Kompostownik
W lipcu czternastego, bodajże w roku 2015
Póki co zamierzam zbierać pieniądze na kupienie obrazu Antoona van Dycka – „Cierniem koronowanie” w ramie drewnianej, lub wykradnę obraz z Muzeum w Prado, jeśli gówno wyjdzie z nazbierania.
Jana proboszcza gdybyście znali, ale, bo jemu chciałbym ten obraz podarować. Anonimowo.
Z kradzieżą słabiej. Jan uciekłby z konfesjonału pewnie, gdybym się przyznał, że „Cierniem koronowanie” zajebałem z muzeum.
Codziennie reprodukcję obrazu pokazywał mi proboszcz Jan w albumie, mając przy tym oczy bliskie płaczu.
Służenie do mszy u Jana zawsze pomagało mi dawniej: zimą na mróz, latem na gorąc, jesienią na mgłę, a wiosną na rozedrganie.
Gdyby tylko miał Jan ten oryginalny obraz u siebie w kościele, do mnie się zwracał ze łzami w oczach, by ludzie przyjeżdżali do niego z całego świata. A może udałoby się wtedy ustanowić Bazyliką Mniejszą nasz kościół i ksiądz Jan by znów obcierał łzy, tyle że intensywniej.
Pieniądz pewnie widziałby ksiądz Jan w obrazie van Dycka, bo w kościele naustawiałby morze puszek na ofiary. I każdą na inną walutę. A może zresztą nie pieniądz?
Miesiąc listopad, jeszcze nie koniec roku 2023
W tę dziurę, między rokiem 2015 a 2023, spróbuję powrzucać zapiski wstecz, po kolei, jak w dzienniku żeby wyglądało.
Pamiętam co było, mniej niż jeden procent i to jakby rozmazane. Więc jak patrzę na dziennik teraz, wydaje się, jakbym po lesie chodził osiem lat i nie wyłaził z niego. Zapisywać nie było na czym, tylko jadłem żołędzie z korą i łapałem zające w ręce, a zapomniałem o nieważnym dzienniku.
Fakt jeden odnotowałem, że piłem latem koktajl z owoców sezonowych i mleka, pamiętam, a ogórki kiszone jadłem zimą mniej. Przypominanie sobie szczerze boli, a samo pisanie, wiecie, miałem w dupie.
Może zdjęć trzeba było mi robić więcej, jako niezapominajki? Ale gdyby wówczas, na każdym zdjęciu byłoby widać to samo? Dopiero, jakby się żal zrobiło minionego.
Zamiast zdjęć może powinienem nagrywać filmiki z niejakiego poziomu ziemi. Jak kostka brukowa zimą podnosi się lekko. A jak trawa wyrasta z między kostek bruku latem i zaraz zmienia się w słomianą od upału. Lub mógłbym kręcić z mojego okna ptaki, po które właziły po drzewie dzikie koty ze wzrokiem przepalającym liście. Dziennik teraz puchłby od powpychanych do środka sznurówek z butów, które schodziłem. Jak stare wojsko, policzyłbym po sznurówkach i ile się nałaziłem. Może nie wychodziłem, jeśli w ogóle, z domu?
Od stóp idzie zimno, jak i pewnie od butów mogłaby wrócić pamięć.
Gdyby chociaż umarłby ktoś kogo znałem, na grobie znalazłbym dziś tabliczkę z datami. Niestety nikt taki nie umarł. Albo żeby może otarł się ktoś o mnie, jak schodziłem do piwnicy po ogórki, tworząc słabą nić. A tak, jak więzy miały się zadzierzgnąć?
W lesie, konstatowałem, nie mogłem jednak być, bo igły mogłyby spaść ze wszystkich sosen od mojej obecności. I gadaliby teraz wszędzie tylko o igłach.
Kartkować kalendarze próbowałem, ale chuja dawało.
Bez tabletek jednak czułbym się jeszcze gorzej. I ogacić pozostaje mi innymi tabletkami dziury w głowie, jak jakimś mchem.
To pamiętam z roku 2018
Nie wychodząc z domu myślałem, że będę widział więcej. Za to pole do popisu mieli wszyscy inni. Ci też, co poprzyjeżdżali pod market w niedzielę z handlem. Po swoje jakby szli wymarzone, mimo że w kalendarzu oznaczona była niedziela na czerwono.
