Rdzeń kręgowy
Plecy przyciśnięte do zimnego metalu, łopatki napięte, usta ściągnięte – czekam na polecenia. Wdech, wydech, nakazuje gruby, kobiecy głos przez głośnik, a ja posłusznie wykonuję dyrektywy, starając się stać prosto, nie drgając. Już kończymy, proszę wstrzymać oddech, mówi głos. Moje ciało trwa tak w bezdechu, odrętwiałe i zmęczone. Słyszę mielące huki maszyny naprzeciw mojego ciała, aż w końcu głos znów się odzywa: proszę oddychać swobodnie. Radiolog pojawia się w drzwiach, podchodzi, by przestawić coś w tomografie, a następnie informuje, że mogę się ubrać, i prosi, bym poczekał na wyniki na korytarzu, ponieważ chce coś ze mną omówić. W poczekalni, siedząc na niebieskim, śliskim krześle czuję, jak trzęsę się od wewnątrz. Jakby moje organy dostawały drgawek, dygotały ze strachu. Przenika mnie napięcie, moje skronie i kark oblewa zimny pot. Siedzę w poczekalni i czas wydłuża się, rozciąga w nieskończone przestworza. Wszystko zdaje się lokować poza swoim naturalnym stanem bycia. Cały wibruję od środka, jak gdyby ktoś wszczepił we mnie metalowy, niedopasowany do mojego ciała drut i uderzał o niego tak, aby prąd zderzenia wyginał mnie od wewnątrz. Ten drut, jak się zdaje, prostuje mnie, równocześnie wyciągając w nienaturalny kształt, który, choć nikt nie jest w stanie go dostrzec, uwiera moje wnętrzności. To uczucie doskwiera mi już od jakiegoś czasu, a więc chodzę do różnych specjalistów, którzy nie widzą we mnie nic niepokojącego. Wypisują mi coraz to nowsze skierowania, polecają jakieś suplementy na wzmocnienie stawów i kości, choć nic nie pomaga.
Czekam w poczekalni, a na suficie korytarza kliniki plamy wilgoci zdają się rozszerzać i gęstnieć pod moim spojrzeniem. Z pewnością mam jakieś zacienienie w płucach, albo zrost, albo raka. Ludzie z dziećmi i w parach, pracownicy recepcji i lekarze w białych kitlach przechodzą co jakiś czas wzdłuż korytarza, a gdy łapię ich wzrok, oni odwracają swój i zdają się przyspieszać kroku. Może wyczuwają mojego guzka, moje skażone jakimś schorzeniem komórki – ich nosy węszą wokół mnie i rozpoznają defekty mojego organizmu, jak są w stanie to zrobić psy czy szczury. Może czuć na mnie zapach człowieka chorego, skazanego na szybką, bolesną śmierć, albo widać po mnie paranoika, hipochondryka. Zdaje się, że całe życie czekałem na jakiś osąd, jak gdyby moje istnienie sprowadzało się do siedzenia w tej poczekalni, w drgającym oczekiwaniu na wyniki, na współczujący wyraz twarzy specjalisty, który będzie niemal szeptem dodawał na końcu zdania: bardzo mi przykro. A może zwyczajnie orzeknie, że zauważył jakąś plamkę, powie, że to pewnie rak, a potem odwróci się na pięcie i wywoła kolejnego pacjenta z kolejki? Zegar tyka.
Drzwi uchylają się i radiolog prosi mnie do gabinetu. Gdy oboje siadamy, rozdzieleni biurkiem jak grubą ścianą, pokazuje mi moje zdjęcia tomograficzne. A więc anomalia, a gdyby tego było mało, dodaje jeszcze: pana kręgosłup nie przypomina nic, co kiedykolwiek widziałam. Mówi, potok słów wylewa się z jej wykrzywionych ust, jej palec sunie po moim zdjęciu kręgosłupa. Przyglądam się i staram się zobaczyć to, co ona dostrzegła, aż w końcu widzę: moja oś ciała wydaje się cienkim pniem drzewa, od kości ogonowej aż po odcinek szyjny. Przyglądam się temu z osobliwą, wrzącą od środka ciekawością i choć mam tyle pytań, nie jestem w stanie wykrztusić z siebie choćby jednego. W końcu radiolog wzdycha i stwierdza: nie chcę pana straszyć, ale przypomina mi to pień drzewa.
