Pierwiastek mocy
Witold Gombrowicz obudził się w zapiętej marynarce i nieściągniętych butach we własnym łóżku. Ból głowy przypominał o wypitych wczoraj trunkach. Rutyna jednak nakazywała działać. Żwawo przybrał pozycję siedzącą. Zerknął na stolik. Zeszyt i długopis oczekiwały spokojnie na dalsze użycie. Podszedł do umywalki i włożył głowę pod strumień zimnej wody. „Diego Pierdo Lentes, Diego Pierdo Lentes, co dziś zrobi Diego Pierdo Lentes?”, zastanawiała się już głowa pod wpływem orzeźwienia. Zamysł ogólny był dla niego klarowny: przetwarzamy tytułową postać Znachora na modłę latynoską i uwspółcześniamy. Dla nowego Znachora należy jednak stworzyć nowych pacjentów i nowe choroby. Kogo doktor Pierdo Lentes miałby w pierwszej kolejności ratować i przed czym? Jakie są jego motywacje? Nie może on przecież leczyć zwykłej pokrzywki czy pospolitego przeziębienia. W czymś takim brakowałoby poetyki, brakowałoby odpowiedniej wagi, właściwej stawki! W głowie dźwięczała mu wieczorna rozmowa z obywatelem Jądro 52-600. Toż to życie samo podstawia mi do kolejki pacjenta w poczekalni doktora Pierdo Lentesa! Tylko jak przeobrazić jego dolegliwości ? Czy ten jego analfabetyzm godzi się zakwalifikować jako jednostkę chorobową? A gdyby tak Andaluzja w tej historii była krainą przesiąknięta powszechnie kulturą literacką? Gdyby w mojej Andaluzji miarą człowieka było czytelnictwo? Okoliczność może i naiwna, ale uwypuklająca nieczytatość!
„Diego Pierdo Lentes dopijał un cafe i dojadał tapasa pod postacią grzanki z pomidorami i oliwą. Ściany kawiarni pokrywały gęsto upakowane półki z książkami. Na stolikach, oprócz filiżanek z kawą i talerzy z jedzeniem, również spoczywały książki, klienci symultanicznie jedli, pili i pogrążali się w lekturze. To wszystko w spowolnionym południowym tempie. W głębi lokalu dwóch wąsatych dżentelmenów kłóciło się o sprawy literackie:
– Ja ci powtarzam, nie ma utworu bezpośredniej pokazującego patologie konstruktu państwowości niż „Thomas Bernhard w San Salvadorze”! – mówił jeden.
– To chyba, kolego, sobie nie zdajecie sprawy z zaległości w lekturach! – prostował go drugi.
Drzwi lokalu skrzypnęły donośnie. Młodziutka czarnooka, czarnowłosa dama z obliczem wyrażającym rozpacz oznajmiła od wejścia:
– Na pomoc! Ratunku! Syn Diego Rodrigueza! Tragedia!
Zza kontuaru wyłonił się przygarbiony starzec.
– Spokojnie, dziecko – zwrócił się do młodej damy – usiądź, przyniosę ci zaraz soku z pomarańczy, przeczytaj coś sobie na uspokojenie, popatrz, ile nowych tomików zalega na blacie!
– Gdzież mi w głowie poezja, kiedy biedny Jose Rodriguez tak straszliwie cierpi – odpowiedziała zatroskana dama.
– Cóż się takiego stało, że powietrza ci brakuje? – zapytał starzec, stawiając na stoliku szklankę soku.
– On ocipiał! Ocipiał zupełnie! – kwiliła młoda dama.
Diego Pierdo Lentes spojrzał przez okno na zaparkowaną pod lokalem kibitkę, w której spoczywał bezpiecznie mikroskop Transcendis Oculari, i przeczuwał nadchodzącą robotę do wykonania.
– Jak to ocipiał? – zapytał starzec.