Niemożliwością było, żeby pomieścił się on z nią do jednego lub dwóch koszyków. Wyciągali zaraz z bagażnika pustego big-baga, rozciągniętego tęgo po poprzednim razie. Od tony gruzu, można było przeczytać, nie do rozdarcia. Całe najcięższe stoiska można by poupychać lub wjechać traktorem. Dlatego też coraz więcej big-bagów ludzie wozili ze sobą.
Wynająć mógłbym się do taszczenia tych big-bagów za nimi. Zdjęcia mógłbym robić im z tymi big-bagami, z których wylewają się rzeczy. Pamiątkowe zdjęcie big-baga z nią i z nim. Ponieważ ostatnim mógłby się okazać ten rok, w którym stoją tak na bogato na zdjęciu z tym ociekającym big-bagiem wszystkim.
Może lepiej by było, gdyby zawczasu część z tych big-bagów porozpychanych po prostu zakopali, jak to robą psy z jedzeniem na zaś.
Ale trudno, nie będę przecież siedział przez cały rok w oknie, myśląc o robieniu zdjęć, albo o taszczeniu big-bagów za przyszłymi gołodupcami.
Czerwiec 2018, być może
Piszę w roku 2023, wciąż chcąc połatać kulawo czas w dzienniku.
Tego, jak i poprzedniego roku, to do czerwca jakbym czekał ze sto lat. Bo tropikalne lato zaczęło się najpierw od wiosennego żaru. Że strach było przyglądać się dłużej suchym trawom. A nieraz już zaczynały dymić od samego patrzenia na nie, dlatego przez to wkładałem na oczy ciemne okulary. Ale i też przez to, nosiłem zawsze ze sobą butelkę z wodą do lania po płomieniach możliwego pożaru traw, jakby wybuchł niespodziewanie pod nogami od patrzenia mojego na suchą trawę spod okularów.
Kto też miałby chęć wykąpać się w taki upał, jeśli najpierw w słońcu pełnym trzeba by było narobić po drogach kilometrów, żeby znaleźć resztkę wody, do której można by było wejść. Mnie się odechciewało. A jak zrobi się gorąco, że ludzie przestaną wychodzić w ogóle, wcale z domu? Tylko w lodówce będą siedzieć przy stole i spać w łóżku w zamrażalniku? A wyjście z domu będzie możliwe po godzinie 22 i to bez ubrania, nago – ja pierdolę.
Do roku 2024 jeszcze rok. Ale gdybym już dziś wiedział, że żeby znaleźć butelkę wody do picia, trzeba będzie wtedy jeździć w wysokie Tatry i topić śnieg? To wówczas przeprowadziłbym się w góry. I w roku którymś tam topiłbym go do butelek i woziłbym do centralnej Polski i sprzedawał po 300 złotych za butelkę. Gdybym tylko wiedział wcześniej, czy będą ludzie niedługo biegać za wodą jak antylopy za znikającymi kałużami.
Pod koniec tego samego roku 2018,
albo już w następnym,
albo w ogóle kiedyś wcześniej
Przez to, że spać w nocy nie mogłem. W sortowni rzeczy używanych ze świata zacząłem pracować w nocy. Zaczęli mówić szeroko w szatni, że jakimś trafem wiem, gdzie szukać w starych łachach pozaszywanych narkotyków. Że szmuglowane z Meksyku, a ja je wydłubuję skrupulatnie z łachów i oddaję dilerowi. Bo biegam po sortowni bez przerw i sortuję bez opamiętania.
Gadali, że jeśli któraś samarka mi pęknie, sobie odsypię i przez to. W przerwach nawet, zamiast usiąść ze wszystkimi do buły, to nie siadam z nikim. Dlatego też im robota zaczęła iść dużo wolniej, bo każdą kurtkę i sweter w łapach miętosili wiele razy, szukając samorodka. Aż właścicielowi nie spodobały się te nadmierne macanki i po łapach zaczął bić tych, którzy za długo pieścili się ze szmatami. Co podwójnie już dla mnie odbiło się źle na relacjach.
Myślałem, że buty będą chować mi złośliwie w szatni. Albo też, że ci krewcy sortowacze dojadą mnie po pracy z łapskami. Żebym primo nie śrubował im wydajności. Ale nie. Co dało mi do myślenia, że obawiali się najpewniej moich uzbrojonych kolegów z mafii, o rozstrzelanych pistoletach. Bo te narkotyki, skoro oddawałem mafii kilogramami. Stała jakby za mną ścisła ściana nie z jednym pistoletem, ale o być może tysiącu dymiących luf, które po odcięciu pewnie by odrastały.
