W. H. Auden, albo: Arkadia kontra utopia?
Anno Domini 1946. Zamieszkały w Ameryce poeta angielski, Wystan Hugh Auden – wirtuoz w każdym metrum znanym literaturze – odczytuje swój wiersz na Harvardzie z okazji uroczystego wręczania dyplomów świeżo upieczonym absolwentom uczelni. Rektorem tej renomowanej instytucji jest wówczas profesor Conant, umysł ścisły, wyznawca postępu technicznego, pionier standaryzacji w edukacji, a wreszcie człowiek nieszczególnie zainteresowany humanistyką jako bezinteresownym namysłem nad, dajmy na to, arcydziełami antyku. Przelotnie poznając Conanta podczas rzeczonej wizyty, Auden myśli sobie[1]: „To jest faktyczny przeciwnik”; ma jednocześnie pewność, że rektorowi przechodzi przez myśl dokładnie to samo.
Antagonizm między poetą a naukowcem? Nihil novi sub solem – w tę samą strunę uderzał swego czasu Mickiewicz, przeciwstawiając czucie i wiarę szkiełku i oku. Czy to jednak nie ciekawe, że Romantyczność naszego wieszcza przetłumaczył na angielski akurat Auden?
Co więcej, ten właśnie antagonizm wybrzmiał również w wierszu, który poeta odczytał dla społeczności harvardzkiej; tekst ów, choć napisany z niemałą dozą humoru, przenosi opozycję czucia i szkiełka w mitologię, a poprzez mitologię – w archetyp.
Auden jest jednak przewrotny w swej arche-typologii. Wychodząc od tego, że lirę, symbol Apolla, wynalazł w istocie Hermes[2], poeta rozrysowuje w wierszu rywalizację pomiędzy olimpijczykami, których „a-historyczna antypatia”[3] przekłada się na antypatię ich śmiertelnych przedstawicieli – czy raczej: „połączonych w antytezę” archetypów – i która ma swe źródło w zazdrości opiekuna Muz względem skrzydłostopego gońca.
Istotnie, „nadęty” Apollo z utworu Audena kompensuje nieumiejętność stworzenia własnego instrumentu walką o rząd dusz, a wśród znaków świadczących o jego zwycięstwach poeta wymienia między innymi tryumfy sztuki oficjalnej, skupianie się uniwersytetów na praktyce raczej niż poszukiwaniu Prawdy, pęd ku „tłumnej Nirwanie” i niechęć do odosobnienia, a także lejące się ze środków masowego przekazu kwieciste pustosłowie.
Krótko mówiąc, porządek apolliński to dla Audena ułuda wszechogarniającego ładu, obraz świata oswojonego na utylitarne potrzeby „Zwykłego Człowieka” (czyli również, rzecz jasna, pewnej fikcji). Angielski poeta nie jest tu daleko od Nietzschego; niemiecki filozof podobnie definiował wszak ideał apolliński, kontrastując go przy tym jednak z ideałem dionizyjskim – upojeniem i szałem, ekstazą przedzierającą się przez zasłonę uporządkowanej rzeczywistości.
Auden ów ugrzeczniony, apolliński pozór zderza nie z dionizyjskim uniesieniem, lecz z hermetyczną tajemnicą[4], o której – skądinąd znamiennie – nie rozpisuje się on tak, jak o programie Apolla. Jedyne, czego dowiadujemy się o zwolennikach Hermesa, to że są samotnymi wilkami i sabotażystami apollińskiego porządku, zaś „Hermetyczny Dekalog”, którym zwieńczony jest utwór, to po prostu garść anty-utylitarnych, sowizdrzalskich porad życiowych; mało tego, poeta przyznaje w wierszu, że nadmierny wpływ hermetyzmu na cywilizację niechybnie skończyłby się uniwersalną bałkanizacją. Zdaje się więc, że Hermes nie realizuje w tekście Audena konkretnego kontr-programu, lecz personifikuje raczej pewną zasadę oporu – tajemnicę jako pryncypium uniemożliwiające pełne domknięcie się apollińskiego systemu.