Dama poczęła opisywać sytuację: od trzech dni nic nie czytał, ciągle tylko mówi o jakichś bzdurach. Że zaraz pojedzie na targ, że kupi warzywa i niby obiady będzie gotował. Zaczął przeglądać katalogi z pościelą i ciągle pieprzy, że zaraz to on sobie zamówi porządną poduszkę z lawendy, bo na takiej chujni jak teraz to zasnąć się nie da, a żeby się wyspać, to w ogóle nie ma mowy! Ojciec mu krzyczy nad głową: chłopie, ogarnij się! Zanurz się w fikcji! Daj głowie przestrzeń, bo oszalejesz! A ten co mu na to? On mu na to: Dawaj, stary, żelazko, bo w takiej koszuli pomiętej wstyd się na targu pokazać! A stary mu na to: A co, ty baba jesteś, że cię na prasowanie wzięło? Może zaraz w damskie ciuszki będziesz wskakiwał?! I jak go za szyję nie złapie, musiałam ich rozdzielać! Tu trzeba doktora! Medyka! Jak nam nikt nie pomoże, to się na pewno dobrze nie skończy! Ja już raz widziałam, co się wydarzyło z Veronicą Fabregas, kiedy przestała czytać zeszłej jesieni! Zero kontaktu, ona teraz przycina wiecznie pelargonie i gapi się w słońce! Jak wariatka! Rozumiecie mnie?! Jak zwykła wa-ria-tka!
Diego Pierdo Lentes wychłeptał ostatni łyk un cafe, dupsko na krześle rozwiercił, buciorem po desce zakręcił, z fraka okruszki poobtrącał i mierzył się do powstania.
– Tak się, panienko, składa, że my są medyk, uszanowanie, Diego Pierdo Lentes, lekarz niezależny. Daleko stąd do chorego?
– Będą cztery sążnie, doktorze, z nieba nam pan spadł!
– Proszę za mną, pojedziemy moim powozem.
Wyszli na zewnątrz. Czterysta czterdzieści cztery koty odpoczywające w słońcu ożywiły się na widok doktora. Małpa, pochłonięta przed chwilą oglądaniem życia ulicy, wskoczyła na kibitkę gotowa odgrywać swoją partię. Doktor i dama zajęli miejsca wewnątrz powozu.
– Jaki jest adres chorego?
– To za Puerto Real, najlepiej skręcić na wschodnią szosę.
– Słyszałyście, kochane dzieci, szosa wschodnia! – krzyczał Pierdo Lentes do zastępu kotów, wychylając głowę z powozu. Kibitka ruszyła żwawo, za nią wzbił się tuman kurzu. Małpa chwyciła wyimaginowane lejce i zawyła w stronę kotów: Ło Jezu, Ło Jezu! Ale one pojebane! Za oknami majaczyła porośnięta skąpo krzakami i drzewami oliwnymi preria. Dama ledwie zdążyła opowiedzieć doktorowi, że nazywa się Stefania Morales, jest najbliższą sąsiadką pacjenta i na co dzień prowadzi zajęcia teatralne dla dzieci i młodzieży w Puerto Real, a powóz już wtaczał się przez bramę posiadłości. Przed domem siedziała na leżakach para ludzi w starszym już wieku.
– To państwo Rodriguez, rodzice chorego – poinformowała doktora Stefania.
Wyszli z powozu. Doktor przywitał się z właścicielami posesji i poprosił o zaprowadzenie do pacjenta. Dom prezentował klasyczny południowy styl, przywodzący na myśl filmy o Zorro. Przepastna weranda prowadziła szerokimi drzwiami do wysokiego korytarza obficie dekorowanego mahoniowym drewnem. Czuć w owym domu było oddech przeszłości. Część z obrazów wiszących na ścianach wyglądała całkiem współcześnie, część natomiast śmiało mogła powstać dwieście, a może i trzysta lat temu. Na jednym z malowideł widniał dobrze zbudowany mężczyzna w sile wieku z włosami zaczesanymi do tyłu. Ujęty był w dynamicznej pozie serpentinata – w jednej dłoni trzymał otwartą książkę, w drugiej pędzel, z którego włosia wystrzeliwała strużka fioletowej farby, ciągnąca się aż do ziemi. Najbardziej w tym eklektycznym portrecie przykuwało uwagę spojrzenie mężczyzny – Pierdo Lentes dostrzegł w nim energię obłędu. Stefania spostrzegła zainteresowanie gościa.
