Strzelec potępiony
Na chodniku leżały kawałki szkła. Dopiero po dwunastej zarządca budynku wpuścił do mieszkania ekipę sprzątającą, która wyłączyła światła, wymieniła szyby w oknach i starła z podłóg czarny pył.
Zostały po nim: niedopita whisky, w połowie naładowany telefon, zagięta strona w Nowym Testamencie, parę nieotwartych listów z podmiejskim adresem zwrotnym i bladoróżowa opaska z motylkiem.
Naturalnie, E. zniknął bez śladu. Porwany, pojmany, zabrany, wykradziony, skazany. Jeszcze przez parę godzin w całym budynku unosił się odór siarki, jak groźba, jak ostrzeżenie. Włączono wiatraki, pootwierano okna, wymazano zagrożenie.
W nocy była burza, więc pewnie spodziewał się swojego końca. Widział alabastrowe, tnące uśmiechy nieba, słyszał gwar ich krzyków, łoskot ich kroków. Drżał wraz z ich drżeniem. Powitał ich krzykiem czy łzami? Poszedł dobrowolnie czy uciekał?
Chłopak pił herbatę, kiedy nazajutrz funkcjonariusze zapukali do drzwi. Znaleźli go dzięki tamtym listom, nigdy nieotwartym. Chwilę ze sobą walczył, ale wreszcie podniósł się z fotela i odblokował zamki. Grymasy ukryli za maskami. Zaprosił ich do środka, patrzył, jak brudzą podłogi, jak oceniają jego wymięte ubranie, potargane włosy, przekrwione oczy. Pokój był wciąż zadymiony, mimo że chłopak dawno wykończył ostatnią paczkę papierosów. Jeden z funkcjonariuszy otworzył okno.
Dlaczego wysłał pan te listy?, kiedy ostatnio miał pan kontakt z zaginionym?, jaki charakter miała wasza relacja?, czym się pan zajmuje?, gdzie pan był dwudziestego drugiego sierpnia?, jakim samochodem pan jeździ?, kiedy zamieszkał pan w tym domu?
Zaginiony miał pozostać zaginionym, to było jasne. Zabrali go ci z góry, ci, których więzi niebo. Porwania zwykle miały miejsce o tej porze roku, były brutalne i gwałtowne. Nie były jednak niespodziewane. W burzową noc, kiedy świat spowity jest granatem, a ziemia drży pod mocą piorunów, wybrani wiedzieli, że może przyjść na nich kolej. Czuli zapach krwi na swoich rękach, ciężar w swoich sercach, zgniliznę własnej duszy. Dziki Łów zabierał winnych. Złodziei, morderców, oszustów, zdrajców, psychopatów, socjopatów, cóż, wybór był duży, a E. był nieszczęśliwym członkiem tego grona. Funkcjonariusze nie szukali więc jego, lecz prawdy o powodach, dla których zniknął, prawdy o opasce z motylkiem.
Nikt nigdy nie widział aktu porwania, nikt nigdy nie widział Łowu. Ale było ich słychać, było ich czuć: te potworne wrzaski, ten niekończący się skowyt, smród spalenizny. Zostawiali też po sobie ślad: czarny pył. Może to była piekielna ziemia, po której stąpali, a może gasnące fragmenty ich ciał? Mimo licznych badań i analiz nie zostało to odkryte.
Buciory funkcjonariuszy zniszczyły delikatny dywan w przedpokoju, teraz zabierały się za ten w salonie. Pozwalał im na to, czuł, że tak trzeba. Wyciszył telewizor, ale zostawił obraz. Dzięki temu był mniej samotny, pokrzepiony cyfrową obecnością. Zaproponował herbatę, wyjął ciasteczka i spełniając żądania, zaparzył kawę. Nikt nie zapytał o ten nocny telefon, dlatego zaczynał sądzić, że to była część koszmaru. Cichy głos E., parę ostatnich słów, a potem to pukanie – z początku ciche, rzadkie, ale z każdą chwilą coraz intensywniejsze, głośniejsze, żeby ostatecznie wybić szybę, rozkruszyć szkło. A potem połączenie zostało zakończone.
