Echo innego czasu
Rozmawiali w jadalni na piętrze starego dworu w Poświętnem, siedemdziesiąt kilometrów na północny zachód od Warszawy. Dawno już zapadł zmierzch i zjedli sutą kolację. Było ich czworo: właściciele majątku Adam i Antonina Grobiccy, zaprzyjaźnieni z nimi młoda dziennikarka Eliza Muszczyńska oraz czterdziestoletni Julian Szmurłowski – psycholog, który szczególne upodobanie znajdował w badaniu zjawisk tajemnych, zaliczanych do dziedziny zwanej metapsychiką… a nie mniej pociągała go panna Eliza, wyróżniająca się nie tylko inteligencją, ale także urodą.
– I po cośmy oddali Niemcom ten Gdańsk, panie Julianie? – zasępił się hrabia Grobicki, opierając dłoń o krawędź stołu. – Wzięli palec, a teraz wezmą całą rękę!
W jadalni paliła się lampa naftowa stojąca na kredensie. Resztę wnętrza wypełniał półmrok, rozpraszany tylko blaskiem kominka, od którego biło przyjemne ciepło i dobiegały ciche trzaski palącego się drewna. Na zewnątrz panowała styczniowa, rozgwieżdżona noc, a ogród i pola rozciągały się martwe pod grubą warstwą śniegu. Zima tego roku była wyjątkowo mroźna, a prognozy na kolejne tygodnie 1940 roku nie zapowiadały szybkiej poprawy pogody.
– Bagatela! – odezwał się po namyśle Szmurłowski. – Mamy więcej czasu, żeby się dozbroić. Śmigły w tym roku zostanie prezydentem i da im popalić. Trzeba tylko udobruchać Anglików i Francuzów, bo gotowi pomyśleć, żeśmy już Niemcom całkiem ulegli.
– Beck w przyszłym tygodniu jedzie na rozmowy do Londynu – zauważyła panna Eliza. – Może dyplomaci utrą nosa Niemcom? A może…
– Ach, państwo ciągle o tej polityce – przerwała jej gospodyni. Hrabina była pulchną, sześćdziesięcioletnią matroną o nieco obłędnym spojrzeniu. – A mnie wciąż tak smutno po zaginięciu Jureczka…
Jerzy Wejher był jej młodszym bratem. W grudniu 1937 roku przepadł bez wieści w brazylijskiej Paranie, gdzie jako geograf został wysłany z ramienia Ligi Morskiej i Kolonialnej, aby badać tereny pod przyszłe polskie osadnictwo kolonialne.
– Wiem, Tosiu, co ci chodzi po głowie – powiedział hrabia łagodnie i spojrzał na żonę badawczo. – Domyśliłem się, dlaczego tak bardzo zależało ci, żeby był tu dzisiaj z nami pan Szmurłowski, nasz specjalista od mediumizmu.
– Tak, czuję, że Jureczek… że już go z nami nie ma na tym świecie, ale może udałoby się nawiązać z nim kontakt? – Hrabina spuściła wzrok i splotła nerwowo dłonie na kolanach.
Szmurłowski odchrząknął i poprawił mankiet koszuli.
– Pani hrabino – zaczął spokojnie. – Muszę od razu zaznaczyć: to, czym się zajmuję, nie polega na przywoływaniu zmarłych na życzenie ani na udzielaniu łatwych odpowiedzi. Metapsychika jest próbą zrozumienia zjawisk, których nauka wciąż nie potrafi precyzyjnie opisać.
– Ależ ja to rozumiem, panie Julianie. Zobaczmy po prostu, co z tego wyniknie, a jeśli seans wymknie się spod kontroli, przerwiemy go.
– Dobrze – zgodził się. – Zatem do dzieła.
Na polecenie gospodarzy służący wnieśli do jadalni okrągły mahoniowy stolik i seansowicze, jak umówieni, zebrali się przy nim. Pierwszy zasiadł hrabia, po jego prawej Szmurłowski. Panna Eliza zajęła kolejne krzesło, a dalej usiadła hrabina. Następnie służący wynieśli lampę i szczelnie zasłonili okna portierą, po czym wyszli.
Mrok w pomieszczeniu wyraźnie zgęstniał.
*
Uczestnicy seansu położyli dłonie płasko na blacie tak, że mały palec każdego z nich stykał się z palcem sąsiada.
– Na co ta ciemność, panie Julianie? – szepnęła Muszczyńska.
