Przejdź do treści
Zastój
ProzaAleksandra Szymkowiak
PROZA

Zastój

Opublikowano w: Nr 02•2025 [15]

Stoję przy oknie i zawieszam wzrok na jej rudych lokach. Siedzi na fotelu, odwrócona plecami. Patrzę na nią z góry. Ma ściągnięte ramiona i podniesioną głowę. Włosy wplątują się w kołnierz koszuli. Wiem, że dwa pierwsze guziki zostawiła rozpięte. Niżej obcisła spódnica, trochę nad kolano, rajstopy, a może nawet pończochy, i buty na obcasie. Piwne oczy, pełne usta, krągłe piersi, długie nogi.

Odskoczyłem od niej jak poparzony, zupełnie jak w dzieciństwie, kiedy obściskiwałem się z dziewczyną, a rodzice naciskali na klamkę.

– Tak naprawdę to wcale nie chciałem cię pocałować – szepczę. Patrzę, jak terapeutka marszczy brwi.

– Pana zachowanie narusza kontrakt naszych spotkań.

– Wyglądałaś na zainteresowaną.

– Chciał pan, żebym była zainteresowana?

– Powiedziałaś, że zasługuję na miłość.

Wnętrze poczekalni jest zbyt białe. Nie wiem, kto wpadł na taki pomysł, ale na pewno nie moja ruda. Ma kobieta osobowość, temperament. Takie jak ona nie kupują krzeseł w Ikei, a tym bardziej nie przemalowują wszystkiego na biało jak pojebani. Ściany aż rażą. Mrużę oczy.

Posyłam recepcjonistce speszony uśmiech.

– Mamy tutaj dwieście sześćdziesiąt złotych. Karta czy gotówka? – Przeciąga każdą sylabę.

Kiwam głową. Koło na terminalu powoli się obraca. Słyszę głośne piknięcie.

– Odmowa.

– Proszę jeszcze raz. – Wyciągam z portfela kartę żony.

Stoję w korku na Mickiewicza. Na Śródmieściu znowu problem z kanalizacją, przyjechali ludzie z MPWiK. Jeden z nich kieruje ruchem. Z naprzeciwka przejechał już sznur aut, a my nadal czekamy. Stukam palcami w kierownicę. Po prawej mijam trzy męskie sylwetki zawieszone nad dziurą w ziemi. Grają w kieszeniach w ping-ponga.

Jakiś kretyn próbuje się wpieprzyć ze zjazdu. Nie ma, kurwa! Trąbię. Kierowca pokazuje mi środkowy palec. Na TOK FM audycja o wyborach prezydenckich. Wypuszczam powietrze przez zaciśnięte zęby i ściszam radio. Deszcz bębni o szybę, wycieraczki ledwo nadążają. Jest dopiero połowa października, a drzewa już zgubiły liście. Zgubiły liście, co ja, pizda? To Marta ciągle tak gada. Czyta za dużo książek.

Mam sentyment do parku Szczytnickiego. Byliśmy tu na pierwszej randce, takiej z prawdziwego zdarzenia. Rozłożyliśmy koc i wyciągnęliśmy wino. Za szczeniaka mogliśmy sobie pozwolić tylko na jabola, ciepłego i cierpkiego. Teraz nie potrafiłbym zamoczyć ust w tym gównie, ale wtedy smakowało cudownie. Siedzieliśmy coraz bliżej siebie, ona pochylała się w moją stronę. Czułem na udzie dotyk jej gładkiego kolana. Opowiadała o fraktalach. Co kilka zdań upijała z gwinta łyk wina i odgarniała włosy z twarzy. Były wtedy długie i rude. W słońcu wyglądały jak z ognia.

Pomyślałem, że w tę dziewczynę chciałbym wpatrywać się każdego dnia.

Potem poszliśmy do niej, do Labiryntu. Chodź, pospieszmy się, bo zamkną boczną bramę, wyszeptała i zaczęła biec. Było kilka minut przed dwudziestą. Pobiegłem za nią. Patrzyłem, jak jej spódniczka faluje w ruchu. Kiedy szliśmy przez galeriowiec, objąłem ją w talii.

Marta. Od początku mnie chciała. Miała koronkowy biustonosz i kuse majteczki.

Skręcam na Paderewskiego. Ostatnio trzeba jeździć na około. Awaria bocznego szlabanu i już dwie minuty w plecy. Kiwam do portiera przy głównej bramie, ale ten nie reaguje. Zawsze rozwiązuje krzyżówki i nie raczy wyjrzeć przez okno. Trąbię. Wychodzi z budki i podnosi przepraszająco dłoń. W końcu otwiera. Parkuję przed basenem.