***
Pod cienką warstwą mojej szorstkiej skóry na plecach rośnie drzewo. Nie wiadomo, co z tym zrobić. Nie zagraża to mojemu życiu, bowiem pień znajdował się tam, odkąd pojawiłem się na świecie. Rósł razem ze mną, wspinał mi się po plecach, mościł sobie miejsce tam, gdzie powinien być szkielet. Badania czyste, wszystko w normie, okaz zdrowia ze mnie, gdyby nie to drzewo. Decyzja została więc podjęta – wu wei. Należy istnieć, tak jak się istniało, z jednym tylko wyjątkiem – ze świadomością, że w moim wnętrzu jest coś, co nie powinno się tam znajdować. Świadomość ta otępiła mi zmysły, każda sekunda mojego dnia wypełniona jest poczuciem Jego obecności. Obecności pnia. Z każdym ruchem ciała odnoszę wrażenie, że korzeń przewraca się we mnie, wije jak żmija, rozciąga naskórek, jakby próbował wykiełkować, wyrwać się na słońce. Ta niewygoda towarzyszy mi od tomografu, ale trzymam się jeszcze nadziei, że to wszystko minie. Że pewnego dnia, za jakiś czas, będę w stanie zapomnieć o Nim, przyzwyczaić się, że we mnie jest. I wszystko wróci na swoje miejsce.
Mój „szpik kostny”, a raczej żywica drzewa, które zastępuje mi kręgosłup – leży w probówkach w laboratorium, a lekarze łapią się za głowę – równie zachwyceni, jak i przerażeni swoim odkryciem. Moje odczucia wpadają mniej więcej w środek tych sprzecznych opinii ludzi nauki. Jestem odmieniony, jak się zdaje – całkiem inny, choć żadna zmiana we mnie nie zaszła. Jedynie przyszła wiedza, że oto rośnie we mnie drzewo i że było tam od zawsze i z pewnością tam pozostanie.
***
Ostatnio zacząłem się zastanawiać, czy gdy umrę, moje ciało nie zostanie porwane przez naukowców, aby mogli wydłubać ze mnie pęsetą wszystkie anomalie mojego szkieletu. Może podzielą mnie i moje drzewo na części? Rozcieńczą w przeróżnych substancjach, przeskanują przez wszystkie możliwe maszyny, pobiorą próbki, zajrzą we mnie pod mikroskopem. Będą pisać prace naukowe, zarabiać na mnie pieniądze. Na Wikipedii zamiast pod własnym nazwiskiem będę widniał pod hasłem „Człowiek-drzewo”, a jedyna osobistość, jaka się pod tym podpisze, to jakiś doktor, który przywłaszczy sobie mój przypadek jako własne odkrycie. A może po śmierci rozetną mi skalpelem linię wzdłuż pleców, położą twarzą do dna w szklanej trumnie i wystawią w muzeum, by mój drzewo-kręgosłup mógł być podziwiany za jedyne piętnaście euro, od dziesiątej rano do ósmej wieczorem. Albo zwyczajnie zakopią mnie pod ziemią i będą podlewać, aż mój rdzeń pożywi się glebą i moim gnijącym ciałem i wykiełkuje, by stać się kolejnym drzewem w szeregu wielu innych w miejskim parku. Chyba ta opcja przemawia do mnie najbardziej, mimo wszystko. Mam wrażenie, że ja i drzewo to dwa osobne byty, które mają dwie linie życia. Przeraża mnie świadomość, że to ja umrę pierwszy. Umrę, a drzewo jeszcze posili się mną i wyda na świat swoje pąki. Chciałbym być z tego powodu szczęśliwy, lecz ogarnia mnie wszechobecna zazdrość. Drzewo może nie będzie wieczne, ale przeżyje mnie z pewnością o dziesiątki, jak nie setki lat. Przepełnia mnie wściekłość i muszę się opamiętać, by nie wyciągnąć noża