Tak sobie wyobrażał ich wizytę: narastające napięcie i gwałtowny koniec.
Podał mleko i cukier, poprawił okulary i zapadł się w fotelu. Myślał, że będzie gotów powiedzieć prawdę, ale kłamstwa były słodsze.
E. do wczoraj był dyrektorem działu sprzedaży w międzynarodowej firmie logistycznej, wzbudzającym szacunek i sympatię, pijącym mocną kawę i drogie alkohole, jedzącym steki i owoce morza, jeżdżącym na wakacje na wybrzeże, głosującym na socjaldemokratów, lubiącym młode kobiety i młodych mężczyzn, używającym intensywnych perfum, zgaszonych uśmiechów i mocnych dotyków, ze sporym kontem, dużymi ambicjami i niegasnącym apetytem. Ale wydarzyła się noc, wydarzyła się burza. I teraz zasilał szeregi wyklętych, gdzie nie przyda mu się żadna ludzka władza, wrażliwość, wartość.
Jeden z funkcjonariuszy podszedł do okna i położył dłoń w rękawiczce na namalowanym czarną farbą symbolu. Dokładnie prześledził wszystkie załamania, poczuł każde zgrubienie. Spirala zamknięta w kwadracie. Czegoś się pan obawia? Zduszony uśmiech, nerwowy śmiech, nigdy nie można być zbyt ostrożnym, prawda? Inni to podchwycili, wstali i obejrzeli magiczny znak, który wedle powszechnej wiedzy ukrywał winnego przed Dzikim Łowem, zapewniał czas na ucieczkę. Dlaczego namalował pan ten symbol? Kolejne słodkie kłamstwo i nie, nie, to nie ja, wprowadziłem się do tego domu cztery miesiące temu, on już tutaj był. Czy ma pan powody, aby obawiać się burzy? Karmelowe: nie.
Cztery miesiące temu, dwudziestego drugiego sierpnia, E. zmywał po minionej nocy i niechcący zbił kieliszek, który przebił skórę, wydobył krew. E. zaklął, pozbierał i wyrzucił odłamki, włożył dłoń pod zimny strumień wody i wzrokiem odnalazł szafkę z opatrunkami. Na śniadanie zjadł tosty z awokado i jajkiem, wypił czarną kawę i wypalił blanta. Iskrzyły końcówki jego palców, ciężkie były powieki i kończyny, a potem przyszedł wieczór i znowu zgłodniał.
Wyprasował koszulę, wybrał zegarek, ułożył włosy, umył zęby, połknął MDMA, zadzwonił po kierowcę i wyszedł z budynku, ku nocy, ku światłu. Mrowienie, dudnienie, pulsowanie. Podłużne, neonowe cienie na ulicach, sprężyste ciała, nagie ramiona, nogi, brzuchy, piersi i pośladki. Młodość, młodość, młodość. Wysiadł przed klubem, otulił wzrokiem kolejkę i podszedł do bramkarza. Wymiana uśmiechów, gotówki, przywilejów. Wszedł do środka. Przy barze szot tequili i szklaneczka whisky na lodzie, jeszcze jedna tabletka. Był częścią czegoś większego. Organicznej, żywej maszyny, splecionych ciał i oddechów, pomruków pożądania, szeptanych propozycji, krzyczanych odmów, kradzionych pocałunków. Szumiała krew, swędziały palce, skanował wzrok. Więcej, głębiej, mocniej.
Ktoś poklepał go w ramię, skinął głową i zaprowadził do ukrytych pokojów w podziemiach. Widmowe światło, tłumione jęki, ciężar pragnienia. Chłopiec, który wskazywał mu drogę, nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat. Był spięty, pewnie nowy. Czego pan sobie dziś życzy? Czegoś świeżego.
