swoim dzikim nocnym rytmem.

Przed wyjazdem zabrał tatę na obiad do jednej z knajp na Lipowej. Wyjście odkładali trzy razy, bo to ojca bolała głowa, bo to przypomniał sobie o arcyciekawym programie w telewizji, bo to po prostu mu się nie chciało. Za czwartym podejściem udało się wyjść z domu. W lokalu Marek patrzył na ściągniętą zmarszczkami twarz rodzica. Mężczyzna nie wyglądał, jakby był w strefie komfortu, nerwowo stukał palcami po grubej, okrytej skajem karcie z menu i cały czas kręcił się na krześle, jakby pod siedzeniem miał wysypane drobinki szkła.

– Pojutrze wyjeżdżam. – Marek rozpoczął rozmowę. – Nie chcę ciebie zostawiać samego, ale nie mam w tej chwili innego wyjścia – stwierdził.

– Dobrze, jedź – odpowiedział tata i zatrzasnął kartę menu. – Chyba nic nie zamówię. A mną się nie martw, poradzę sobie.

– Weźmiemy po steku, najwyżej nie zjesz – zaproponował Marek z listą dań na wysokości wzroku, żeby tata nie widział jego wilgotnych oczu.

– Dobrze, weź te steki – odpowiedział tata.

Wrócili na Rynek Kościuszki i weszli w pierwsze drzwi. Knajpa była dwupoziomowa. W drzwiach przywitała ich kelner, młody chłopak ubrany w sztywny roboczy uniform. Mimo środka tygodnia w lokalu było sporo osób.

– Potrzebujemy stolik dla dwóch osób – zagaił Marek. Omiótł wzrokiem całe pomieszczenie. Najbardziej wpadły mu w oko miejsca przy stolikach ustawionych naprzeciw granatowych, wysokich kanap.

– Najlepiej, żeby było to któreś z tych. – Wskazał wyciągniętym palcem.

– Proszę chwilę zaczekać. Mamy dziś komplet, ale jedno miejsce zaraz się zwolni.

Wyszli przed lokal. Zapalili. W milczeniu patrzyli na odległe błyskawice krojące niebo świetlistymi liniami. Z lokalu wyszły dwie pary i zaraz po tym zawołał ich kelner. Ruszyli do stolika. Marta szła przodem. Nie mógł oderwać wzroku od jej nienagannej figury w obcisłej sukience.

– Co zjemy? – zapytał.

– Wgryzę się w hamburgera z jalapenio – odparła i oblizała na samą myśl usta. – A co wypijemy, składam w twoje ręce – dodała uśmiechnięta szeroko. Kosmyki włosów figlarnie zatańczyły na jej policzkach. Marek przełknął gęstą ślinę.

– Literatura podpowiada nam chyba tylko jedno rozwiązanie.

– Jakie?

Zbliżył się kelner. Marek zamówił dwa hamburgery z frytkami i przez chwilę patrzył na mężczyznę przy sąsiednim stoliku. Ten zapisał wszystko w notesie, a kiedy już miał odchodzić, Marek zapytał:

– Macie oczywiście dżin?

– Tak, proszę pana.

– A jaki?

– Lubuski, Monkey 47 i Hendricks.

– Doskonale. A barman potrafi zmieszać gimleta?

– Muszę go zapytać. – Ruszył do baru.

Marek przybliżył twarz do Marty.

– To będzie świetny drink na apetyt. Pijali go Filip Marlow z Lindą w Długim pożegnaniu. Mam sentyment do tej książki i tego napoju.

Po chwili wrócił kelner.

– Barman powiedział, że wie, jak zmieszać tego drinka. Pyta tylko, czy życzą sobie państwo z sokiem z limonki, czy z sokiem cytrynowym.

– Więc proszę dwa gimlety z Monkey 47 z limonką – zadecydował Marek.

Po chwili stały przed nimi dwa kieliszki z lekko mętnawym płynem. Czuł eteryczny aromat jałowca. Stuknęli się szkłem.