– Andrzej?

Odwracam się. Jurek, prezes klubu, ściska moją dłoń.

– Jeszcze nie wypełniłem tych formularzy.

– Do przyszłego tygodnia jest czas.

– Oni się nie nadają, żeby jechać.

– Sponsorzy uważają inaczej.

Stoję przed drzwiami do mieszkania i biorę głęboki wdech. Jeszcze jeden papieros, a potem wejdę.

W środku jest ciemno. Rzucam klucze na szafkę i od razu idę do kuchni. Zapalam światło i zawieszam kurtkę na oparciu krzesła. W garnku podgrzewa się ryż z kurczakiem. Nakładam sobie na talerz. W sosie pływa przypalona skórka od papryki. Kurwa, tego nie da się zjeść. Otwieram szafkę z przyprawami. Plastikowy koszyk wypada mi z dłoni, zioła wysypują się z saszetek. Nie wiem, czemu ona ciągle się upiera, żeby gotować.

Wyciągam piwo z lodówki i włączam telewizor.

– Śpij dzisiaj ze mną. – Staje w progu. Ma na sobie długą koszulę nocną.

– Wstaję po piątej. Lekarz powiedział, że potrzebujesz wypoczynku. – Całuję wierzch jej dłoni.

Wyciągam kołdrę z szafki. Pachnie proszkiem do prania. Marta musiała zmienić pościel, porozmawiam z nią jutro. Powinna wypoczywać, zwłaszcza teraz, przed badaniami.

Zamykają mi się oczy. Wraca pytanie terapeutki, „Jak czuje się pan z myślą, że pańska żona może niedługo umrzeć?”, a po nim nasz pocałunek.

Dobrze, że pojutrze kolejna sesja.

Stoję jak pajac i prowadzę rozgrzewkę dla pięciu osób, którym udało się nie zaspać. Dzisiaj przyszły same baby, może i lepiej. Jeszcze nie wiedzą, jaki trening się dla nich wylosował. To dobrze, że jako zawodnik zapisywałem, co i jak pływaliśmy. Teraz tylko wyciągam zeszyt.

– Ale żwawo, z życiem – krzyczę.

Wszyscy ziewają. Trzymają podpór, opierają się łokciami o kafelki.

– Niżej ta dupa, na płasko.

– O co się znowu pultasz? – Słyszę zza pleców. Kiwam głową do ratownika. To ten młody, Marcin? Jakoś tak. Chodzi w opuszczonych na dupie spodniach i zgrywa luzaka.

– Tylko ty możesz na basenie zbijać bąki.

Zdejmują spodenki, w których ćwiczyły na lądzie. Tyle pięknych kobiet.

– Trenerze, jakie dzisiaj główne? – pyta jedna z nich.

– Już nie możesz się doczekać? – Obejmuję ją w pasie. – Pięć razy dwieście zmiennym.

– I to wszystko?

– I to razy trzy. – Uśmiecham się szeroko. – Rusz ten tyłek i wskakuj do wody.

Chodzę wzdłuż basenu i mierzę czasy co lepszym zawodniczkom. Słabo. Dwa trzydzieści, dwa trzydzieści pięć. Nie ułoży się z tego sztafety.

Jedna z dziewczyn wychodzi do góry i pokazuje kciukiem na bok.

– Trenerze, toaleta.

– Pływamy teraz główne.

– Ale ja muszę.

– Anka, co to jest? Dla kogo ja tu przychodzę? – Macham jej stoperem przed twarzą. – Żeby to miało sens, musisz w grudniu pływać przynajmniej dwa dwadzieścia. – Patrzę, jak stoi bez ruchu i głupio się uśmiecha.

Stoję w gabinecie lekarskim i opieram się o krzesło, na którym siedzi moja żona. Przyszedłem spóźniony, Marta zdążyła omówić nowe wyniki. Byłem tu parę razy, a dalej nie potrafię znaleźć drogi. Mdli mnie sam szpitalny zapach. Minuta i już nie wiem, co się ze mną dzieje. Całkowite otępienie. Buty zawsze przyklejają się do linoleum i odrywają z piskiem przy każdym kroku. Dobrze, że jej tu nie położyli.

Czuję się jak na meczu tenisa. Patrzę to na doktora, to na Martę. Nie mogę zrozumieć, o czym mówią. Biopsje, histopatologie, markery. Kiwam głową, kiedy któreś z nich na mnie spogląda.

Kluczymy po szpitalnych korytarzach.

– I co sądzisz? – Łapię ją za rękę.