A więc selekcja: pokój numer jeden i złotobrązowe ciało, długie, lśniące włosy i gotowy, smukły tam na dole. Nie, już kiedyś próbował. Pokój dwa, ruda, blada, ze śpiewem na ustach. Nie, widać, że pijana. Przy każdych kolejnych drzwiach to samo: już znane, za stare, bez iskry, bez życia. Dopiero pokój numer dziesięć i dłuższa pauza. Pełne wargi, dziecięce kształty, rumieńce, śliczne loki, bladoróżowa opaska z motylkiem, słodka niewinność i świeżość, świeżość, świeżość. Ta.
Zapłacił, oblizał się i wszedł do środka. Drzwi się zamknęły. Papieros odnalazł jego wargi, ogień odnalazł końcówkę papierosa. Jak ci na imię, ślicznotko? Mmm, bardzo ładnie. Co robisz w takim miejscu? Gdzie twoi rodzice? No już, już nie płacz. Jestem tu, chodź, no chodź, skarbie. Ooo tak, właśnie tak, mmm. Trochę kołysania, śliny i zębów, cyfrowy zegar na ścianie odliczający opłacone pół godziny. Nie mamy czasu do stracenia, myślisz, że mogłabyś dla mnie coś zrobić? Gołe betonowe ściany, czerwone, blade światło, wilgoć i drżenie nagich ciał. Podłoga wyłożona tanim dywanem, obcierającym skórę, plączącym włosy, wchłaniającym brudne myśli, słowa, czyny. Otwarła się poranna rana na jego dłoni. Krew zalała bladą twarz, zmusiła do grymasu. Wepchał paluchy między niechętne wargi, kazał przełknąć. Rozpłynął się, rozpływał, drżał, trwał, rozrastał. Wyglądała pięknie, ostatecznie, tak, jak powinna, tak, jak należało. Instynkt kazał mu chwycić zwierzynę za gardło. Zacisnąć, przytrzymać, poczuć cudzy oddech, a potem jego brak. Był tam, gdzie być powinien, wiedział to. Władał falami i piorunami, był ruchem i mocą, początkiem i końcem, końcem, końcem. Chciał wyssać duszę, dlatego zbliżył wargi. Poddała się, kiedy ją pocałował.
Runął na bezwładne ciało, wielki i nieskończony. Oddychał ciężko, przypadkowo, nierytmicznie. Wciąż był w niej, kiedy stygła. Dopiero po chwili wróciły do niego czas, kształty rzeczywistości, głuche echo własnego imienia, twarz matki i ryk ojca. Wysunął się z niej, zsunął się, wstał. Panika i krew na rękach, w jej ustach, na jej twarzy, języku, zębach, szyi, ramionach. Cyfrowy zegar odliczał ostatnią minutę.
Zaczął się ubierać, poprawiać włosy, zgrzytać zębami, szukać otrzeźwienia. Ale sześćdziesiąt sekund dobiegło końca i zegar wydał krótkie pip, pip, pip. Zamek w drzwiach trzasnął, przekręcił się i wrota stanęły otworem. Tamten chłopak, pracownik klubu, postawił stopy na miękkim dywanie. O mój Boże. Co pan zrobił? Zapłakał. Co tu się stało? Dlaczego tu jest tyle krwi? Czy ona? Czy ona nie żyje?
Cicho, cisza, uspokój się, zamknij drzwi, daj mi pomyśleć. Tak nie wolno, to tak nie działa, musimy kogoś wezwać. Zamknij się mówię, siadaj na łóżko, no już. Adrenalina, świst skołatanych myśli, metaliczny zapach i smak krwi, nowe formy końca, nowe, ogniste początki.
Minęła minuta, dwie. Ciało było coraz bledsze. Słuchaj, ile tutaj zarabiasz? Chłopak się skrzywił, miał przekrwione oczy, płakał. No, ile? Pięćset za noc. Dam ci więcej, jeśli mi pomożesz. Oszalał pan?! Słuchaj, powiedz, gdzie mieszkasz, co? Pewnie łączysz tę lukratywną pracę ze studiami, wynajmujesz pokój w pięcioosobowym mieszkaniu, a wszystkie pieniądze wydajesz na czynsz i imprezy. Nie mam racji? Milcząca nić porozumienia. Dam ci tyle, że wyprowadzisz się ze starego mieszkania i rzucisz tę cholerną pracę. Dzisiaj mi pomożesz i dogadasz się z kim trzeba, że cię tu nie było. Zrozumiane? Odpowiadaj! Zrozumiane? Tak.