Robotę w sortowni zostawiłem z końcem starego albo z początkiem nowego roku. Spać jednak nie zacząłem lepiej, nawet w ciągu mętnego dnia nie podsypiałem na krótko.
2019 być może
Samochody nie rozbijają się bez powodu. Słychać było, gdyby usiąść z policjantami przy jednym stole, że gdyby samochodem nie jeździli ludzie, nie byłoby w ogóle wypadków. Że jeśli zjebią się hamulce, albo odpadnie koło, ale jest to tylko promil przyczyn karamboli.
Ze samolotami policjanci się też nie spierają, jest na odwrót. Że spada, więc rozpadło się coś w silniku, albo koła się nie wysunęły, czy odpadło podwozie. Od czego zresztą spada taki samolot z hukiem, dokładnie kto by tam doszedł z tej sterty złomu i trupów. Policjantom też się wydaje, że często przepalać się mogą w elektronice kabelki. Tylko policyjny pies w zębach może przynieść dowód z takiego chlewu po spadłym samolocie. Tutaj człowieka raczej nie byłoby za co zamknąć, uważają.
Jakby to policyjne śledztwo przy stole policjantów miało pokazać, że po równo za śmiercią przy wypadkach stoi człowiek i pan los.
Co do mnie, to słyszałem, że w samolotach wybuchały kiedyś bomby, które przecież nie ptaki w dziobach podrzucały do samolotu. A ruskie rakiety nie strącały samolotów pasażerskich same z siebie. A w te dwie wieże choćby nieprzypadkowo wleciały samoloty, na minus ludzi się wtrąciłem.
A kierowca w wypadku zabiwszy niechcący, zabiłby przecież więcej ludzi i tak niż sam Hitler osobiście.
W 2021 roku to mogło być, ale na pewno późnym popołudniem
Kosmonauci za to nie muszą po raz pierwszy patrzeć ze stacji kosmicznej tęsknie na ziemię. A nie zdziwiłbym się, gdyby nawet nie chcieli kosmonauci z ziemią gadać. Po co mieliby słuchać o ilości zakażeń i zgonów na COVID.
W głowach mają już plan, żeby zerwać się z uwięzi, zostawiając posraną ziemię za sobą i na niedużej planetce, gdzieś daleko, rozbić namioty. Podobieraliby się w pary, żeby mieć dzieci, a może i nie dobieraliby się w pary. Wystarczy, żeby wyrosła im kapusta i kukurydza na piachu, a wysłaliby wiadomość na ziemię, że mają wszystkich ludzi w dupie. Robaki do jedzenia to by sobie znajdowali na odpadkach w kompoście. Jakby pogrzebali szpadelkiem głębiej w skale, wytrysłaby woda cudowna, od której zostaliby nieśmiertelni. Dzieci nikt by nie gonił do szkoły, bo po chuj. Przebijaliby sobie w nieskończoność uszy, nosy, wargi i tatuowaliby się cali, nawet pod powiekami. Bo kosmonauta jeden zapobiegliwy zabrał na stację sadzonkę marihuany. W tych glebach, po rekultywacji bio, powstałaby warstwa, na której urosłyby konopie jak dżungla, które ich nieśmiertelność wypełniłby treścią.
Za pomysły o budowaniu miast stawialiby za karę do kąta takiego bezmyślnego kosmonautę, twarzą w stronę słońca. A gdyby z czasem wielodzietne rodziny zaczęłyby między siebie dzielić niedużą planetę na parcele, znosząc kamienie bazaltowe i układając je w pryzmy niczym płoty. Co przeszkadzałoby w przemieszczaniu się dowolnym po planetce i zmuszało do objazdów. To wtedy ten siedzący przy zaworze od uzdatniacza powietrza miałby w zapisach, żeby ten cenny tlen na chwilę zakręcić wszystkim, dla otrzeźwienia.
Jeden klan mógłby opiekować się konopiami, inny wodą z nieśmiertelnością, trzeci sadzeniem i zbieraniem kapusty i kukurydzy. Robakami zajmowałaby się frakcja wegańska. A przekuwaniem i tatuażami – feministki. Wymienialiby się między sobą wszystkim, bez używania pieniędzy. Na przykład brwiami czy rzęsami, jeśli komuś poskąpiło.
