Ciężkie, lekkie, puste
I nie próbujcie uciekać w słowa, bo przecież doskonale wiecie,
że w pewnych okolicznościach, mówiąc obrazowo, w pewnej temperaturze,
słowa tracą swoją postać, treść, znaczenie, po prostu ulatują, i jedynie czyny,
jedynie same czyny okazują się czymś stałym, czymś, co można wziąć do ręki
i zbadać, niczym kawałek minerału, niczym kryształ.
Imre Kertész, „Kadysz za nienarodzone dziecko”
Słowa też są czynami.
Ludwig Wittgenstein, „Dociekania filozoficzne”
Zapytana o swoje powroty do Auschwitz pomyślałam w pierwszej chwili nie o miejscu, nie o tym, co się tam wydarzyło ponad osiemdziesiąt lat temu, ani nawet nie o sobie, lecz o słowach. Żeby historia się nie powtórzyła… tymi słowami lubią kończyć się wypowiedzi o Auschwitz i niezależnie od tego, jak przejmująco brzmi wszystko, co zostało powiedziane wcześniej, one za każdym razem przypominają mi urodzinowe sto lat! To znaczy, wyrażają intencje mówiącego, nic więcej. A historia równie ewidentnie nie może się jota w jotę powtórzyć, co ewidentnie się powtarza – w najszerszym, ludobójczym, sensie.
Jakie to ma znaczenie? Nieznośna lekkość bytu Milana Kundery zaczyna się w sposób dość nietypowy dla gatunku powieści, mianowicie od namysłu nad nietzscheańską koncepcją wiecznego powrotu. Jakie znaczenie ma – pyta Kundera – wojna między dwoma afrykańskimi państwami w czternastym wieku, wojna niemająca żadnego wpływu na losy świata, pomimo że zginęło w niej trzysta tysięcy istnień? A jakie znaczenie miałaby ta sama wojna, gdyby powtarzała się w nieskończoność?
Pisarz wyjaśnia: „Kiedy mówimy o czymś, co już nie powróci, krwawe lata zmieniają się w słowa; teorie, dyskusje, stają się lżejsze od puchu, nie budzą lęku. Jest przepastna różnica między Robespierrem, który pojawił się tylko raz w historii, a Robespierrem, który by wiecznie powracał, aby ścinać głowy Francuzów”[1]. W jakie słowa zamienia się Auschwitz, które nigdy nie powróci, a jednocześnie powraca w nowych odsłonach?
Kundera zmierza w kierunku takiego ujęcia, w którym przemijalność oznaczałaby lekkość, a powtarzalność wskazywałaby na ciężar – i to jest uprawnione – niemniej równie uprawnione byłoby twierdzenie przeciwne. Znaczenie, czyli ciężar wydarzenia, może tkwić w tym, że nigdy się ono nie powtórzy. Intuicja pisarza wydaje się trafna w odniesieniu do zbrodni, ale gdyby dla odmiany skupić się na najpiękniejszych chwilach w życiu i zapytać: co, jeśli to one powtarzałyby się w nieskończoność? Czy nie stałyby się nudne i banalne? Kundera zaznacza, że antynomia ciężar–lekkość jest może najbardziej wieloznaczną i tajemniczą z antynomii. Jednak mówienie o antynomii sugerowałoby, że istnieje jakiś wybór i domaga się, by go dokonać. Rozstrzygnięcie zależałoby więc od człowieka, a człowiek rozstrzyga nie w zgodzie z rozumem – trzeba by zapytać „czyim rozumem?” – lecz w zgodzie z tym, jak w danym momencie odczuwa świat. Czasami w zgodzie z tym, co zalega mu w kiszkach.
Co, jeśli nie ma żadnej antynomii? Jeśli wszystkie możliwości są naraz rzeczywiste? Tak samo, jak wszyscy ludzie odwiedzający Auschwitz są tam naraz obecni.
Auschwitz łączy ciężkość i lekkość bytu. Lisy, bażanty i sarny szczególnie upodobały sobie tereny Birkenau. Czasem wyglądają zza odrestaurowanych baraków. Zdarza się poczuć przyjemny zapach skoszonej trawy. Niemal sielankowa aura, bez krwi ani gazu. Z rzadka odwiedzający mówią, że czuli gaz, lecz to siła sugestii.