Uprzątnęli pokój, zawinęli ją w dywan i wyszli w ciemność tajemniczych korytarzy. Chłopak poprowadził do wyjścia na tyły budynku. Noc była upalna, pot mieszał się z krwią, dywan zaraz miał zacząć cuchnąć. Trzeba było działać szybko.
Upchnęli pakunek w bagażniku tego młodego i pozbyli się go w porcie, gdzie śmierdziało rybami. E. niepostrzeżenie schował opaskę z motylkiem do kieszeni spodni. Zapłacił chłopakowi pięć tysięcy. Na pieniądzach, które wyciągnął z bankomatu po drugiej stronie miasta, zostały ślady krwi.
Okazało się, że dziewczyna skłamała, mówiąc, że jej rodzice nie żyją. To była taka sprawdzona, ckliwa historyjka. Żeby rozmiękczyć twardzieli, wzbudzić litość. Dwa dni później przemawiali już z programów informacyjnych, wzywając swoją kochaną córeczkę do powrotu do domu. Naturalnie, nie wiedzieli, na czym polegała jej praca. Byli przekonani, że tamtej nocy spała u koleżanki.
Jej zdjęcie obiegło cały świat. Wszystkie ekrany wypalała młoda, piękna twarz: jasne loki, jasne oczy, piegi, pełny uśmiech i ta cholerna bladoróżowa opaska z motylkiem.
Chłopak zaczął się denerwować. W nowym, wynajmowanym domu, z nowym życiem i nowym brudem za paznokciami czuł, że to mu nie wystarczy. Popytał kolegów z niedawno rzuconej pracy, poszperał trochę w internecie i bez problemu odkrył tożsamość i adres E. Wysłał do niego pierwszy pusty list i czekał. Dwa dni później morderca zapukał do jego drzwi. Był wściekły, ale inny, zmieniony, pokorniejszy. Zgodził się dać mu kolejne pieniądze.
Po dwóch tygodniach wyłowili ciało. Ryby, woda i zimno zrobiły swoje. Właściciele i członkowie klubu milczeli, wszyscy zatrudnieni pracowali bez papierów, bez umów, bez śladu. Policja nie miała żadnych tropów.
W październiku doszło do pierwszego porwania. Zniknął lekarz, który przepisywał swoim pacjentom silnie uzależniające leki. Nic mu nigdy nie udowodniono, ale Dziki Łów prowadził własne kartoteki. Noce E. stały się bezsenne, a poranki jaskrawe. Wszędzie nosił ze sobą ketaminę. Był w paru kościołach, meczetach i cerkwiach. Przeczytał kilka książek, znalazł tamten symbol i w narkotykowym szale wyrzeźbił go nożem pod lewym obojczykiem. Dużo palił, dużo pił, dużo płakał.
Nocami wyjmował bladoróżową opaskę z motylkiem i głaskał jej cienkie, plastikowe ciałko. Zakładał ją i drżał. Kiedy widział chmury, dostawał ataków paniki. Czuł, że nic mu nie pomoże. Czuł, że został wybrany.
Słyszał stukot upiornych kopyt, szczęk zardzewiałych ostrzy, ryk potępionych. Najbardziej bał się ponownego spotkania z ojcem.
Na każdy list odpowiadał gotówką. Zawoził ją sam, patrzył w oczy tamtemu chłopakowi i widział w nich czerwone światło, czerwoną krew, czerwony pokój. Opowiedział mu o symbolu, może trochę nastraszył. Ale ja nic nie zrobiłem. No właśnie. W każdej chwili mogę pójść na policję! To pójdź.
Dni były coraz krótsze, pogoda – coraz gorsza, porwania – coraz częstsze. Nie chciał czynić więcej zła, mimo że był już potępiony. Nie ciągnęło go do burdeli, klubów, agencji towarzyskich ani w te wszystkie ciemne alejki. Wychodził tylko do pracy, sklepu i kościoła. Chciałby móc się oczyścić, ochrzcić, wyspowiadać, ale bębenki w uszach już rozrywał niebiański wrzask, ramiona już męczyły się pod ciężarem broni. Serce już czezło.
