Przejdź do treści
Rozwibrowanie przeciwieństw
Recenzja odzyskanaMarcin Hanuszkiewicz
RECENZJA ODZYSKANA

Rozwibrowanie przeciwieństw

Opublikowano w: Nr 01•2024 [12]

Gdy mrówka zatrzymuje się przed nitką ślimaczego śluzu rozciągniętą między dwoma kępkami mchu, przywilejem człowieka jest dostrzec w tym egzotycznie opancerzonego podróżnika, który – posłany z misją w dalekie krainy – przedostać się musi na drugą stronę półprzeźroczystego, półopalizującego mostu.

Tym więc, co człowiekowi przysługuje, jest możliwość otwarcia się na inny – mityczny lub symboliczny – wymiar zjawisk i wrażeń zakotwiczonych w tym świecie. W przeciwnym wypadku podróż, zmiana fizycznego położenia, nie mogłaby być metaforą wewnętrznej przemiany.

Jako że podróż stanowi jednak taką metaforę, T. S. Eliot mógł w wierszu Podróż Trzech Króli stworzyć obraz wielkiej, albo i największej, przemiany.

Naszkicujmy szybko kontekst.

Podróż Trzech Króli powstała jako pierwszy z tzw. „wierszy Ariela”, od których rozpoczął się w poezji Eliota chrześcijański zwrot. Składające się na ten cykl utwory ukazywały się w publikowanej na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku serii ilustrowanych broszur poetyckich, które miały pełnić również funkcję swoistych kartek bożonarodzeniowych.

Znamienne, że Eliot właśnie na motywie trzech mędrców oparł utwór, w którym dał wyraz swojemu nawróceniu. Przyniósłszy dary tajemniczemu, nowemu królowi, pokłon oddali tak naprawdę przed Bogiem, stając się w pewnym sensie pierwszymi nawróconymi spośród pogan. Eliot sięga tu więc do źródłowego obrazu człowieka, który – niejako ku własnemu zaskoczeniu – odnajduje u kresu jakiejś wędrówki, zewnętrznej bądź wewnętrznej, właśnie Chrystusa.

Przejdźmy teraz do samego tekstu (który cytować będę w tłumaczeniu Artura Międzyrzeckiego).

Oto jeden z trzech mędrców, będąc w podeszłym już wieku, opowiada o pamiętnej podróży. Słyszymy oczywiście o przeciwnościach: o niesprzyjającej pogodzie i zajechanych wierzchowcach, o chciwych przewodnikach i niegościnnych stronach, w których wędrowcy tęsknili do „Letnich pałaców i tarasów na wzgórzach, / Jedwabnych dziewcząt roznoszących sorbet”; słyszymy o podszeptach męczących ich podejrzeniem, „Że wszystko to szaleństwo”.

Słyszymy jednak także o cudownym odnalezieniu drogi w dolinie pełnej symboli, których mędrcy wprawdzie nie znali, ale które nas, słuchających tego dziś, odwołują do późniejszych wydarzeń Ewangelii, pozwalając nam spojrzeć na nie z perspektywy proroctwa, wyjętej spod prawa czasu. Słyszymy wreszcie, że mędrcy odszukali, „ani o chwilę za wcześnie, / To miejsce, rzec by można, zadośćuczynienia” – zadośćuczynienia zarówno trudom wędrówki, jak i danym w proroctwach znakom.

Przechodzimy do końcowej, najważniejszej części wiersza, gdzie zasugerowana jest – poprzez ukazanie przemiany, jaka zaszła w opowiadającym magu na skutek wyprawy – głębia doświadczonego w jej punkcie kulminacyjnym zdarzenia.