– Mrok wzmaga objawy mediumiczne – odpowiedział cicho. – A niejednokrotnie stanowi warunek sine qua non manifestacji.
– Dlaczego?
– Tego nie wiemy, gdyż fizyczna natura mediumizmu ciągle pozostaje dla nas zagadką. Ale bez obaw, nic pani nie grozi; to zjawiska przyrody, których po prostu nie znamy tak dobrze, jak innych. Wszakże przy wywoływaniu fotografii też musimy spędzić trochę czasu w ciemni…
– Ciiii… – skarciła go hrabina.
Nastąpiło pełne napięcia, przedłużające się milczenie.
Panna Eliza słyszała tylko stłumione oddechy sąsiadów. Było jej zimno, a serce biło jak opętane. Już nie palec, lecz cała jej smukła dłoń spoczęła na ręku Szmurłowskiego. Muszczyńska ubrana była w elegancki żakiet i ołówkową spódnicę, która kończyła się zaraz za kolanem. Miała odrobinę zadarty nosek, błękitne oczy, umiejętnie umalowane czerwone usta i złociste, modnie ufryzowane loki. Drżenie niepokoju z jej strony przenikało do Szmurłowskiego; uczuł w sobie przemożne pragnienie, aby pochylić się i obsypać jej dłoń czułymi pocałunkami. I może nawet uległby mu, gdyby go nie wyrwały z ciszy donośne słowa Grobickiego:
– W imię Boga wszechmogącego, wzywamy naszych duchowych przyjaciół, którzy chcą się z nami skomunikować. Przybądźcie do nas. Wesprzyjcie swą dobrocią i nauką, a jeśli jest wśród was Jerzy, pozwólcie mu z nami porozmawiać.
Nasłuchiwali i wpatrywali się w ciemność, ale nic się nie wydarzyło. Po dziesięciu minutach hrabia powtórzył:
– Zbliżcie się do nas, dobre duchy, a jeśli jest wśród was Jerzy, pozwólcie mu przyjść.
Mijały kolejne minuty i nadal nic. Nerwowość i podniecenie gdzieś z nich opadły; oddychali miarowo, siedząc w idealnym bezruchu. Ale coś w otoczeniu subtelnie, stopniowo się zmieniało… W pewnym momencie dziennikarka poczuła, jak chłód przenika jej dłonie, aż pojawiło się w nich delikatne mrowienie, zrazu niemal niezauważalne. Spojrzała na Szmurłowskiego i w jego ledwo widocznej w mroku twarzy wyczytała, że ma podobne odczucia. Wrażenie mrowienia narastało, obejmując palce i nadgarstki. Teraz wyraźnie już czuła, że pod jej dłonią palce psychologa drżały tak samo.
– Mam w rękach fluid – powiedziała hrabina.
– Ja również, zaczyna się! – potwierdził jej mąż.
Wkrótce mrowienie przeszło w skurcze mięśni, coraz wyraźniejsze i niezależne od ich woli. I naraz drżenie przeniosło się z rąk na blat, powodując skrzypnięcie stołowych nóg. Mahoniowy stół zakołysał się i poruszył o kilka centymetrów. Seansowicze wstali z miejsc, nie odrywając rąk od blatu. Tymczasem ruch stołu zaczął przechodzić w wirowanie, a oni mimo woli podążali za nim.
Stół stopniowo zwalniał, aż wreszcie zupełnie się zatrzymał. Ostrożnie wrócili na swoje miejsca i ułożyli dłonie na blacie w tej samej pozycji co przedtem.
– Czy to już? – szepnęła hrabina. – Adamie, zwróć się jeszcze raz do duchów.
Grobicki jednak milczał. Głowa opadła mu lekko do przodu, oczy miał zamknięte, a dłonie osunęły się z blatu i zwisały bezwładnie. Wyglądał, jakby zapadł w głęboki sen.
Szmurłowski dostrzegł, że gospodarz wchodzi w trans mediumiczny. Dał znak, by wszyscy zachowali ciszę, i poprawił nieprzytomnego mężczyznę na krześle tak, żeby nie osunął się niżej.
Powieki Grobickiego zadrgały, oddech stał się płytki i nierówny. Z jego gardła wyrwał się cichy, przeciągły pomruk, który przeszedł w chrapliwy, niezrozumiały szept.
– Ciszej… – mamrotał teraz, choć nikt poza nim się nie odzywał. – Cicho tam… Nie tak blisko…
Zaniepokojona hrabina poderwała się na krześle.