Innymi słowy, Auden podejmuje w swym dziele przeciwieństwo programu – obrazu świata malowanego pod wpływem Apolla – i tego, co nie daje się objąć programem, a co symbolizuje dla poety Hermes jako trickster, archetyp żartownisia, który obśmiewa pozornie gładki obraz świata, uwypuklając biegnące przezeń szczeliny.
Należy wreszcie wspomnieć, że do wewnętrznego wyboru pomiędzy tendencjami apollińskimi i hermetycznymi podpuszcza nas Auden już w samym tytule omawianego tekstu: Under Which Lyre, co przetłumaczyć możemy jako zapytanie: pod czyją lirą? W jakich barwach, pod jakim sztandarem, z jaką pieśnią na ustach idziemy? Pieśnią Apolla, która opiewa jego nowy wspaniały świat, czy pieśnią Hermesa, która unosi z owej dystopii zasłaniający ją pozór utopii?
Nie bez znaczenia w całej sprawie jest fakt, że postać Hermesa wiąże się z Arkadią – historyczną krainą jego mitycznego pochodzenia, a także pierwowzorem toposu idyllicznej krainy szczęśliwości; miejsca, gdzie Złoty Wiek nie przeminął i którego mieszkańcy żyją w sposób najmniej oddalony od egzystencji zaprzepaszczonej przez Adama i Ewę. Tak się bowiem składa, że wśród par przeciwieństw, którymi operował w swej twórczości Auden, znajduje się również opozycja właśnie Arkadii oraz utopii.
Podobnie jak w zestawieniu Hermesa z Apollem, tak i tutaj chodzi w istocie o to, by w treściwym języku symboli opisać tendencje, które od środka napinają człowieka w różne strony, ku odmiennym pragnieniom; rzecz dotyczy w tym przypadku kontrastujących ze sobą wyobrażeń o idealnym stanie rzeczywistości. Ludzie o usposobieniu arkadyjskim marzą zatem o raju utraconym – o przeszłej, pierwotnej doskonałości, która zniknęła z naszego świata u zarania jego dziejów; utopiści zorientowani są z kolei na raj, który trzeba dopiero zbudować, czyli na doskonałość mającą się ziścić w przyszłości.
Nic więc dziwnego, że Auden używał też przeciwstawienia Edenu i Nowego Jeruzalem[5]. We właściwym, biblijnym znaczeniu są to przecież odpowiednio: pierwsza siedziba człowieka oraz jego ostateczne miejsce przeznaczenia. Sęk jednak w tym, że w oderwaniu od siebie nawzajem określają one – jako Arkadia i utopia „połączone w antytezę” – wewnętrzne ograniczenia. Innymi słowy, pogrążając się w marzeniach o niedostępnym już Edenie, Arkadyjczyk grzęźnie w utyskiwaniu na współczesność i jałowej często tęsknocie za mityczną przeszłością, podczas gdy utopista, który fiksuje się na wyobrażonej perfekcji przyszłego porządku, demonizuje przeszłość i relatywizuje teraźniejszość, podporządkowując ją (często brutalnym) działaniom mającym urzeczywistnić zaprogramowaną przyszłość.
W rzeczy samej, zaprogramowaną – czy skojarzenie pomiędzy utopistą i apollińczykiem nie nasuwa się samo? Chociaż analogiczny związek między Arkadyjczykiem i hermetykiem jest zapewne nieco bardziej… cóż, hermetyczny, to Auden pisał też w swym harvardzkim wierszu o tym, że o ile „potomstwo Apolla” pełnić może najżmudniejsze nawet funkcje – byleby mogło wierzyć, że są to funkcje ważne – o tyle „synowie Hermesa” lubią się po prostu bawić i często przechodzą samych siebie w tym, czego nie mieli w ogóle robić. Możemy zatem uchwycić pewną ciągłość arkadyjskiej beztroski (umożliwiającej niewątpliwie liczne gry i zabawy oraz doskonalenie umiejętności dla przyjemności) i niepoważnego uporu, z jakim hermetyk dopomina się o to, z czego według kryteriów apollińskiego utylitaryzmu nie ma dla świata żadnego pożytku.