Słyszymy, że chociaż od wspominanych wydarzeń upłynęło wiele lat i że choć mędrzec zrobiłby to wszystko ponownie, to nie zdołał on nigdy jednoznacznie „rozstrzygnąć: / Czy cała ta podróż prowadziła nas / Do Narodzin czy Śmierci?” Ponieważ „te Narodziny były dla nas / Ciężkim i gorzkim konaniem”, nie dało się już po powrocie „do rodzinnych Królestw” odnaleźć „spokoju w prawach dawnej wiary, / Wśród obcych ludzi trzymających się swoich bóstw”.

Mędrcy nie byli już u siebie wśród niegdysiejszych pobratymców. Wrócili co prawda do „Letnich pałaców i tarasów na wzgórzach”, ale nie mogli uczestniczyć w wyznawanym tam porządku świata. Widzieli przecież, jak ten porządek umiera – sami umarli o tyle, o ile stanowili część tego porządku.

Jest zatem w wierszu Eliota poziom, na którym uchwycona jest złożoność nawrócenia, trudność wiążąca się z tą przemianą, dojmująca tym bardziej, im głośniejsze są głosy powtarzające, „Że wszystko to szaleństwo”.

Eliot dotyka jednak w Podróży Trzech Króli czegoś jeszcze głębszego, bliższego esencjonalnej tajemnicy. Stary astrolog kończy swą opowieść, mówiąc: „Uszczęśliwiłaby mnie inna śmierć”. Ale nie chodzi tu tylko o przeczucie, że ani śmierć, ani narodziny nie znaczą tego, co sobie onegdaj wyobrażał, i że w związku z tym „inna śmierć” to tak naprawdę nadzieja na inne narodziny, na inne Królestwo.

Co roku w okresie świąt Bożego Narodzenia kościoły rozbrzmiewają pieśnią, w której przyjście na świat Chrystusa opisane jest serią oksymoronów. „Bóg się rodzi”, chociaż nie jest stworzeniem. Jest „nieskończony”, ale „ma granice”. Ten, którego nawet prorocy nie oglądali w swych wizjach twarzą w twarz, jest „obnażony”. Wzgarda obraca się w chwałę i nicują się żywioły: „moc truchleje”, „ogień krzepnie, blask ciemnieje”. „Śmiertelny” wiecznie królować będzie.

W tym samym ciągu sprzeczności stoi niepewność „Narodzin czy Śmierci”, której doświadcza u Eliota mędrzec. Ten sam ciąg widzimy już u samego Izajasza, gdy prorokuje on nadejście niewinnego, a obwinionego. Wszystko to odnosi się do Słowa, w którym rozwibrowaniu ulegają po ludzku rozumiane przeciwieństwa i którego sens – skandalicznie niezgodny z filozoficznymi zasadami tożsamości i niesprzeczności – dochodzi do nas drogą oksymoronów: dziewiczej matki, cielesnego wyrazu oraz obietnicy wiecznego życia złożonej poprzez pojedynczą śmierć; śmierć, która po dziś dzień odciśnięta jest na ludzkiej podświadomości paradoksalnym symbolem rąk wzniesionych jak gdyby w uniwersalnym geście potęgi, ale przybitych przecież do krzyża.

Krótko mówiąc, Eliot nie tylko osiąga w Podróży Trzech Króli poetycką intensywność, która jednoczy metaforę z jej empiryczną podstawą, tworząc w tym przypadku obraz podróży tożsamej z przemianą; poeta odnosi ponadto ów obraz do gruntowniejszego przeistoczenia i znajduje tym samym punkt styczny między porządkiem ludzkim a boskim: przemiana mędrców zbiega się ze zmianą dokonywaną w naturze rzeczywistości. To w takich właśnie punktach widoczne się staje, że jeśli zdarzenia w świecie rezonują z człowiekiem w jakiś esencjonalny sposób, to gwarantuje to siła wyższa, której ingerencja czyni zbieg okoliczności splotem nieskończoności.

I oto docieramy do sedna, bowiem uwypuklenie styczności porządku ludzkiego z boskim w Podróży Trzech Króli oferuje odpowiedź tam, gdzie w Ziemi jałowej trwać mogło jedynie bezpłodne pytanie zgoła innego króla: „Kiedyż na ziemiach moich zaprowadzę ład?”.