– Adamie!? – zawołała drżącym głosem.
Nie odpowiedział. Jego usta poruszały się dalej, ale bezgłośnie, a twarz wykrzywił grymas, w którym nie było lęku ani świadomości.
Szmurłowski nachylił się ku niemu, z wyraźnym napięciem w spojrzeniu.
– To trans – powiedział. – Nie przerywajcie. Będzie naszym medium.
– Kto tu jest? Kto tutaj… – odezwał się hrabia głębokim i przelewającym się głosem. Uniósł głowę, a jego siwe, sumiaste wąsy poruszyły się niespokojnie.
Szmurłowski przyjrzał się lepiej twarzy medium i ze zdumieniem stwierdził, że rysy mężczyzny wyostrzyły się, przybierając wyraz zupełnie inny niż przed paroma minutami.
– Adamie… nie poznajesz nas? – zapytała hrabina z rosnącym niepokojem.
Szmurłowski uniósł dłoń w łagodnym, powstrzymującym geście.
– Siostra? Tak… wiedziałem, że tu będziesz… siostra… – Medium mówiło wolno, coraz wyraźniej, jakby istota, która przezeń przemawiała, stopniowo uczyła się korzystać z obcego sobie narzędzia. – Tak… to siostra. Kto tu jeszcze jest?
Zrozumieli, że nawiązali kontakt.
– Nasi wspólni przyjaciele, panna Eliza i pan Julian – podchwyciła Grobicka. – Jerzy, to naprawdę ty?
– Ja…
– Jesteś w zaświecie?
– Skądże! – Medium zaśmiało się głośno i nerwowo.
– Umarłeś?
– Żyję i jestem w pełni sił!
– Więc gdzie obecnie przebywasz? – Teraz Szmurłowski zadał pytanie.
– Jak to gdzie? W Poświętnem, we dworze.
– Zatem jesteś z nami! Tutaj. Ale nie widzimy cię.
– Przecie wróciłem z Brazylii w marcu… od tamtej pory nie ruszam się z kraju.
– Intrygujące! – powiedział głośno psycholog.
– Oni tego nie rozumieją. Wytłumacz im… – Medium mówiło w tym momencie skrzekliwym, wysokim głosem, jakby zaczęła przezeń przemawiać inna istota. – Oni nie wiedzą, jaka jest sytuacja!
– Wytłumacz nam, z przyjemnością posłuchamy – zachęcał Szmurłowski.
– Logiczne, że tu są… skoro tutaj zginęli!
Stół uniósł się raptowanie na dziesięć–piętnaście centymetrów i z hukiem opadł z powrotem na podłogę.
– Przecież tutaj zginęli! – Hrabia niemal krzyczał tym dziwnie odmienionym, skrzekliwym głosem, a zebranym aż ciarki przebiegły po plecach.
Eliza Muszczyńska była przerażona. Serce waliło jej jak oszalałe. Zrobiło jej się duszno, powietrze w jadalni zdawało się gęstnieć i ciążyć jej na piersiach. Miała wrażenie, że ściany dworu zsuwają się ku sobie w dojmującej ciemności. Próbowała coś powiedzieć, ale głos ugrzązł jej w gardle. Szmurłowski spostrzegł to, zbliżył się do niej i objął zdecydowanie.
– Panno Elizo, proszę na mnie spojrzeć – nakazał stanowczym tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu. – Oddychajmy razem. Powoli. Nic pani nie grozi.
Poczuła ciepło jego rąk i skupiła na nim wzrok, chwytając się go jak jedynej stałej rzeczy w szaleńczo rozchwianym kosmosie.
– Dziecko… – hrabina zwróciła się do niej z troską. – Może dość na dziś? Jeśli to zbyt wiele, zakończmy seans. Nie chcę, żeby pani przeze mnie cierpiała.
Dziennikarka podniosła na nią oczy. Twarz miała bladą, lecz w spojrzeniu pojawiła się nagle twarda, niemal zadziorna determinacja. Nie chciała ich zawieść. A poza tym zamierzała o tym w przyszłości napisać do gazety. Zebrała się w sobie i odetchnęła głęboko.
– Nie – odparła spokojnie. – Kontynuujmy.
– Jest pani pewna?
– Tak.
Szmurłowski skinął głową z uznaniem.
– Dobrze – zwrócił się w stronę wciąż pogrążonego w transie medium. – W takim razie wracamy do pytań. Jerzy, czy jesteś jeszcze z nami?