Temu niebrzydkiemu miejscu – a już na pewno niebrzydkiemu latem i jesienią – ciężkość nadają słowa. Między innymi moje. Dla odwiedzających moje słowa stanowią integralną część tego miejsca i gdyby nie słowa – także wszystkie, jakie wcześniej usłyszeli i przeczytali o Auschwitz – mogłoby ono pozostać materiałem na ładną pocztówkę. Przynajmniej dla niektórych.
Filozofowie spierali się, jakiego rodzaju bytem jest słowo – ogólnym czy jednostkowym – a słowa, nie zważając na ich spory, są jednocześnie czymś najbardziej ulotnym i najbardziej dotkliwym, najlżejszym i najcięższym. Słowa ranią i goją rany.
Słowa powołują do istnienia. Niektórzy twierdzą, że na początku było słowo.
Słowa odwołują z istnienia, kiedy oznajmiają rozwód lub, co gorsza, wyrok śmierci.
Słowa odtwarzają.
Jako dzieci prosiliśmy rodziców, by opowiadali nam wciąż te same bajki. Powtarzanie znanych historyjek daje dziecku poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem powtarzanie narracji o Auschwitz wzmacnia poczucie niepokoju. Bajki oddalają od realności, Auschwitz ogałaca ją z wszelkich iluzji, przytwierdza do rzeczywistości, w której żyjemy, a żyjemy między innymi dlatego, że ktoś inny nie postanowił nas zabić.
Moje powroty do Auschwitz są powrotami do powracania, są przez to aktem przywracania temu miejscu ciężkości, niemniej „wrócić” do niego we właściwym sensie mogą tylko ocalali. Niektórzy z nich, nawet jeśli nie stronili na co dzień od relacjonowania swych obozowych przeżyć, na miejscu doświadczali pewnej inercji słowa.
Halina Birenbaum: „Nie spodziewałam się tylko, że nagle łkanie zdusi mi głos. Nigdy przedtem nie płakałam, gdy opowiadałam te przeżycia. Teraz wszystko było inaczej, mocniej – bliżej. Bo było tutaj, na tym skrawku ziemi, pod tym niebem”[2].
Janina Iwańska: „W Birkenau stanęłam przed bramą i zatkało mnie tak, że udało mi się tylko dojść w milczeniu do baraku, gdzie wskazałam palcem moją pryczę. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego słowa. W samochodzie od samego Oświęcimia do Warszawy nie mogłam się odezwać, tylko cały czas płakałam”[3].
Roman Kent: „Kiedy pierwszy raz powróciłem do Auschwitz, byłem bardzo cichy, nie chciałem nic mówić, chciałem być sam”[4].
Dla ocalałych miejsce może przywoływać traumę, dlatego połączenie go ze słowem staje się zbyt wielkim ciężarem. Na tym polega moc połączeń. Skądinąd w ostatnich badaniach nad traumą zastępczą, które przywołuje Michał Bilewicz w książce Traumaland, zaobserwowano, że u części uczniów polskich szkół średnich po wizycie w muzeum pojawiły się wszystkie objawy stresu pourazowego (PTSD)[5]. Wynikałoby stąd, że połączenie miejsca i słowa nie tylko przywołuje, ale też w pewnych przypadkach wywołuje wtórną traumatyzację. To dosyć nowe pojęcie, więc wyjaśnię, o co chodzi. Otóż intensywny kontakt z osobami dotkniętymi traumą lub miejscami związanymi z ludobójstwem oraz dotyczącą ich narracją może u empatycznego odbiorcy, pomimo że sam nie znalazł się w sytuacji zagrożenia życia, prowadzić do symptomów typowych dla PTSD. Mam nadzieję, że mijają szybko.