Kontynuując jednak myśl wcześniejszą: wizja Arkadii i utopii jako niemożliwej do przemożenia alternatywy bierze się z pewnych ograniczeń percepcji właściwych obecnej kondycji człowieka; skoro na symbolicznie głębszym poziomie jest to tak naprawdę Eden oraz Nowe Jeruzalem, uchwycić je trzeba nie jako „a-historyczne” w swym przeciwstawieniu bieguny, lecz jako klamrę, która spina w całość historię rzeczywistości.
Auden wykonuje krok w tym kierunku w Horae Canonicae, opartym o strukturę liturgii godzin cyklu wierszy skomponowanym w latach 1949-1955. W części zatytułowanej Nieszpory poeta przemawia jako Arkadyjczyk[6], który spotyka na ulicy utopistę. Obaj bez słowa rozpoznają w sobie nawzajem swój „Anty-typ”, po czym Auden ukazuje zarówno własny, arkadyjski pryzmat, jak i soczewkę utopistyczną, odnosząc obydwie optyki do rozmaitych zagadnień społecznych, kulturowych czy moralnych.
„Zerknąwszy na abażur w sklepowej witrynie, zauważam, że jest zbyt ohydny, by ktokolwiek chciał go kupić: on zauważa, że abażur jest zbyt drogi, by mógł go kupić robotnik. / Ja odwracam wzrok na widok niedożywionego dziecka: on odwraca wzrok, mijając dziecko przy kości. / (…) Ktoś, kto w moim Edenie nie słuchałby Belliniego, miał dość taktu, by się w ogóle nie rodzić: ktoś, kto nie będzie chciał pracować w jego Nowym Jeruzalem, gorzko pożałuje, że się w ogóle urodził”.
Łatwo na podstawie tych paru wycinków zauważyć, po pierwsze, że Auden nie ociepla sztucznie arkadyjskiego wizerunku, a raczej punktuje estetyczne odklejenie od bieżących problemów, jakie nazbyt często cechuje ludzi stęsknionych za Złotym Wiekiem; po drugie, że utopista ma wiele wspólnego z rewolucjonistami wszelkiej maści[7].
Dlatego też o ile Arkadyjczyk budzi w utopiście wzgardę – musi wszak jedynie zacisnąć powieki i wykonać parę wyimaginowanych kroków, by mieć przed oczyma wyobraźni swój Eden – o tyle utopista budzi w Arkadyjczyku niepokój. Kiedy oczy zamyka bowiem utopista, umysł nie podpowiada mu utopii jako takiej, lecz działania, które trzeba podjąć, aby dopasować teraźniejszość do programowej przyszłości; Auden przywołuje w tym miejscu obrazy, w których rewolucja francuska zlewa się z bolszewicką.
Zagrożenie, którego apollińskie widmo unosiło się nad hermetykiem, tutaj przybiera już bardziej namacalną postać utopisty-rewolucjonisty, dla którego burżuazyjny Arkadyjczyk jest jedynie przeszkodą stojącą na drodze do przyszłej perfekcji i który nie zawaha się – jak pokazują historyczne przykłady – usunąć takiej przeszkody przemocą.
A jednak myślą, z którą zostawia nas Auden u końca Nieszporów, jest refleksja o wzajemnej potrzebie obu „Anty-typów”, czy też o zespoleniu ich pól widzenia. Jeden jedynie w drugim dostrzec może to, co przekracza właściwe mu ograniczenie percepcji; tylko drugi może przypomnieć pierwszemu o jego „połowie sekretu”, którym to „sekretem” jest „ofiara” leżąca u podstawy cywilizacji – ofiara złożona z „krwi”, o czym zapomina chodzący z głową w chmurach Arkadyjczyk, i to krwi „niewinnej”, o czym nie pamięta utopista.