– Jestem… wróciłem… uprzątnęliśmy dwór… było spalone… – Hrabia znów mówił głosem rzekomego Jerzego Wejhera.
– A więc uważasz, że żyjesz, a my jesteśmy duchami?
– Ano, przecie to ja was wywołuję, drodzy!
– Kapitalne! A kiedyśmy to niby zginęli?
– We wrześniu, jak przyszli hitlerowcy. Byłem wtedy w mieście. Ciebie, Adama i Tosię zagonili pod mur i zastrzelili.
– A ja? – Eliza odważyła się przypomnieć o sobie.
Medium poruszyło nerwowo głową i poczęło trwożliwie kołysać się w przód i w tył, aż Szmurłowski musiał zbliżyć się doń i zatrzymać ów ruch.
– A ty… moje biedne dziecko… biedna…
– Powiedz.
Medium zawahało się. Wąsy hrabiego zadrżały, a twarz ściągnęła się, jakby mówił wbrew własnej woli.
– Śmiali się… Jeden cię trzymał, drugi… – Głos załamał się na moment i przeszedł w chrapliwy szept. – Krzyczałaś.
Panna Eliza zesztywniała, jakby ktoś uderzył ją w pierś ciężkim przedmiotem i nie mogła złapać tchu.
– Rozbili… głowę… roztrzaskali kolbami karabinów.
Szmurłowski natychmiast objął ją ramieniem.
– Proszę na mnie patrzeć – nakazał. – To tylko treści wydobyte w transie z głębi umysłu, który pozbawiony kontroli świadomości, łączy lęk z wyobrażeniami przemocy. To anormalne asocjacje, projekcje… Proszę oddychać. Jest pani bezpieczna.
Uspokoiła się wreszcie, a on zwrócił się wprost do medium.
– Jerzy, jeśli to faktycznie ty… czy nie pojmujesz, że nie ma tu żadnych hitlerowców? Mamy z Niemcami pakt o nieagresji. Nikt na nas nie napadł. Jesteśmy bezpieczni.
Nagle coś zerwało portierę z okna i do pomieszczenia wpadło dość światła, by zebrani mogli dostrzec na twarzy hrabiego strugi łez spływających po policzkach. Jego mowa co chwila rwała się i przechodziła w łkanie:
– Kilka tygodni im zajęło… Boże mój… kilka tygodni. Finis Poloniae… Bomby lecą na Warszawę… groby w parkach i skwerach, martwe, spuchnięte konie… trupi fetor… wszędzie ten fetor… Zewsząd wlewa się morze czołgów i samolotów… Rozbite oddziały… od wschodu Sowiety… czerwone morze… gruzy… brunatne morze… rząd uciekł… Naczelny Wódz za granicą… sojusznicy zdradzili… Finis Poloniae!
Stół zachybotał bardzo gwałtownie, popchnięty od spodu przez dużą siłę. I począł skrzypieć przeciągle, unosząc się nieco nad podłogą. Przez kilka sekund wisiał w powietrzu, po czym opadł z hukiem; jedna z nóg pękła z suchym trzaskiem i mahoniowy blat przechylił się nieco ku dołowi.
W tej samej chwili przez ciało hrabiego przeszedł gwałtowny skurcz, ramiona wygięły się nienaturalnie. Targały nim silne drgawki i osunął się z krzesła na podłogę.
Szmurłowski natychmiast przerwał seans. Uklęknął przy Grobickim, podtrzymując mu głowę, a hrabina pobiegła po służbę. Niedługo potem do jadalni wniesiono lampy, rozproszono mrok. Lokaje ostrożnie przenieśli nieprzytomnego gospodarza do drugiego pokoju i położyli na kanapie.
Drgawki z wolna ustąpiły. Oddech hrabiego wyrównał się, a wcześniej trupio blada twarz już odzyskiwała kolor. Szmurłowski rozpiął mu kołnierzyk i czuwał przy nim, aż mężczyzna w końcu otworzył oczy. Teraz patrzył przed siebie z pustym zdumieniem.
Lokaj podszedł z kryształową karafką i małym kieliszkiem z cienkiego szkła. Szmurłowski nalał odrobinę gęstego, bursztynowego koniaku i podsunął kieliszek do ust hrabiego. Alkohol zadziałał niemal natychmiast. Grobicki zakrztusił się lekko, potem wziął głęboki wdech i poruszył dłonią na znak, że odzyskuje przytomność umysłu.