Jeśli wykonywana przeze mnie praca polega na łączeniu miejsca ze słowem – w pewnym sensie na dokonywaniu wiecznego powrotu, a przez to nadawaniu ciężkości wizycie w Auschwitz – jak to się dzieje, że mogę ją wykonywać, nie cierpiąc na traumę zastępczą – i że robią to setki innych osób? Przecież nie jesteśmy maszynami. Z pewnością każdy ma na to własny przepis, może nawet każdego dnia inny.
Czasami działa rozrywanie połączeń. Skoro ja w tym miejscu nie cierpiałam, skoro jestem z nim oswojona i spotykam w pracy ludzi, których lubię, to połączenie miejsca ze słowem nie stanowi dla mnie wielkiego ryzyka. Niebezpieczne byłoby dodanie trzeciego elementu: myśli. Dlatego moje powroty do Auschwitz zazwyczaj są albo mentalne, albo fizyczne.
Więcej myślę o Holokauście poza pracą niż podczas niej. Zanurzam się w tym temacie, kiedy czytam książki, kiedy słucham podcastów albo wywiadów – czyli kiedy słowa należą do innych – ponieważ ciężkie są tylko cudze słowa. Kiedy zaś wracam tam fizycznie, lepiej potraktować własne słowa tak, jakby były tylko dźwiękiem, i skupić się na tym, co dzieje się tu i teraz, czyli na grupie, na tym, jak reaguje, czy nikt nie mdleje, czy ktoś się nie zgubił. Działa to podobnie jak śpiewanie. Na przykład jeden z moich utworów został zainspirowany śmiercią ojca. Kiedy śpiewam, absolutnie nie mogę o nim myśleć. Zaśpiewałabym źle. Oddzielenie słowa od myśli jest praktycznym imperatywem. Trzeba robić, robić, robić i nie myśleć za dużo, udzielił mi rady starszy kolega, kiedy zaczynałam. Miał rację. Tylko że to nie zawsze działa.
Przy zdjęciu dziecięcych ofiar eksperymentów doktora Mengele coś się w człowieku łamie, pomimo że widzi je po raz tysięczny – i nie ma przy tym znaczenia, że prywatnie nie lubię dzieci. Pod koniec października miałam w grupie dziewczynkę na oko sześcioletnią, z natury „wybij okno”. Kręciła się wokół mnie, tańczyła, robiła gwiazdy gdzie tylko się dało. Upomnieć ją czy nie? Z mojego doświadczenia wynika, że zwracanie komuś uwagi w momencie, kiedy czuję się już zdenerwowana, sprawia tylko, że denerwuję się bardziej, a niekoniecznie rozwiązuje problem. Przynajmniej jeśli chodzi o dziecko. Starałam się więc utrzymywać wzrok na poziomie wzroku dorosłych i nie zwracać uwagi na nic, co odbywa się poniżej. W zasadzie małego dziecka nie powinno tu być. Jej rodzice schowali się gdzieś w grupie, nawet się do niej nie przyznając.
Na szczęście oprowadzanie kiedyś się kończy. Ściągam nadajnik, odpinam mikrofon. Ona przy mnie. Chce mi coś powiedzieć. Uprzejmie zachęcam. Mówi tym samym dziecięcym głosikiem, który wcześniej tak mnie wybijał z rytmu: widziałam tutaj dużo martwych biedronek. Odpowiadam spokojnie, z uśmiechem – takim dla dziecka – że owszem, o tej porze roku jest w Polsce dużo biedronek, żyją krótko. Ona opowiada, że próbowała je ratować, wystawiając do okien. Ta dziewczynka zapamięta Auschwitz jako miejsce szczególnego nagromadzenia martwych biedronek. Lekkie z pozoru dziecięce słowa stają się tak ciężkie, że wbijają mnie w ziemię na resztę dnia. Ale czy na pewno nie lubię się tak czuć? Sprawdzać, gdzie leżą moje granice?
Innym aspektem fizycznych powrotów do Auschwitz jest to, że znajduję się wtedy w – jak by nie było – jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w okolicy, z uwagi na trwającą obecnie wojnę w Strefie Gazy. A propos wojny, ileż to razy słyszę pytania, czy muzeum przynależy do Izraela – do nich pojawia się aluzja w wierszu dlaczego ta pani przyszła w majtkach? – jakby współczesność w jakikolwiek sposób mogła wpłynąć na fakty historyczne. Jakimż absurdem byłoby zginąć w miejscu pracy przez konflikt, który pod żadnym względem nie jest moim konfliktem.
