Przejdź do treści
Jeruba
ProzaArtur Ziontek
PROZA

Jeruba

Opublikowano w: Nr 01•2026 [16]

– Cholernik diabelski, obdechłe truchło – raz za razem rzucała pod nosem przekleństwa Jeruba Wosionna, gdy obchodziła podwórko dookoła. Za każdym razem powiększała zataczany okrąg, a gdy ten osiągał już wielkość obejścia, zmniejszała go, ale wciąż precyzyjnie wyliczała kroki. Zatrzymywała się co trzeci i spluwała z impetem pod stopy. – Trzy razy, sześć razy, po splunie na każy. Trzy koła, sześć kroków, za sterem do mroków. A ten milcy psubrat z diabłem pan brat. Idźta stąd w piekielny kąt, oby mię daleko stąd. Tu się czarta nikt nie boi, w Bohu wiara murem stoi.

Energicznie przeskakiwała z nogi na nogę, niekiedy przystawała, drobiąc kroki, jakby mierzyła nimi podwórko, wszystko zależnie od wielkości zataczanego kręgu. Niezmiennie zaś potrząsała martwym kogutem trzymanym za zwiotczałą szyję.

Za niemrawą jabłonką, przed furtką do jej podwórka, przykucnął Jan Mentak z żoną swoją Mentakową. Oboje bacznie obserwowali Wosionną. Bali jej się tak samo, jak wszyscy we wsi. Ani mniej, ani więcej. Właściwie można by rzec, że w sam raz.

Mentakowa, jako bardziej stanowcza część małżeństwa, niecierpliwiła się. Wiedziała, że starej Jerubie przeszkadzać nie można, bo jak tak biega, to znaczy, że coś jest na rzeczy i właśnie jakieś odczynianie się odbywa, a tego przerywać za nic w świecie nie można. I kiedy Mentakowa wodziła za nią oczami, Jan Mentak pocił się niemożliwie i co raz szarpał delikatnie żonę za rękaw.

– Może pójdziem do dom. Na co to wchodzić w drogę starej wariatce, jeszcze jakie nieszczęście z tego będzie.

– Siedź – stanowczo odpysknęła Mentakowa.

– Ale popatrz, jak ja by poszedł pod „Kosówkie” i pijaków popytał, to raz-dwa znajdziem winowajcę.

– Uż ty… – sarknęła Mentakowa – ty byś popytał pijaków… ty… takich samych jak ty, łachudro jedna. Co rok pytasz i co rok to samo, czyli gówno. A ja piniędzy wyrzucać nie zamierzam, ale jak ty taki buchalter, to twoja sprawa. Tylko ty nawet nie masz co wyrzucać.

– Jadzia…

– Już widzę, jak ty idziesz pytać o moje kwiaty. Ciebie do tej starej szluchy ciągnie. Myślisz, że jak te bomby na bufet wywali, to od razu z tobą za róg pójdzie. A ona nie taka głupia. Z takimi dziadami nie pójdzie. – Zamilkła na chwilę. – Do pijaków pójdziesz – drwiła. – Ech ty durniu.

– Jadzia, chodź do dom pójdziem. Dawaj wstajem…

– Zamknij mordę! Jeszcze nas usłyszy. Nie męcz kufra. Pójdziem do niej razem, bo sama się boję.

– No widzisz… – przymilnie żebrał o rejteradę.

– No widzę, widzę. Jakby przyszło co do czego, to dupa z ciebie, nie obrońca. Jakby trza było flaszkie ratować, o!, to ty byłby zuch nad zuchy. Jakby się stłuc miała, to zanim by się szkła rozpadły, to ty już byś je posklejał, żeby kropli nie uronić. Ale biednej umęczonej żony, to gdzie tam…

– Ciszej, Jadzia, ona nie wie, że my tu są, to i lepiej, jeszcze możem nawrócić do chałupy w spokoju…

Przerwał, gdy zobaczył zmierzającą w ich stronę babkę Jerubę.

– No i masz… – szeptał – już my straceni. Z tymi jej czarami to śmierć tylko będzie.

Na widok kobiety Mentakowie wstali. Jan trząsł się jak osika na wietrze, za to Mentakowa dumnie wyprostowana rozprasowywała na sobie ubranie. Trochę nerwowo, a trochę żeby doprowadzić się do ładu.

– Czego se życzą w mojem skromnem obejściu? – zapytała Jeruba, bacznie wpatrzona w oczy raz jednemu, raz drugiemu.