Teraz, dzień po śmierci E., funkcjonariusze czekali na najdrobniejszy błąd chłopaka. Był w końcu jedyną poszlaką w umierającej sprawie. On marzył o drobnej kresce lub co najmniej o szklaneczce czegoś mocniejszego, ale nie chciał ryzykować. Miał postanowienie wyjść z tego cało.
Dwa dni temu, za brudną gotówkę, kupił broń. Grzała teraz miejsce pod poduszką w sypialni. Wydawało mu się, że jeśli da im jakikolwiek powód, to przeszukają cały dom. Znajdą pistolet, narkotyki, banknoty, ślady krwi, być może nawet identyfikator z klubu. Drżącą ręką uniósł filiżankę i przełknął zimną herbatę. Poprosili go, żeby wytłumaczył, dlaczego wysyłał do E. puste listy.
Za oknem kończył się dzień. Granatowe chmury kłębiły się na gasnącym niebie, spadł pierwszy deszcz, rozbrzmiały pierwsze grzmoty. Czas łowów był bliski.
Po raz kolejny nie przychodziło mu do głowy żadne kłamstwo. Gdyby tylko mógł wciągnąć drobną kreseczkę, skierować myśli na właściwe tory, znaleźć sposób na uruchomienie wyobraźni. Szukał wśród filmowych i książkowych motywów, w zarchiwizowanych w myślach komiksach, ale nie, nic. Nie wiem, to musiała być pomyłka, powiedział w końcu. Pomyłka? Te listy miały trafić do kogoś innego? Tak, podchwycił, do mojej matki. Nie mamy kontaktu, ale chciałem dać jej znać, gdzie się zatrzymałem. No, gdyby chciała wpaść. Nie zaniepokoiło pana, że nigdy nie odpowiedziała? No, dlatego wysłałem ich tak dużo, żeby mieć pewność, że je dostała.
Wymienili spojrzenia. Czyli zaprzecza pan posiadaniu jakiejkolwiek relacji z E.? Tak. Skąd pan wziął ten adres? Nie rozumiem? Dlaczego pan myślał, że pod tym adresem mieszka pańska matka? Skąd pan go wziął? Pauza. Czy jestem aresztowany? Chcielibyśmy tego uniknąć. Czyli nie jestem? Nie. No to nie czuję się w obowiązku odpowiadać na to pytanie. Ależ… Dziękuję panom za wizytę. Czy nie widzi pan, jak to wygląda? Dziękuję za wizytę.
Zacisnęli pięści, ale wstali z miejsc. Ostatni raz rozejrzeli się po pomieszczeniu i ruszyli do wyjścia. Stanął w drzwiach i patrzył, jak idą po ciemnym podjeździe, jak w czarnych uniformach stapiają się z nocą. Jeden z nich się odwrócił, przystanął i leniwym gestem wskazał na niebo. Mam nadzieję, że przetrwa pan burzę. Wsiedli do samochodu, zawarczał silnik, rozbłysły światła, odjechali.
Upewnił się, że wszystkie drzwi i okna są zamknięte. Zbliżył drżące palce do magicznego symbolu i wsparł na nim czoło. W łazience wciągnął dwie grube kreski, odetchnął, oddychał. W kuchni sięgnął po butelkę whisky i szklankę. Dzierżąc łupy, skierował się do sypialni. Tam miękkie łóżko, chłodny spokój broni, ruchome ściany, mocny alkohol. Położył się na wznak, pistolet w prawej dłoni. Pod zamkniętymi powiekami czekała na niego czerwień. Dokładnie widział tamten pokój, E. i martwą dziewczynę, ciszę śmierci, hałas strachu. Według siebie nie zasłużył na potępienie. Wtem, między przerażeniem, paranoją i ciemnością, rozległ się cichutki, ledwie dosłyszalny dźwięk. Stuk, stuk, stuk. Odbezpieczył broń i pociągnął za spust.