– To właśnie Juan Rodriguez, jemu trzeba pomocy! Zaraz pan zobaczy! Tylko zaraz, zaraz, gdzie on może teraz być? Tędy! – Wskazała na schody.
Ruszyli na piętro. Na górze zanurkowali w jeden z korytarzy i kiedy sunęli do przodu, Stefania poczęła wołać:
– Juan! Juan! Mamy gościa! Pan Diego Pierdo Lentes przyjechał specjalnie z Puerto de Santa Maria, żeby się z tobą spotkać!
Zatrzymali się przy otwartych drzwiach jednego z pokojów. Stefania zajrzała do środka.
– Jest tutaj – powiedziała.
Była to pralnia. Pod oknem wychodzącym na ogrody postawny młodzieniec z portretu prasował właśnie bryczesy.
– Moment! Sekunda! Nie będę rozmawiał z gościem w pomiętym ubraniu! – Pośpiesznie wciągnął bryczesy na nogi i wyciągnął rękę w kierunku doktora.
– Miło mi, Juan Rodriguez, co pana do nas sprowadza?
– Diego Pierdo Lentes, medyk niezależny. Powiedziano mi, że szanowny pan ostatnimi czasy na samopoczuciu stracił. Poczułem się zobligowany dopomóc.
– Stefania, coś nagadała doktorowi? Przecież ja się doskonale czuję! Chodźcie do saloniku, zrobiłem paellę z krabami, jak chcesz doktora podejmować z pustym żołądkiem?
– Panie Juan, skoro panienka Morales gotowa była fatygować mnie taki kawał, mniemam, że dostrzegła ku temu istotny powód. Z naszym zdrowiem ludzkim nieraz bywa tak, że samodzielna diagnoza staje się niemożliwa. Rozumie pan, co mam na myśli, panie Juan? Nie mamy w siebie wystarczającego wglądu! A wgląd rzecz kluczowa!
– I pan doktor powziął zamiar we mnie wejrzeć?
– To dla mnie żaden problem. To nic nie boli, a pana nie obciąża. Proszę mi wierzyć, mam swoje sposoby. Musimy jednak udać się do mojego powozu, tam trzymam swoje narzędzie pracy.
Juan utkwił na te słowa pytający wzrok w Stefanii Morales.
– Nie zwlekajmy Juan, chodźmy z doktorem, on chce dla ciebie dobrze.
– Sądzę, że panikujesz tylko, ale niechże tak będzie. Zobaczycie sami, nic mi nie jest.
Wyszli przed dom. Doktor otworzył luk bagażowy na tyłach powozu. Wysunął zeń drewnianą platformę, następnie sięgnął ręką w głąb bagażnika i na platformę wytoczyło się urządzenie wykonane z frezowanego drewna hebanowego przetykanego elementami miedzianymi na łączeniach. W połowie wysokości urządzenie przewężało się, tworząc kształt klepsydry. W górnej części, z jednej strony, wykonany był elipsoidalny otwór obity na brzegach cielęcą skórą. Po bokach otworu widniały okrągłe kryształki, błyszczące w świetle andaluzyjskiego słońca różowawym blaskiem. Nad elipsoidalnym otworem przybita była miedziana tabliczka z grawerowanym napisem TRANSCENDIS OCULARI. Doktor wydobył następnie z bagażnika wysoki taborecik i ustawił przy platformie z tajemniczym urządzeniem.
– Oooch! – westchnęła Stefania Morales na widok instrumentarium doktora Pierdo Lentesa.
– Aaach! – westchnął Juan Rodriguez na widok instrumentarium doktora Pierdo Lentesa.