Nie trzeba udawać, że zagrożenie terrorystyczne nie istnieje. Szczególnie było to widoczne podczas przygotowań do 80. rocznicy wyzwolenia. Wybrałam się tamtego dnia na wycieczkę za miasto – tak na wszelki wypadek – szczęśliwie nic się nie stało. Jednak myśl, że jeśliby tylko ktoś powziął silne postanowienie, by dokonać zamachu, to zamach zostałby dokonany bez względu na wszelkie środki ostrożności – ta myśl wydaje mi się uporczywie, niewygodnie i przerażająco prawdziwa. Jesteśmy skazani na łaskę ludzi, którzy nie zdecydowali się nas zabić. Gdyby zdecydowali inaczej, może ktoś ufundowałby nam pomnik, może nawet by ich skazano, a inni opowiadaliby później o tym, jak „wymierzono sprawiedliwość”.
Słowa mogą być ciężkie, lekkie albo puste i jednym z najbardziej pustych wydaje mi się właśnie „sprawiedliwość”. Mówiąc o karaniu zbrodni nazistowskich, nigdy ich nie używam. Samo popełnienie zbrodni implikuje bezkarność, gdyż cokolwiek się później wydarzy – kara taka czy owaka – będzie śmiechu warte.
Sprawiedliwość można uznać co najwyżej za ideę regulatywną – jak ideę boga i duszy nieśmiertelnej – rzecz nie w tym, czy w rzeczywistości istnieje jej desygnat, lecz w tym, by działać tak, jakby istniał. Tak, jakby można było wymierzyć sprawiedliwość. Na tym polega umowa społeczna. Ludzie się milcząco „umawiają”, że będą działać zgodnie z nią, czyli umowa społeczna działa, póki ktoś nie postanowi się z niej wyłamać.
Mężczyzna w średnim wieku podchodzi do mnie po oprowadzaniu i pyta retorycznie: powiesili go? – komendanta Hössa – ja bym go żywcem spalił.
„Sprawiedliwość” to puste słowo niezależnie od tego, czy przyjmiemy hipotezę wiecznego powrotu, czy nie: zarówno jeśli nic się nie powtórzy – ani zbrodnia, ani kara – i jeśli powtarzać by się miały w nieskończoność. Tak samo powtarzałaby się bezpodstawność zbrodni i niewymierność kary, niemożliwość zaistnienia ani nawet pomyślenia jakiejkolwiek wymierności.
W obu przypadkach „sprawiedliwość” nie mogłaby być bardziej pustym słowem. A to ciąży.
Pustka jest ciężarem.
Bibliografia
Bilewicz M., Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości, Wydawnictwo WAM, Kraków 2024.
Bilewicz M., Wójcik A.D., Visiting Auschwitz: Evidence of secondary traumatization among high school students, [w:] „American Journal of Orthopsychiatry” 2018, 88(3), ss. 328-334.
Kundera M., Nieznośna lekkość bytu, przeł. A. Holland, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2024, s. 10.
Sawicki P., „Świadomość, odpowiedzialność, przyszłość” konferencja edukacyjna, [w:] „Memoria” 2017(1), Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau 2017, ss. 7-17.
[1] M. Kundera, Nieznośna lekkość bytu, przeł. A. Holland, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2024, s. 10.
[2] P. Sawicki, „Świadomość, odpowiedzialność, przyszłość” konferencja edukacyjna, [w:] „Memoria” 2017(1), Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau 2017, s. 11.
[3] Tamże, s. 13.
[4] Tamże, s. 15.
[5] M. Bilewicz, Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości, Wydawnictwo WAM, Kraków 2024, s. 70. Zob. M. Bilewicz, A.D. Wójcik, Visiting Auschwitz: Evidence of secondary traumatization among high school students, [w:] „American Journal of Orthopsychiatry” 2018, 88(3), ss. 328-334.