– Już dobrze… – wyszeptał niewyraźnie, a jego głos brzmiał zwyczajnie, ludzko.
Szmurłowski odstawił kieliszek i zaczął wypytywać medium o wrażenia z seansu. Szybko okazało się, że gospodarz nic nie zapamiętał z posiedzenia, zgodnie zresztą z przewidywaniem psychologa.
*
Był koniec kwietnia 1940 roku. Julian Szmurłowski siedział przy niewielkim, okrągłym stoliku w restauracji secesyjnego hotelu przy Alejach Jerozolimskich. Przed nim stała filiżanka kawy, a w dłoniach trzymał świeży numer „Kuriera Warszawskiego”, wciąż pachnący farbą drukarską. Był szczęśliwy, bo jego znajomość z Elizą rozwijała się pomyślnie. Ostatnio stali się sobie bliscy i coraz częściej się widywali.
Warszawa za szybą rozkwitała w pełni wiosny. Miasto było gwarne i wesołe, a Aleje tonęły w świetle słonecznym. Na drzewach zieleniły się liście, delikatne i drżące przy każdym podmuchu wiatru. Tramwaj sunął po szynach z metalicznym świstem, a chodnikami płynął gęsty, niespieszny strumień przechodniów.
Naprzeciwko hotelu wznosiła się nowa, modernistyczna bryła Dworca Głównego, który szybko stał się chlubą nowoczesnej stolicy młodego mocarstwa. Przed wejściem do hali dworcowej kłębił się tłum: podróżni z walizkami, żołnierze w mundurach, kolejarze, gazeciarze. Jedni wchodzili, inni wychodzili, jeszcze inni zatrzymywali się na chwilę, po czym ruszali w kierunku taksówek i dorożek.
Szmurłowski zerknął na zegarek. Elizy wciąż nie było. Przebiegł wzrokiem po pierwszej stronie gazety, rejestrując nagłówki artykułów: „Prezydent Starzyński ogłasza rozpoczęcie budowy dzielnicy im. Marszałka Piłsudskiego na Polu Mokotowskim”, „Nowe cekaemy dla wojska – dar społeczeństwa z Bydgoszczy”,„Francuskie czołgi płyną do portu w Konstancy, by wzmocnić Wojsko Polskie”. I dalej, mniejszą czcionką: „Rzesza przystępuje do budowy eksterytorialnej autostrady przez Pomorze”. Psycholog zamyślił się i znów spojrzał na białą elewację dworca za oknem. Tymczasem w restauracyjnej sali brzęknęły filiżanki, ktoś się zaśmiał; z gramofonu popłynął dźwięczny śpiew Jerzego Czaplickiego:
Znaszli egzotyczny czar?
Południowy słońca żar
Gdzie szmaragdowe Sawanny
Faluje wiatr bezustanny…
Szmurłowski ponownie spojrzał na zegarek i wtedy drzwi restauracji otworzyły się. Weszła młoda, zgrabna kobieta, a wraz z nią do wnętrza wpadł powiew chłodniejszego powietrza z ulicy. Eliza Muszczyńska rozejrzała się i od razu dostrzegła Szmurłowskiego. Uśmiechnęła się i ruszyła w jego stronę lekkim, sprężystym krokiem. A w tle dalej leciała piosenka:
Gdy nocą pachnie kwiat magnolii
Wtórując cichej melancholii
Poddaje serce się bez woli
Uczuciom błogim w słodkim śnie!
Miała na sobie jasny, piaskowy płaszcz, sięgający tuż za kolana i przewiązany w talii wąskim paskiem. Spod płaszcza widać było fragment sukni w drobny, geometryczny deseń, w kolorach granatu i kremowym. Na nogach miała cienkie, cieliste pończochy i eleganckie, skórzane pantofle na niewysokim obcasie. Kapelusz, niewielki, filcowy, z wąskim rondem, nosiła lekko przekrzywiony, co nadawało jej sylwetce swobody i nowoczesności. W ręku trzymała kopertówkę.
Zatrzymała się przy stoliku.
– Przepraszam za spóźnienie, na dworcu był straszny tłok.
Szmurłowski natychmiast złożył gazetę, wstał i odsunął dla Elizy krzesło, a obsługa restauracji wzięła jej płaszcz.
– Nic się nie stało. Dopiero co przyszedłem – skłamał.