– Powiesz? – rzuciła Mentakowa. – Ta! Gówno powiesz! – splunęła mężowi pod nogi i zwróciła się do Wosionnej: – Pani Jeruba, sprawa jest taka, że mam sprawę do pani.

– No, no – cmoknęła Jeruba – zadziorna pani Mentakowa ma do mnie sprawę. No to niech mówi, w czym rzecz.

– Jadzia… – jęczał Mentak, ale żona nie zwracała już na niego uwagi.

– Nie będę tu się starała o jakie ładne słowa, żem z prostą sprawą przyszła.

– A on? – przerwała jej Jeruba.– On też z tą sprawą? Czy tylko dla raźności.

– Miał być dla raźności, ale dupa z niego, nie pożytek.

– Boi się?

– Boi! A nie widać?

– Ja pytam o nią – Jeruba kiwnęła na Mentakową.

– A tu w Ruskim jest ktoś, kto się Jeruby nie boi? Co mam kłamać? Boje się, ale sprawa jest sprawa!

– Lubię, jak nie kombinują i mówią mię prawdę. Przychodzą tu do mnie i kłamią z wejścia, a ty nie. Mów zaraz te sprawę, będziem debatować.

– Pani Jeruba, bo to jest tak, że na grobie mojej Sabiny, czyli że matki mojej, to ja stawiam zawsze ładne kwiaty na imieniny, ale te imieniny to zaraz przed dziadami są, czy tam przed wszystkiemi świętemi, no i kradną mnie kwiaty z jej grobu. Jakbym ja takiego złapała za mordę, to…

– A skąd wie, że to on, a nie ona?

– Nie wiem.

– No właśnie, a może to jaka kobiecina w potrzebie, co to swoich piniążków na wieńce nie ma i musi ukraść, żeby cokolwiek na swój grobek postawić.

– Ale dlaczego zawsze moje? – Mentakowa poczuła rozczarowanie rozmową.

– A może innym też giną? – ripostowała Jeruba.

– Może tak, a może nie. Ale jeśli giną i innym, to ta w potrzebie mogłaby tylko jeden zwędzić, a nie lezie po cmentarzu i pokosem wali wszystko, co popadnie.

– Hmmm… – Jeruba się zamyśliła – może ty i masz rację. Ale czego chce ode mnie? Drugie kwiaty kupić?

Mentakowa spojrzała na podwórko i dopiero w tej chwili spostrzegła, że znaczną jego część wypełniają doniczki z imponująco rozwiniętymi chryzantemami.

– Handlujecie tym? – zapytała Mentakowa.

– Może i handluję, a może nie. Jak chce, to jej sprzedam, a jak nie chce, to niech mówi, w czym rzecz i jaka to sprawa do mnie.

Mentakowa, lekko skołowana widokiem tylu kwiatów, męża kilka kroków dalej na chwiejnych nogach opróżniającego pęcherz, wystrzeliła gęsty potok słów.

– Ja mam tego dosyć, ja chcę, żeby te moje kwiaty nie ginęły i najlepiej, żeby zdechły tam, gdzie teraz stoją, i niech temu złodziejowi w końcu piorun jaki da nauczkę. – Ledwie to powiedziała, a rozległ się potężny huk, a biały promień opadł w oka mgnieniu z nieba, powalił Jana Mentaka, wciąż uczepionego dłonią do przyrodzenia.

Mentakowa pisnęła. Odwróciła się i wpatrzona w męża spowitego dymem i błotem poczęła zawodzić żałobnie.

– Matko jedyna, a co to się stanęło, przecie żadnej chmurki. Janek! Wstawaj, pijaku jeden. Janeczku mój… Co za diabeł to zesłał.

– Sama chciała – powiedziała Jeruba.

– Ja chciała, żeby złodzieja…

– No i pizdło w złodzieja.

– Ale nie w tego mojego – płakała Mentakowa – tylko w tego, co mię kwiaty z grobu matki kradł.

– No i tak się stało – odpowiedziała Jeruba, wyszczerzając czarniawe zęby w szczerym uśmiechu.

– Ale to nie on…

– On – przerwała jej rozbawiona Jeruba – brał i przynosił za wino do mnie.

– A po co ci te kwiaty? – pytała oszołomiona Mentakowa.

– A żeby ci pohandlować teraz które. Albo i po co inne. A co? Lepiej niech nie pyta. Lepiej niech weźmie jedne. Weźmie? Dla tego szczylusa akurat się nadadzą.

A