Powiem wam kosmonauci: takie mrzonki spuśćcie do czarnej dziury. Popatrzcie na wskazania przyrządów i policzcie sobie, ile zostało wam jeszcze dni na orbicie. Za chwilę ludzie przestaną się zarażać i umierać. Za to kwarantannę macie zajebistą, blisko gwiazd. Ja bym tam przy najbliższej wymianie załogi wrócił. Nigdy ponieważ między ludźmi nie będzie dobrze, tak samo na waszej planetce, więc nie ma co się obrażać na ludzkość. A i tak przecież nikt waszego powrotu z kosmosu nie zauważy.
Być może w 2021, ale pod sam koniec roku
„Tych konserw nawet niech nikt nie bierze do rąk” – krzyczałem przez sen. Na jawie chodzę wokół tego zdania, bo co by mogło znaczyć. Zdanie to zapisałem sobie, żeby też w Bałtyku nie przepadło, jak U-Boot faszystowski U-649 we wojnę.
Mój pierwszy trop; że ozdrowieńcy nie mają już nic do jedzenia. Znaleźli w piwnicy szpitala puszki z mielonką po wojsku. Ale pięć lat temu wyszedł im termin ważności. Ponieważ od pięciu lat leżeli pod respiratorami non stop. Mieliby zdechnąć teraz bez jedzenia na głód? Po pandemii zjeść by te puszki mogli, między respiratorami szeptali. Tym bardziej, że gdziekolwiek nie spojrzeć, nie widać nic do jedzenia. Łąki spalone raczej latem tylko i strużki po rzekach bez ryb.
Tylko puszki wzdęte w piwnicy, że przy małym wstrząśnięciu, wystrzelą w twarz truciznami. – Tych konserw niech nikt nie bierze do rąk – mogło mi się wyrwać chyba.
Trop drugi; że ozdrowieńcy biegają po zielonym parku wokół szpitala. Zakaźnym przestał być dopiero co. Teraz w salach stoją ławeczki do ćwiczeń, steppery z rowerkami, motylki i sztangi. Bieżnie też gdzieś ustawili, ale nie na widoku. Park przechodzi w las stopniowo, na tyle rzadki, że ozdrowieńcy widać jak machają do siebie bezustannie łapkami, pozdrawiając się bezustannie i czule łypiąc.
Pora obiadowa. Na kelnerów z tacami pełnymi owoców nie można już patrzeć.
Na to ogrodnik, bo znalazł zakopcowane puszki z mielonką w dacie. Towarzystwo ślinę przełknęło, jeśli miałoby się w końcu najeść. A jako że jestem ordynatorem wygasłego szpitala zakaźnego, zapowiadam że: „Tych konserw niech nikt nie bierze do rąk, bo, gdyż w sobie mogą zawierać wirusy, sami wiedzą czego”.
Wątek trzeci; w tlewojna druga światowa. Wyspa Okinawa. Japończycy po ciałach zabitych amerykańskich marines włażą do jankeskich okopów. Pełno w okopach jest porozrzucanych konserw, które pokupowali cywile w Ameryce dla wojska ze składek. Kamikadze rzucają się na te konserwy. Jedli ostatnio z tydzień temu, tylko ryż spleśniały z nieżywymi robakami. Kapitanowie Musashi i Yamato bambusową witką biją po rękach żołnierzy, którzy pakują konserwy amerykańskie za poły mundurów. Krzyczę wtedy po japońsku:
– Tych konserw niech nikt nie bierze do rąk, bo kurwy amerykańskie pod puszkami pozakopywali miny. Zresztą moglibyście zostawić jakieś konserwy dla ozdrowieńców w Polsce za osiemdziesiąt lat. – Mogła przecież matka nie dosłyszeć reszty, poza jednym – Tych konserw niech nikt nie bierze do rąk.
Luty z całą pewnością 2022 rok
Nie będę przecież źle pisał o Putinie. Dziennik mój, jak to dziennik w wojennych kolejach z rak do rąk może być wyrywany. Trafi w końcu w łapy jakiegoś ruskiego komisarza. A na okładce karykatura Putina obleśna. W opisach nad Putinem sąd i porównania do Stalina. W krwi że chodzi po kolana, uszczypliwe przytyki.
Dlatego dzisiaj napiszę, że Rosjanie powołali studia filmowe w każdej wiosce w Polsce, angażując tylko polskich reżyserów, aktorów i statystów. W miasteczkach średniej wielkości budują teatr za teatrem i wystawiają tylko polskie sztuki. W każdym dużym mieście obowiązkowy balet i opera, ale niepolski, żeby nie trzeba było się wstydzić. Nie mówiąc o ruskich wydawnictwach, które wydają tylko polskich autorów bez wyjątku po polsku.