z szuflady ze sztućcami i sam sobie tego pasożyta nie wydłubać. Oczyma wyobraźni widzę siebie – nagiego, zgiętego tyłem przed lustrem, z odwróconą w jego stronę głową, by móc obserwować, jak ostrze noża wtapia się w skórę, która kryje pod sobą szkielet grubej gałęzi. Widzę swoje odbicie ociekające szkarłatną krwią, która leje się z lędźwi. Gdy w końcu udaje mi się dotrzeć przez tkankę mięśniową do czegoś twardego, co powinno być kością, odkrywam gałęzie osadzone w karku. Rozchodzą się na ramiona i oplatają czaszkę, a ja we wściekłości wyrywam je garściami, odklejam od tkanek na tyle szybko i dokładnie, na ile jestem w stanie, zważywszy na fakt, że siedzę tyłem do lustra. A w nim kątem oka widzę, jak drzewo powoli ze mnie wypełza, niczym leniwy, tłusty robak, który najadł się do syta, a teraz odkleja się od swojego żywiciela, by udać się na poszukiwanie ciepłej dziury w ziemi, gdzie będzie mógł odpocząć.
***
Siedzę w mieszkaniu, umoszczony w rogu gołego materaca leżącego w sypialni, starając się nie drgnąć, nie ożywić Tego, który we mnie siedzi. Nie poszedłem dziś do pracy, na chodniku rośnie warstwa śniegu. Z okna na parterze widzę, że poziom puchu przykrywa połowę drzwi wejściowych do piekarni naprzeciwko. Siedzę i czekam, aż drzewo przestanie mnie uwierać. Przez ostatnie tygodnie nabrałem garść leków przeciwbólowych, ale poczucie zdrętwienia w ciele nie ustępuje. Nie mam pojęcia, co powinienem zrobić, więc siedzę w sypialni i czekam na cud. Lekarz, u którego byłem przed miesiącem, powiedział, że to z pewnością bóle nerwowe i że same przejdą, gdy ureguluję swój poziom stresu. Ma pan ciężką, przemęczającą pracę?, pytał, a ja siedziałem bezczynnie naprzeciw niego, wpatrzony w ścianę za jego plecami. Kolory odpływały powoli, jakby cały gabinet wsiąkał w otchłań jednolitej szarości. Czułem, że powoli się poddaję. Drzewo przywłaszczało sobie wszystkie soki mojego istnienia.
***
Mija zima, a ja zaczynam ożywać. Coś we mnie kwitnie. Drzewo zaczyna do mnie szeptać. Mówi mi, żebym siadał na ziemi i wystawiał się na słońce. Z początku nie słuchałem, ale w końcu nie byłem w stanie powstrzymać własnego ciała, które wychodziło codziennie po pracy do parku i siadało na ziemi pokrytej przebiśniegami. Siedziałem tak, z początku wściekły, lecz sparaliżowany. Coś przyciągało mnie do ziemi. Myślałem o tym w ten sposób: drzewo pije. I choć roznosiła mnie frustracja i marzły mi kostki, nos i dłonie, gdy siedziałem tak na trawie w parku pod koniec marca – to pozwalałem drzewu pić. Niech pije, to może w końcu przestanie mówić, myślałem. Ale już pod koniec kwietnia zarejestrowałem nie tylko ciszę, ale także spokój ducha. Drzewo zamilkło. Zacząłem uwielbiać przebywanie wśród natury. Obserwowałem, jak wokół biegają dzieci, jak właściciele wyprowadzają swoje psy, koty i świnki morskie. Słuchałem rozmów przyjaciół i kochanków, którzy siedzieli nieopodal na ławkach. W maju powietrze stało się rześkie i czułem, jak okazyjne promienie słońca wychylające się zza chmur grzeją mój kark i przedramiona. Siedziałem w parku i oddychałem życiem wokół mnie.