– Słyszałeś.

– Nie byłem od początku.

– Nie doczekam tego nowego szpitala. – Zatrzymuje się przed samochodem. – Tam z parkingu do gabinetu będzie się szło kilkadziesiąt minut.

– Marta, proszę cię.

W drodze powrotnej już nie rozmawiamy. Kątem oka widzę, że bawi się obrączką. Zdejmuje ją i zakłada. Ma opuchnięte palce. Pierścionek ledwo przechodzi przez paliczek. Na skórze zostaje biały ślad.

Na Kazimierza była stłuczka, skręcam w objazd. Na przejściu czekają piesi w zimowych płaszczach. Termometr pokazuje pięć stopni.

– Zostań ze mną w domu – zaczyna, kiedy wjeżdżam na parking.

– Mam basen na szesnastą.

– Jak raz popływają z kartką, to nic im się nie stanie. Napisz do nich.

– Marta.

– Zrób coś ze sobą. Nie chcę, żebyś był sam, kiedy umrę. – Trzaska drzwiami.

Powietrze jest ciężkie. Nie potrafię wysiąść z auta. Gaszę silnik i biorę do ręki telefon. Przychodzi mail od Jurka: „nie zapomnij zapisać ich na zawody”. Wyciszam powiadomienia. Zamykam oczy. Wyobrażam sobie basenowy zegar ze wskazówkami. Podążam za czerwoną. Odliczam czas, w którym przesuwa się po tarczy.

Posiedzę tu jeszcze kilka okrążeń.

Stoję przed lustrem w łazience i przeczesuję włosy. Robią mi się coraz większe zakola. Czterdzieści dwa lata, a niedługo wyłysieję. I na co to wszystko?

Golę się. Brzytwa gładko sunie po skórze. Na jutro muszę wyglądać jak człowiek. Kontrakt nie kontrakt, nieważne. Już tak długo czekam. Z Martą nie kochaliśmy się od operacji, ile to już będzie? Pewnie z dwa lata, może trzy. Lepiej nie liczyć. Pamiętam, jak siedziała tu na krześle, a ja przejeżdżałem maszynką po czubku jej głowy. Ogień spadał na posadzkę.

Patrzę na swoje odbicie. Po policzku spływa mi łza, chociaż ja nie płaczę.

Stoję nad słupkiem. Wybiła szósta, a te cepy nie weszły nawet na nieckę. Po chuj ja wstaję jak wariat. Rano trzeba szyby skrobać, a im się nie chce ruszyć dupy z akademika. No, przychodzą. Szósta jeden, czyli sto pompek. Zobaczymy, czy dalej będą tacy hop do przodu.

– Zrobione? – Jurek przejeżdża dłonią po wąsach. – Andrzej, chłopie, co ty wyprawiasz. – Stoimy w ciszy i wpatrujemy się w zagrzybione płytki. – Nie pamiętasz, jak ci pomogłem?

– Kiedy?

– No z tamtą. Beze mnie już byś wyleciał. – Klepie mnie po ramieniu. – Trzeba ich zarejestrować.

Zuzia. Miała krótkie, rude włosy i zgrabne nogi. Zawsze wciskała sobie strój w dupę. Panoszyła się po basenie jak kotka w rui.

Fantazjowałem o niej. Najchętniej wziąłbym ją na basenie, kiedy wszyscy by wyszli. Oparłbym o stolik i wszedł od tyłu. Mógłbym wtedy patrzeć, jak rusza swoim jędrnym tyłkiem. Jęczałaby tak głośno, że słyszeliby nas aż na stadionie.

Raz dała mi się dotknąć. Byliśmy w pokoju fizjoterapeuty, miałem spojrzeć na jej naderwany mięsień. Buchało od niej ciepło. Mój palec wskazujący zbliżał się do jej miękkiej cipki. Czułem, jak pachnie.

Potem obroniła licencjat i na drugi stopień wyjechała do Katowic.

Stoję w poczekalni. Palce recepcjonistki szybko przebiegają po klawiaturze. Nie wiem, co gorsze – to głośne stukanie czy białe ściany i jarzeniówy.

– Pani Gabriela nie może pana dzisiaj przyjąć.

– Nie powiadomiono mnie o odwołaniu wizyty.

– Zerwał pan kontrakt. Przykro mi.

Trzaskam drzwiami. W samochodzie biorę kilka głębokich wdechów i włączam radio na ful. Leci „Back in Black”. Drżą mi kolana. Na Znanym Lekarzu znajduję terapeutkę, która przyjmie mnie jutro. Też jest ruda.

A