– Zajebiste – pochwaliła napój Marta. Jej zielone oczy rozświetliły się figlarnymi skrami. Marek nie wiedział, czy to efekt wypitego alkoholu, czy blask zapalonej na stoliku świecy.

– Muszę na boczek – stwierdziła dziewczyna, a Marek patrzył za nią, jak idzie wolnym krokiem w stronę schodów.

Zjedli ze smakiem podane steki. Po posiłku, popitym szklanką piwa, tata nabrał wigoru. Marek siedział po drugiej stronie stołu i patrzył na uśmiech, na twarzy starszego mężczyzny. Dawno nie widział ojca w tak dobrym nastroju. Wspominali wyjazd na ryby sprzed kilkunastu lat, kiedy na zapomnianym przez boga jeziorze walczyli z ogromna falą i próbowali dopłynąć bez wywrotki do wtopionego w trzcinowisko pomostu.

– Ale byłeś wtedy obsrany – skwitował przez śmiech tata.

– Ty też miałeś nietęgą minę – dodał Marek.

Tak go zapamiętał, roześmianego, poprawiającego nad pustymi talerzami swoje siwe włosy. Wczoraj pożegnał go ostatni raz fizycznie, a teraz zamknął ten wieloletni rozdział w swoich myślach.

Kelner po chwili przyniósł hamburgery i jeszcze dwa gimlety. Znad drugiego drinka Marek patrzył, jak Marta je.

– Ale jestem, kurwa, głodna – rzuciła znad talerza. Pochylona, szybkimi ruchami wpychała duże kęsy do ust. Słyszał chrupanie soczystych liści sałaty, rozcieranych zębami. – Ale jestem głodna – powtórzyła z pełną buzią. – To co, wypijemy? – zapytała nagle, po czym odłożyła widelec.

– Tak.

Stuknęli się ponownie kieliszkami. Patrzyli na siebie w milczeniu. Za oknem odległe błyskawice raz za razem rozświetlały mroki nocy. W ich oczach odbijały się refleksy błysków. Taniec magicznych ogników w źrenicach nadawał morsem odwieczny sygnał. Sygnał zauroczenia, sygnał fascynacji. A może czegoś więcej… Kelner w międzyczasie zabrał puste kieliszki.

– Po posiłku proponuję klasyczną czyściochę – przerwał ciszę Marek. Grzmoty były coraz wyraźniejsze. – Pójdźmy w bułchakowską klasykę. Nie kojarzę, czy Mistrz pił gorzałę, ale Małgorzata z Wolandem na pewno konsumowała wódkę. Nie. Cholera, ona piła czysty spirytus.

– Bawisz minie tymi opowieściami.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

– To chodź wypijemy.

– Jeszcze nie mamy wódki – zaśmiał się chicho. – Ale jesteś zabawna. Tak superzabawna – dodał.

Skinął w stronę kelnera. Ten momentalnie podszedł do stolika.

– Dwie zmrożone wódki i sok pomarańczowy dla pani.

Po chwili stały na białym obrusie dwa oszronione kieliszki na wysokich nóżkach.

– To za co wypijemy? – zapytał i wziął w dłoń zimne szkło.

– Za nas – odrzekła i przechyliła jednym ruchem całą zawartość. Marek zrobił to samo. Spojrzał na brunetkę z naprzeciwka. Od alkoholu wystąpiły jej rumieńce na policzkach. Kosmyk włosów plątał się między uchem a nosem, to raz zakrywając, raz odsłaniając prawe oko. Patrzyli na siebie w milczeniu. Z tej ciszy wyrwał ich kelner.

– Czy coś jeszcze podać?

– Nie, dziękuję, proszę o rachunek – odpowiedział Marek

– I jak tu żyć w tak pięknie rozpoczęty wieczór? – Marta chyba bardziej stwierdziła, niż zapytała.

– Idziemy zapalić?

– Zapłać, wyjdziemy i sobie zajaramy.

