4 wiersze
Ścierniwo
Ratownik przysiadł na niskim ogrodzeniu po drugiej stronie ulicy, pali.
Drugi w ambulansie wolno zbiera papiery.
Bezładna tekstura godziny twojej śmierci.
Tropy kilku ostatnich słów prowadzą w ściółkę z mrowiem zrębków,
w śnieg; kiedy przyszli, wsunęli ciało w biały futerał.
Składnia twojej śmierci – nie do pojęcia.
Zapalać ci słowa odmienione, wkładać je w ziemię,
lodowe kwiaty o żywych kolcach.
Nie będzie wspólnej starości.
A co potem?
Od ściany w łazience odjąć poręcz.
Notatka z Plotyna, znaleziona po latach w zakurzonym słowniku
pojęć filozoficznych: „A przecież każda dusza jest córką Ducha”.
Żadnych przydatnych słów.
Wystaje kikut, słup elektryczny złamany przez burzę lodową.
Podkurczona martwa poczwarka na postumencie ze zgniecionej wylinki.
Tych parę wersów.
Skrzypaczka trzyma ręce blisko twarzy; smyczek zaczyna od gęstych,
rozpryskujących się kropli, okrawa płomienie ognia
za żelazną barierą, która się opuszcza.
K. przyniosła ci białą różę.
Śmierć jest śmiercią, jest śmiercią, jest śmiercią.
Obrączki, oko przy oku. Zaśnij.
W twoim paszporcie: Colore degli occhi: marroni.
Z gazetą wsuniętą w kieszeń witasz mnie na lotnisku – ten obraz powraca, niesie się
jak głęboki dźwięk wody spadającej ze skalnego progu.
W szufladzie kartka ze zmienionym charakterem pisma, kiedy jeszcze
mogłeś pisać.
Do kogo teraz należą nasze noce?
Pot występujący na skórę?
Założyła jego lnianą koszulę czy to on ubrał się w jej ciało, objął ją?
Przed naszym nadmorskim domem nadal rośnie cedr. Już go nie widzisz.
Przy samej krawędzi nocy, uskok; twój głos: Nie chwytaj mnie, nie zatrzymuj,
mój głos: Pociągnij mnie za sobą, biegnijmy!
Nieprzemijalność twojej śmierci, jej żywotny kontynent, odpełzają od niego
lodowcowe szelfy.
Świta – bezkrwiste płomienie wgryzają się w ciemność, w bryły jej torfu;
biały ogień sięga nocy do gardła nad zamarzniętą plażą.
Nędza wiersza w miejsce twojego ciała.
Co może wiersz?
A przecież potrafił polować, przystawał i węszył, nasłuchiwał pisków.
Bywał rudym lisem nurkującym w śniegu za nornicą, śmiesznie, z wyskoku –
słyszał ją w chwili, gdy rozlewa się nasienie kresu.
Nie zdołał odpędzić twojej śmierci.
Teraz jest szczątkami lisa, leżącymi na owczym wygonie.
Niewiele może.
Wciąż potrafi dostrzec bielejące futerko zająca, co zastygł w bruździe –
wiatr zgrał już broń ze skrzydłem jastrzębia,
naprowadził na cel.
Zdoła przykryć okrwawione źdźbła, płytko, prósząc śniegiem
w lutowe ściernisko.
Wczoraj wciągał w nozdrza mroźne powietrze. I nozdrza kąsa palący ziąb.
Nocą szuka w łóżku twojej ręki.
Uczepiony śnieżnej gałązki leszczyny, stroszy piórka na łebku, na gardle
i kołysząc się wolno, popatruje na mnie,
gdy ja patrzę na ciebie –
płatki śniegu spadają ci na policzki, topnieją.
***
Twoja czarna ziemia, języku – wkopuję w ciebie słupy z żebraczą inskrypcją
Oddaj mi go.
Nigdy wcześniej nie musiałam go szukać tak daleko.
To, co rośnie w twej borealnej świerczynie, na kwaśnych i wilgotnych siedliskach,
to tylko cień jego zapachu, okoń goniący obrotową błystkę.
Twoja martwa fala, języku, niekontrolowane wychładzanie rzeczy.
Tu ciemność może liczyć na zdobycz, jak lis płoszący parę kuropatw.
Jak płomykówka wylatująca ze śródpolnej stodoły
w noc, w trawy ubite przez deszcz.
Twoje światło wplątane w dryfujące sieci skrzelowe.
Twój muł przechowujący meandry śladów, twój torfowy mursz, języku –
podajesz martwicową misę, bym z niej piła.
Śmierć jest tratwą.
Życie z tobą, umarłym.
Życie z tobą wołającym, żebym cię obudziła
umarłego.
Wyszła na spotkanie.
Podtrzymała rozmowę, w której będzie miejsce na wszystko,
na kolczaste wtręty. Pomogła ci być
przy mnie – w tym ogołoceniu, gdy bicie spopielonego serca
na wylot przebija sen.
Pomogła ci być dopływem, nie muszlą rozcieraną przez okruchy
zmatowiałego kwarcu, tam, gdzie niepamięć, równina pływowa, odsłania
urodzajne dno.
Być dopływem, nie drewnem dryftowym.