W końcu zwolniłem się z pracy, bo nie byłem w stanie usiedzieć w miejscu, które nie jest parkiem lub moim mieszkaniem. Chodziłem do lasów, kładłem się na ściółce, opierałem się o pnie innych drzew. Zauważyłem, że nie muszę jeść zbyt wiele, a moje ciało i tak trwało dzielnie przy dotychczasowej wadze. Żywiłem się słońcem. Pewnego lipcowego wieczora, gdy stałem oparty o drzewo w parku z przymkniętymi powiekami, w stanie półsnu lub półmedytacji, chłonąc otoczenie, usłyszałem szepty. Z początku nie otwierałem oczu, nie chcąc zaburzyć mojego połączenia ze światem natury, ale wkrótce głosy pogłębiły się i zaczęły nieść się echem. Gdy uchyliłem powieki, ujrzałem grupę ludzi, którzy usiedli pode mną i wspólnie, z pochylonymi głowami, odmawiali nieznaną dla mnie mantrę. Wszyscy nucili, niektórzy kołysali się nieznacznie, inni siedzieli w pozycji birmańskiej, pozycji lotosu. Zamknąłem znów oczy i rozkoszowałem się ich kołysanką, dopóki nie zaszło słońce i nie wróciłem do domu.
***
Ostatnio nie mogę spać, dopada mnie osobliwa ulga. Jak to mówią: euforia. Euforia kończyn, mokrego czoła, rozgrzanych, czerwonych małżowin usznych – euforia bycia. Tak bym to nazwał, bo euforia to takie ładne słowo, a ten stan, w jakim obecnie się znajduję: dłoń na czole, nogi szeroko, półleżąc na stęchłym materacu – to stan najbliższy całkowitej ekstazie. Nie śpię, nie myślę, jedynie jestem. Czas mija, a ja leżę, pośladki i łokcie wsiąknięte w stary materac, który zapada się pod ciężarem mojego ciała. Materac, jak to gąbka, wchłania moje płyny ustrojowe. Małżowina uszna powoli ścieka, półzastygła, o konsystencji ciepłego miodu, wędruje aż po linię szczęki, jak ślimak zakręca się wokół pryszcza w tej okolicy. Wszystko tętni życiem, mimo że ja nieruchomieję. Odbiera mi życie w dłoniach i klatce piersiowej. Życie błogo przepływa przeze mnie i przez ten przesiąknięty zapachem mojego potu materac. Pole mojego widzenia skupia się na złączeniu dwóch ścian, gdzie wciśnięta jest stara komoda mojej matki z prawdziwego dębu, która jeszcze kiedy byłem dzieckiem, pachniała jak prawdziwy las. Przyciskałem nos do mebla i wdychałem oszlifowane starannie drewno, którego zapach przenosił mnie do ciemnej, głuchej, wilgotnej puszczy. Napawałem się tym urojeniem, dopóki nie poczułem dłoni matki na karku albo nie usłyszałem jej krzyku, żebym zostawił komodę w spokoju. Kiedy odziedziczyłem jej rupiecie w spadku, a komoda wylądowała w moim własnym kącie, wydawało mi się – takiemu zabieganemu życiem – że straciła zapach. Teraz jednak rozchylam nozdrza jak głodne zwierzę i czuję woń lasu tak wyraźnie, jak gdyby w moich zatokach rosły stare dęby – całe akry potężnych, głęboko zakorzenionych drzew. Wdycham i czuję, intensywniej niż kiedykolwiek za młodu, barwę śpiewu ptaków, woń kory i mchu, błota, trawy, liści: a to wszystko na odległość dobrych kilku metrów, z pozycji łóżka, do którego przyklejone jest moje ciało. Ciało wilgotne i miękkie, ledwo uniesione, opadające przez siłę grawitacji. Czuję ziemskie przyciąganie, czuję, jakby ziemia wzywała mnie do swojego jądra, wołała i błagała, bym zanurzył stopy w magmie.