Choć poeta odnosi się na końcu wiersza do organizacji świata doczesnego – „świeckich murów”, których nieodzowną „zaprawą” jest właśnie krew niewinnych – to zastosowana przez Audena symbolika ofiary, niezawinionej śmierci i „przebłagania za grzechy”, a także liturgiczna rama cyklu, którego częścią jest omawiany utwór, siłą rzeczy przekierowują nasze myślenie na metafizyczne tory[8]. Mówiąc bardziej precyzyjnie, u styku percepcji arkadyjskiej oraz utopistycznej Auden umieszcza nieszczególnie zawoalowane odwołanie do ofiary Chrystusa.
Dlaczego? Ponieważ wyłącznie z chrześcijańskiej perspektywy Arkadia i utopia „połączone w antytezę” okazują się być tylko zdegenerowaną postacią osi biegnącej od pierwotnego Edenu do przyobiecanego Nowego Jeruzalem.
Tym czasom. Oratorium na Boże Narodzenie – poemat z 1944, w którym poeta nadaje formę teologicznego dramatu wydarzeniom upamiętnianym podczas tytułowych świąt – przedstawia ten motyw bezpośrednio, tym razem z wykorzystaniem kontrastu pomiędzy dwoma grupami przybyszów odnajdujących drogę do żłóbka: pastuszków oraz trzech mędrców.
Dotarłszy na miejsce narodzin Chrystusa, pastuszkowie – związani symbolicznie z arkadyjskimi wyobrażeniami o sielance życia spędzanego na wypasaniu zwierząt[9] – mówią: „Tu, teraz w nieskończoną ruszamy wyprawę”, zaś mędrcy – reprezentujący wszelkie utopistyczne projekty formułowane na gruncie polityki, nauki, filozofii… – wyrażają przeciwstawne doświadczenie: „Tu, teraz nieskończona ustanie wyprawa”[10].
Arkadyjska fascynacja przeszłością oraz utopistyczny pociąg ku przyszłości przezwyciężone zostają w decydującym „tu, teraz”, zarówno w sensie absolutnie wyjątkowego wydarzenia, jakim było przyjęcie śmiertelnego ciała przez nieśmiertelnego Boga[11], jak i w znaczeniu każdej chwili naszego życia[12].
Istotnie: wezwanie, by miłować Boga i bliźnich, kierowane do człowieka ustami wcielonej Miłości, jest bezustannie aktualne, co oznacza, że przyjmujemy je lub odrzucamy w każdym „tu, teraz” nanizanym na oś czasu rozpiętą między Edenem i Nowym Jeruzalem. Dlatego też Auden umieszcza ewangeliczną narrację o Bożym Narodzeniu w uwspółcześnionej scenografii – aby podkreślić, że wszyscy ciągle stawiani jesteśmy przed wyborem, który poeta w innym jeszcze wierszu ujmuje najzwięźlej: „Tylko miłość bliźniego lub śmierć”[13].
[1] Wiemy, bo wyznaje to później swojemu asystentowi, Alanowi Ansenowi, który wiele lat po śmierci Audena wydał notatki spisane podczas bardziej lub mniej luźnych rozmów z poetą jako książkę, The Table Talk of W. H. Auden.
[2] W Hymnie do Hermesa – który tradycja przypisywała oczywiście Homerowi – czytamy o tym, jak Apollo, któremu Hermes uprowadził bydło, pozwala złodziejowi zachować swą zdobycz w zamian za skonstruowany z żółwiej skorupy, zachwycający słodką muzyką instrument Hermesa.
[3] Prowizoryczne spolszczenia (skupione na sensie poszczególnych fraz, bez uwzględnienia metrum wersów) cytatów z Audena – M. H.