Zapłacił rachunek i wyszli przed lokal. Burza ryczała już głośno i wyraźnie. Błyskało raz za razem. Było jeszcze bardzo parno. Dopiero deszcz, który niedługo ma spaść, schłodzi rozgrzane powietrze. Marek wyjął papierosy.

– Możemy zajść do mnie na drinka – powiedział.

Marta na dźwięk tych słów się wzdrygnęła. Nic nie odpowiedziała. Mocno zaciągnęła się papierosem.

– A gdzie mieszkasz? – zapytała cicho. Jej głos był sztywny i twardy. Widać było, że jest lekko spięta. Skorzystałaby z zaproszenia, a jednocześnie obawiała się tego.

– W Gołebiu – odpowiedział. – Przyjechałem na kilka dni – dodał. Nie miał ochoty wspominać o pogrzebie taty, tym bardziej że, jak sądził, udało mu się owocnie zamknąć rozdział wspominkowy.

Z Marty jakby zeszło powietrze. Rozluźniła się.

– To chodźmy – odrzekła.

Ruszyli w dół Kilińskiego. Przed pałacem ślubów potknęła się o krawężnik. Marek złapał ją wpół. Czuł pod sukienką ciepłe, sprężyste ciało. Przytuliła się do niego. Szelmowski uśmieszek błądził po kącikach dziewczęcych ust. Marek nachylił się i musnął ją wargami. Odwzajemniła pocałunek. Chwycił ją za rękę i pobiegli po kamiennej kostce w dół ulicy. Schowali się w cieniu budynku. Czuł na jej ustach mieszankę dżinu, wódki i soku z limonki.

Przycisnął Martę do ściany i włożył rękę pod sukienkę. Miała napięte ciało. Czuł pod dłonią, jak drży. Przytulił ją mocno. Twarde, nabrzmiałe sutki wręcz kłuły. Oddychali coraz szybciej. Błysnęło i pierwsze wielkie krople zaczęły lecieć z nieba, siekąc liście, łomocząc o dachówki, spadając im na głowy. Zmoczyło ich momentalnie. Strugi wody płynęły po pasmach włosów, a stamtąd docierały do warg. Marek czuł zapach jej potu zmieszany z aromatem lekkich perfum, wypity alkohol i woń ziołowego szamponu. Docisnął Martę do ściany. Po ręką miała miękkie uda, sprężyste, twarde pośladki. Jednym szybkim ruchem zerwał majtki i zadarł do góry sukienkę. Błyskawice zagłuszały wszystkie odgłosy, a deszcz osłonił ich przed wścibskimi oczami świata.

Z zadumy wyrwało Marka jednostajne buczenie w kieszeni marynarki. Wsadził rękę i wymacał komórkę. Deszcz nie bił już z taką zjadliwością. Przed sobą widział wyraźnie inne samochody i ludzi pod parasolami. W tylnej szybie przebłyskiwało jasne niebo. Burza odchodziła za miasto. Wcisnął zieloną słuchawkę.

– Panie Marku – usłyszał znajomy żeński głos – za dziesięć minut rozpoczyna się rozprawa.

– Już jestem na miejscu – odpowiedział cicho.

– Czekam więc pod salą dwieście sześć.

– Już jestem na miejscu – powtórzył chyba bardziej sam do siebie. Zakończył połączenie i wyszedł z auta. Pojedyncze krople uderzały go w głowę. Ostrożnie, żeby nie zamoczyć butów, ruszył w stronę wielkiego gmachu. Po chwili wchodził po szarych, kamiennych schodach między metalowe kolumny. Kroczył w stronę szklanych drzwi. Na gzymsie widniał wielki napis.

– Iustitias vestras iudicabo – wydukał pod nosem. A w myślach dodał „Jaką, kurwa, sprawiedliwość będziesz sądzić? Ja tylko przyjechałem na kilka dni, żeby pochować ojca, a zostałem na siedem długich lat”. Otworzył wielkie, oszklone drzwi i wszedł do środka.

A