Usiadła, ułożyła torebkę na kolanach, a kelner przyniósł kawę. Zdjęła rękawiczki z jasnej skóry i położyła je obok filiżanki.
Przez chwilę mieszała łyżeczką kawę, choć cukier w środku już się rozpuścił. Uniosła wzrok i spojrzała na Szmurłowskiego.
– Julku, mam dla ciebie propozycję.
Uniósł brwi.
– Brzmi poważnie.
– Wcale nie. Dostałam zaproszenie na Bal Prasy. Syndykat Dziennikarzy Wileńskich organizuje go w przyszłym miesiącu. Pomyślałam, że mógłbyś pojechać ze mną.
– Do Wilna? – upewnił się.
– Tak, no cóż… – Zawahała się na ułamek sekundy. – Pamiętam, jak tańczyłeś fokstrota w Oazie. Świetnie się wtedy bawiłam. Więc jak, zgoda?
– Z przyjemnością. Zawsze chciałem zobaczyć Wilno wiosną. Pojedziemy pociągiem?
Uśmiechnęła się szeroko.
– Tak będzie najwygodniej.
Zapadła krótka cisza. Za oknem minęły się dwa tramwaje, ktoś roześmiał się przy sąsiednim stoliku. Eliza znów spoważniała.
– Julianie… – zaczęła ostrożnie. – Wracając jeszcze do stycznia, do seansu…
Westchnął niemal niezauważalnie.
– Domyślałem się, że ten temat wróci. Co cię trapi?
– Muszę zapytać – ciągnęła. – Czy naprawdę uważasz, że to wszystko było tylko… ułudą? Byłam niedawno na wykładzie profesora Wertensteina. Opowiadał o modnej ostatnio teorii. Otóż niektórzy fizycy twierdzą, że istnieją równoległe światy; że każda nasza decyzja rozszczepia rzeczywistość i powstają nowe linie czasowe. Może więc to, co wtedy słyszeliśmy…
Pokręcił głową, zanim zdążyła skończyć.
– Fantazje ubrane w język nauki – stwierdził łagodnie. – Na seansach spirytystycznych nie objawiają się inne światy, tylko sztuczne osobowości. Trochę jak w hipnozie, gdy osoba w odmiennym stanie świadomości wchodzi w różne, nakazane przez hipnotyzera role. Może być Napoleonem, zmarłym wujem, właściwie kimkolwiek… Ujawniające się na seansach duchy to tylko twory psychiczne, wynikające z personifikacji nieświadomych treści.
– Ale te wizje były tak konkretne, tak żywe…
– To naturalnie autosugestia – odparł spokojnie. – Na krótko przed seansem rozmawialiśmy o Jerzym, o polityce, Niemcach. Umysły wszystkich obecnych były tym wszystkim nasycone. W transie świadomość przestaje kontrolować swe asocjacje, a wyobraźnia robi resztę. Najprostsze wyjaśnienie jest zwykle najlepsze. Brzytwa Ockhama… Nie ma sensu mnożyć bytów ponad potrzebę.
Eliza skinęła powoli głową.
– Czyli nie ma żadnych równoległych światów?
– Nie sądzę, by takowe istniały – uśmiechnął się lekko. – A przynajmniej nie ma takich, w które dałoby się zajrzeć przy mahoniowym stoliku gdzieś na prowincji! Są tylko siły nieznane, fluidy, które na co dzień drzemią w nas, a w mediumicznym transie wylewają się na zewnątrz.
Przez chwilę patrzyła w okno. Wreszcie odetchnęła z ulgą i dodała wesoło:
– Świat i tak bywa wystarczająco skomplikowany. Cieszę się, że jestem tutaj z tobą.
Zjedli razem obiad, po czym dali znak kelnerowi, by przyniósł rachunek. Gdy Szmurłowski sięgnął po płaszcz, zawahał się przez moment.
– Mówiąc o przyjemniejszych sprawach – powiedział – może dasz się zaprosić do kina? Dziś premiera „Żołnierza królowej Madagaskaru”.
– Oczywiście, chodźmy! Uwielbiam Żelichowską. Jest znakomitą aktorką! Wyszli razem z restauracji. Drzwi zamknęły się za nimi cicho, a Aleje Jerozolimskie przyjęły ich złotym blaskiem wiosennego popołudnia. Ulice Warszawy tętniły ruchem i życiem. Ruszyli obok siebie chodnikiem, zatapiając się w gwarze wielkiego miasta.