[4] Znane są przecież związki tego boskiego posłańca – który, wędrując pomiędzy światami, pełnił też obowiązki psychopompa, tj. przewodnika dusz – z wiedzą tajemną, sekretami, marzeniami sennymi, podstępem…
[5] Zob. np. zamieszczony w Ręce farbiarza esej, który Auden poświęcił pierwszej powieści Dickensa, tj. Klubowi Pickwicka.
[6] Przy całej świadomości tego, jak ważne jest wyjście poza opisywany przez siebie schemat, Auden konsekwentnie i z całym dobrodziejstwem inwentarza identyfikował się z arkadyjskim stanem umysłu, szczególnie przefiltrowanym przez poetycką wyobraźnię epoki wiktoriańskiej. W jednej z rozmów z Ansenem (patrz: przypis 1) ujął tę kwestię wprost: „To naprawdę jest mój świat – bicykle i fisharmonie”.
[7] W przypadku utopisty z Nieszporów na myśl przychodzi w pierwszej kolejności komunista, co ma sens, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że czerwona rewolucja pozostawała wówczas największym projektem utopistycznym w nowożytnej historii. Obecnie jesteśmy jednak świadkami nowego projektu, a mianowicie – technokracji.
Chrześcijańska krytyka komunizmu zasadzała i zasadza się na tym, że wizja takiego porządku uzurpuje obietnicę Nowego Jeruzalem, sprowadzając transcendentalia do wymiaru materialnego; stanowi sen o sfabrykowaniu wieczności w doczesności za pomocą systemu, który w jakimś przyszłym momencie swojego funkcjonowania miałby osiągnąć apollińską perfekcję. Ponieważ jest to przedsięwzięcie zawężone do ludzkich możliwości – odżegnujące się od Bożej łaski, a zatem zdane na upadłą kondycję człowieka – wszystkie podjęte dotychczas próby zaprowadzenia komunistycznej utopii zakończyły się tragedią.
Dziś zachodzi więc potrzeba, aby z analogicznej perspektywy patrzeć na technokrację, która odwraca się od Słowa, aby otaczać kultem liczbę, i która z równym co komunizm ferworem próbuje wykorzenić świat fizyczny z tego, co metafizyczne.
Wyobraźni Czytelnika powierzam figle, za pomocą których Hermes wykazać mógłby błąd apollińskiej (bo łudzącej powierzchownym ładem) fantazji o cywilizacji kalibrowanej przez maszyny.
[8] Jest tu także przestrzeń na antropologiczne pytanie o to, czy stabilność systemu wartości zależy od powszechności przekonania, że wartości owe zakotwiczone są w obiektywnie transcendentalnej rzeczywistości.
[9] Idylle przypisywane Teokrytowi powstały w reakcji na miejskie zepsucie panoszące się w starożytnej Aleksandrii, a zainspirowane były pieśniami pasterskimi zwanymi z greki bukolikami. Tak oto zapoczątkowany gatunek, który po polsku nazywamy właśnie sielanką, kontynuował później poeta rzymski, Wergiliusz, w swoich Eklogach (znanych również jako Bukoliki). To tam Arkadia pojawia się po raz pierwszy w sielankowym kontekście, tam także odnajdujemy Eklogę IV, w którym to utworze – datowanym na ok. 40 rok p. n. e. – późniejsi interpretatorzy dopatrywali się echa mesjańskich przepowiedni; ten konkretny wątek pozostawiam ciekawości Czytelnika, choć wspomnę przy tym, że szerzej zakrojone zagadnienie pogańskich antycypacji Chrystusa poruszałem w 13. numerze Epei.
[10] Cytaty z Tym czasom według tłumaczenia Barańczaka.
[11] Na ten temat napisałem więcej w numerze 12.
[12] O tym z kolei w numerze 14.
[13] 1 września, 1939, również w tłumaczeniu Barańczaka.