Ale nawet gdyby ruski żołnierz utknąłby na dłużej pod Kijowem w okopach, czy mógłbym być pewien, że za antyruskie wpisy w moim dzienniku nie otruliby mnie komisarze „nowiczokiem”, będącym od granicy z Ukrainą, którychś set kilometrów?
W dalszym ciągu rok 2022,
być może druga połowa
Pakuję buteleczki z syropami do pudełek. Żeby te pudełka były chociaż różne, ale nie. Zawsze wejdzie ci do pudełeczka 26 sztuk buteleczek a 200 g i szlus. Gdybym nie włożył 26 sztuk tylko złośliwie 25, maszyna zatrzyma się i piszczeć zaczną głośniczki na całej hali.
Jak za często będą głośniczki piszczeć, to kierownikowi pęknie serce i dla przykładu przeniesie tych z pakowalni do mieszalni syropów.
Kiedyś, jeszcze niedawno, gówno, a ani jedna piszczałka nie zapiszczała, bo ludziom wtedy zależało na chociaż takiej gównianej robocie. Nie było innej i na hali panowała zawsze cisza.
Od pisku głośniczków dyrekcja zawsze zaczyna nerwowo zbiegać z biur, jakby nie patrząc pod nogi.
Podejrzenie jest, że piszczenie przekierowuje do telefonu prezesa alert.
Tylko naklejki na buteleczkach są różne. Na kaszel są, to wiadomo. Na pięty, na strach, na uzależnienia, na gazy w jelitach, na wypadanie włosów, na potencję i animusz. Na pamięć też, żebym nie zapomniał. Skoro wymienia się tylko etykiety na rolce, a syrop pozostaje ten sam.
Sam właściciel zakładu przyjechał kiedyś i tłumaczył wszystkim na hali, że co ma poradzić, jak syrop, który wynalazł, pomaga na wszystko. Możemy nie wierzyć, ale lekarze przysięgli, że zbawienna jest jego moc. I nawet gdybyśmy opowiadali na lewo i prawo, że w tych różnych buteleczkach jest jeden syrop, to nikt nam nie uwierzy. Że możemy sobie wypisywać różne brednie w internecie, ale co z tego, jak lekarze zrobią z nas kłamców. Raczej syrop na kłamstwa, nowość, żebyśmy zaczęli pić, a odkłamywać zaczniemy po nim, odsłaniając miękki brzuch.
Niedługo zacznie produkować tabletki, które będą się różniły wielkością i kolorem, ucinając plugawe domysły o syropie.
Gdyby może trochę mniej płacili w tej syropiarni, być może poszukałbym innej pracy.
Rok 2023, trochę pamiętam – wiosna
Nie ma ksiądz proboszcz Jan żadnych młodych ministrantów pod ręką, dlatego zadzwonił do mnie, czy bym nie zaczął na nowo przychodzić służyć do mszy. Bo źle wygląda pasterz sam pod ołtarzem. Jak ostatni palec pozostały w dłoni, czuje się nie za bardzo.
Że nie kolidowało mi z pracą służenie, więc się zgodziłem. Podpowiem i tak Janowi, żeby młodych Ukraińców namawiał do służenia. Co by mu przeszkadzał grecko-katolicki ministrant, jak nie byłoby innych chętnych. Bez łaski by proboszczowi w święta wielkanocne zaśpiewał ekstra cerkiewną pieśń: Dawco życia otwórz mi bramy pokuty. Niech się cieszy Jan, że prawosławny, a jakby musiał się prosić zielonoświątkowca? Byłaby dupa.
Miało być gorące lato 2025
Elektryczne chyba łyżwy gdybym sobie kupił i narty też elektryczne, więc nie ruszałbym się w ogóle, jeżdżąc po lodowisku albo zjeżdżając z górki w bezruchu. Mając elektryczne buty, szybko bym się oduczył chodzenia bez nich. Stałbym tylko przez całe życie, lub tylko leżącym bym był. Za to energię moją zmagazynowaną we mnie bym mógł sprzedawać koncernowi Cars Elektryk, który nią ładowałby elektryczne samochody. Mógłbym także zarabiać na przepowiadaniu przyszłości i postanowiłem wyuczyć się na wróża.
Czy tabletki, które brałem, mi bardziej szkodziły czy pomagały?
A nowe czy nie będą uzależniać? Przyszłość swoją przez to widzę w niejasnych kolorach.