– Tutaj będziemy się badać – powiedział doktor Pierdo Lentes, wskazując dwiema otwartymi dłońmi na TRANSCENDIS OCULARI, po czym dodał: – Potrzebna nam będzie jeszcze książka. Najlepiej gruba, z wyraźną czcionką i o możliwie ważkiej treści, żadnych romansideł! Stefania Morales sięgnęła do torebki zawieszonej na ramieniu.
– Czy to się nada? Diego Pierdo Lentes spojrzał na okładkę: Spinoza, „Traktaty wszystkie”.
– Nada się. Ile waży?
– Będzie koło kilograma.
– Ile waży pacjent?
– Juan, ile teraz ważysz?
– Jakieś siedemdziesiąt pięć kilo.
– To w sam raz, perfekcyjnie – stwierdził doktor Pierdo Lentes. – Pan Juan zasiądzie sobie na taboreciku. Proszę się w ogóle nie stresować. Pana zadanie bojowe polega na umieszczeniu twarzy w obrębie tego oto otworu i patrzeniu prosto przed siebie. Śmiało, śmiało! Juan Rodriguez wykonał polecenie medyka. Kiedy twarz przylgnęła do skórzanej ramki, kryształki wokół zaczęły mrugać wzmożonymi refleksami.
– Teraz chwila relaksu i zaraz dowiemy się, co jest na rzeczy – powiedział Pierdo Lentes. Prawą dłonią otworzył malutkie okienko z drugiej strony maszyny diagnostycznej i przyłożył do niego swoje prawe oko.
– Oho, oho, mam już pewne przypuszczenia, ale musimy jeszcze poczekać. Minęło około trzech minut, kiedy kryształki wokół twarzy pacjenta zaczęły emitować światło barwy zielonej.
– Panie Rodriguez, może pan podnieść głowę – rzekł doktor.
Juan Rodriguez ponownie wykonał polecenie medyka. Zapadła chwila milczenia. Diego Pierdo Lentes ponownie zajrzał w głąb urządzenia, po czym wyprostował się i powiedział:
– Już wszystko jasne. To dusznica układowa, na szczęście nie osiągnęła ogólnoustrojowego stadium.
– Dusznica układowa? – powtórzyła Stefania Morales.
– Niewątpliwie, to w ostatnich czasach plaga – odparł doktor.
– Ale jak to? Skąd się to bierze?
– Bierze się z chęci urządzania lepszego świata. Podręczniki określają ją „gangreną polityki”.
– Przecież Juan nie jest politykiem. On maluje obrazy, gra na gitarze, a najwięcej to on, doktorze, czytał!
– A czy przypadkiem pan Juan nie próbował mieszać się w jakieś nowe sprawy? Sprawki, układziki?
– Juan! Powiedz doktorowi! Co ostatnio robiłeś?
– Ja? Nowego? Nic właściwie nowego. Byłem tydzień temu w ratuszu, bo wpadł mi do głowy pomysł, czy by nie wystartować na radnego, ale poza tym nic nowego nie planowałem…
– Obawiam się, że tu jest pies pogrzebany – zakomunikował Pierdo Lentes.
– I co teraz, doktorze? – spytała ze łzami w oczach Stefania Morales.
– Ach, szkoda łez, szkoda łez… – zaczął Pierdo Lentes i obrócił się w stronę słońca, wskazując na nie palcem. – Czy widzicie to co ja? Rozbłysk Izydy!
Juan i Stefania unieśli głowy ku niebu, próbując dostrzec to rzadkie solarne zjawisko, tymczasem w mgnieniu oka doktor Pierdo Lentes porwał tom Spinozy z rąk Stefanii i z pełnego zamachu, z całej siły, zdzielił Rodrigueza w potylicę.
– Coszż, cholyr kur aaa – zawył Rodriguez. Zachwiał się. I wtedy nadeszło drugie chirurgicznie precyzyjne uderzenie, a po nim trzecie. Pomiędzy uderzeniami doktor Pierdo Lentes cedził przez zęby:
– Całymi – brał zamach – literami! – I bach przez łeb.
Juan Rodriguez osunął się na ziemię. Rodzice Juana, panienka Stefania i Pierdo Lentes patrzyli na niego w oczekiwaniu na dalszy rozwój zdarzeń. Pacjent poruszył się lekko, otworzył oczy, uśmiechnął się i w jednej sekundzie spionizował ciało.