Nad komodą wisi obraz Chrystusa, a jego martwe, olejne oczy świecą w moją stronę. Jezus w oleju, umęczony, uwięziony w tanim drewienku, jakim jest rama ze sklejki, znaleziona pewnie na śmietniku przez matkę. Pojęcia nie mam, co akurat mnie podkusiło, by zabrać ten obraz z rodzinnego domu. Jezus, zawsze taki niedostępny, półczłowiek, półbóg, oczy wzniesione ku Ojcu, gdzieś daleko w przestrzeń pomiędzy niebem a moim sufitem, był zawsze postacią zupełnie mi obcą. A teraz wisi w ramce nad komodą, a w jego źrenicach, niezwróconych nawet w moją stronę, dostrzegam z kilku metrów swoje odbicie. Widzę w nim siebie i czuję go na skórze, jakby jego duch przenikał moje trzewia. Nie przeszkadza mi to, tak samo jak nie przeszkadza mi komodowy las i ten miękki, wilgotny materac, ta ściekająca małżowina, ten skraplający się na czole pot. Nie śpię i obserwuję. Może to zabawne, ale wydaje mi się, że to moje pierwsze chwile na ziemi. Równie dobrze mógłbym przed momentem wyjść z łona, pierwsze tchnienie życia, pierwsze bodźce na skórze. Mam trzydzieści dziewięć lat i dopiero odkryłem, że oddycham. Od kilku dni, gdy tak leżę i wszystko widzę, wszystko czuję w moim umyśle, skrapla się świadomość, ujawnia się przede mną życie. Można by powiedzieć, że przeżyłem własną śmierć i rodzę się na nowo, choć to frazes tak tandetny i pretensjonalny, że nie sposób oddać za jego pomocą wyjątkowości tego, co we mnie kiełkuje. Czuję się jak drzewo. Myślę czasem, że już prawie staję się drzewem. Jestem drzewem, które puszcza pąki na wiosnę, które żłopie wodę z wilgotnej gleby. Drzewem wczepionym w ziemię swoimi grubymi łapskami, pragnącym tylko istnieć. Stać i obserwować. Pić, wzrastać i uzdrawiać inne drzewa. Rosnę w swoim mieszkanku na parterze, zapuszczam swoje korzenie w panele podłogowe, beton, aż po poziom korzeniowy. Z głowy rosną mi gałęzie, plączą się z włosami, dosięgają sufitu, wbijają się od dołu do salonu sąsiadów. Siedzę u siebie, oczy Jezusa mówią do mnie w języku, którego nie znam, komoda dyszy, jej oddech przesiąknięty wonią lasu i ściółki.
***
Stoję boso na wilgotnej trawie i czuję jej źdźbła pomiędzy palcami. Czas i przestrzeń zanikają. A ja istnieję jedynie tak jak drzewo, słucham i obserwuję. Czuję każdy najmniejszy dotyk, którym ktoś mnie uraczy – muśnięcie opuszkami palców przez dziecko chowające się za moim pniem, dotyk niewielkiego scyzoryka służącego kochankom do wyrycia na moim ciele krzywego serca i swoich inicjałów. A gdy mnie ścinają, krzyczę i płaczę, ale nie mam ust, więc nikt mnie nie słyszy.
Siedzę w parku, a w moim wnętrzu wykluwa się nasiono. Za parę lat stanę się drzewem, czuję to w każdej komórce ciała, czuję, jak woła do mnie ziemia, niebo i las. Stoję w parku, wysoki, wyprostowany i już prawie dotykam słońca.