– O, dobry wieczór, co tak wszyscy stoją? Którą mamy godzinę?
– Dochodzi szesnasta, Juan.
– W takim razie będę musiał przeprosić, ale muszę powoli uciekać do biblioteki! Co ja mam na sobie za galoty, dobry panie? – I już zmierzał w stronę domostwa, zaczesując do tyłu gęstwinę włosów.
– Wygląda na to, że tym razem odzyskał pełnię siebie. Na przyszłość musi uważać. W tych czasach nasz umysł nieustannie narażony jest na degradację – stwierdził medyk.
– Co za szczęście, że był pan rano u starego Sancheza w Puerto Santa Maria! Cóż by z nim było, gdybyśmy nie spotkali się na czas! Pan zostanie u nas na noc? Pierdo Lentes popatrzył na zmęczone upałem koty i podsypiającą na dachu powozu małpę. W gruncie rzeczy nie miałby nic przeciwko. Posiadłość Rodriguezów wydawała się odpowiednim miejscem do wypoczynku.
– Zostanę, nic mnie dziś nie goni.
– Juanita! Biegnij do piwnicy po flaszkę riojy, tylko tej świątecznej! – zaordynowała pokojówce pani Rodriguez, po czym zwróciła się do doktora: – Nigdy nie przypuszczałabym, że łupnięciem po głowie do ozdrowienia doprowadzić można…
– To jedynie wydaje się proste. Przede wszystkim potrzebna jest właściwa diagnoza. Bez tego ani rusz. A kiedy znamy już właściwą diagnozę, trzeba jeszcze wiedzieć, jak i gdzie łupnąć. To wręcz mało powiedziane – trzeba też umieć przeprowadzić łupnięcie. Wiedza to nie wszystko. Doświadczenie, droga pani Rodriguez, doświadczenie. Oto pierwiastek mocy niepodlegający akceleracji!
– I tego uczą na naszych facultades de medicina, doktorze?
– Niestety, ani na naszych facultades de medicina, ani w żadnych innych facultades. Tego uczy praktyka. W podręcznikach nic nie jest takie samo jak w prawdziwym życiu. Juanita pojawiła się z powrotem z butelką riojy w ręku”.
Witold G. odłożył ołówek, spojrzał odruchowo na zegarek oplatający lewy nadgarstek – wskazówki znowu stały w miejscu. Odpiął zegarek, nakręcił sprężynę. Bez efektu. Wskazówki tkwiły martwo na tej samej godzinie. Spojrzał na ścienny zegar kajutowy. Ten pracował: piętnasta. Z czystym sumieniem uznał codzienny obowiązek prozatorski za wypełniony. Zaczął przyglądać się wskazówce sekundowej zegara ściennego, odliczając jednocześnie na głos: raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, trzy, cztery. Sekundy ściennego zegara wydały mu się podejrzane. Miał wrażenie, że liczone na głos rozciągały się. Gdyby tak zegarek osobisty zechciał ruszyć, bez problemu porównałby ze sobą ich bieg. Od razu wiedziałby, czy na pokładzie dochodzi do oszukiwania czasoprzestrzeni. Znowu łupanie zza ściany. Dzisiaj obiecał sobie nie dać się wciągnąć w zbędne bodźce. Czas ponownie wyruszyć na eksplorację. Wstał, zapiął marynarkę, wyszedł na korytarz ze swojej kajuty dwieście dwudziestej piątej. Trzeba rozejrzeć się za jakąś kulturą, pomyślał. Dają coś tutaj? Maria Janion uchyliła bezgłośnie drzwi kajuty dwieście dwudziestej czwartej i wyjrzała na korytarz. Zobaczyła Witolda oddalającego się w lewą stronę. Naciągnęła kaptur bluzy na głowę i spojrzała w lustro zawieszone w przejściu do kajuty. Uderzyła ją bladość własnego ciała. Ruszyła za obywatelem G.