Sprawa jest o tyle istotna, o ile przedstawiony tam przez Eliota obraz człowieka próżnującego w zrujnowanym, odczarowanym świecie nie stracił niczego ze swej aktualności. Przeciwnie, nietrudno odnieść wrażenie o profetycznym charakterze tego (przełożonego przez Czesława Miłosza) obrazu: „Jakie korzenie tu tkwią, jakie gałęzie rosną / Z tych kamiennych rumowisk? O synu człowieka, / Rzec nie potrafisz ni zgadnąć, bo ty znasz jedynie / Stos pokruszonych obrazów, i słońce tam pali, / I martwe drzewo nie daje schronienia, ulgi świerszcz, / Ni suchy kamień dźwięku wody”.

Istotnie, od zatrutego powietrza przez tonące w hałasie miasta po wypełniające się syntetycznymi cząstkami organizmy – rozmaite zanieczyszczenia penetrują wszystkie środowiska, a wielu ludzkich serc nie krzepią już symbole, które roztrzaskano w imię racjonalnego postępu. Jest wszak zbrodnią przeciwko oświeconemu rozumowi przekonanie, jakoby życie miało mieć obiektywny, płynący z jakiegoś tajemniczego i ponadludzkiego źródła sens.

Eliot nie poprzestaje jednakże na opisie uwiędłego świata. Służąca za rdzeń poematu arturiańska legenda daje nam również wskazówki co do przyczyn odmalowanego w nim marazmu. Królem, który wzdycha nad panującym na jego ziemiach nieładem – samemu „Łowiąc ryby, z jałową równiną” za plecami – jest bowiem Król Rybak. Legenda tej postaci zmieniała się na przestrzeni wieków, ale najbardziej interesują nas w tym momencie dwa kluczowe, powtarzające się w różnych wersjach opowieści elementy: motyw ziem jałowiejących na skutek rany, choroby lub impotencji ich władcy[1] – czyli Króla Rybaka właśnie – oraz motyw rycerzy podróżujących w poszukiwaniu sposobu, aby uzdrowić władcę, a w konsekwencji – jego ziemie; w niektórych późniejszych, schrystianizowanych interpretacjach poszukują oni Świętego Graala, kielicha krwi Chrystusowej.

Tragizm wprowadzony w tę historię przez Eliota polega zatem na tym, że do bezradnego króla łowiącego „w zatęchłym kanale” „za wieżą gazowni” nie przybyli – zdaje się, że nigdy – żadni rycerze.

Zbierając więc wszystkie wątki, sytuacja rysuje się następująco.

Centralna metafora wędrówki i przemiany w Podróży Trzech Króli dramatyzuje człowieczeństwo jako dążenie ku sensowi, który wychodzi człowiekowi naprzeciw, podczas gdy odpowiedzialny za Ziemię jałową Król Rybak – o którego podróżujących rycerzach nie słyszymy ani słowa – obrazuje stagnację, niemożliwość przemiany; on siedzi z wędką w ręku, a świat wysycha wokół niego i osuwa się w nierzeczywistość: „Nic niczym uwieńczę, / Z niczym połączę / Nic”.

Ta pustka brzmi aż nazbyt znajomo. Powyższy cytat to wszak nihilizm w pigułce – w zatrutej pigułce – a czy naszej epoki nie przesyca właśnie nihilizm w miękkim, udomyślnionym wariancie? Czy rzeczywistości nie odmawia się znaczenia, skazując wyobcowane jednostki na taplanie się w rozproszeniach, w których albo się grzęźnie, albo od których przechodzi się – wskutek rozczarowania – do wymyślanego ciągle na nowo absurdyzmu? „Nic niczym uwieńczę”, przebierając się za drobinę pyłu dryfującą w obojętnym ogromie, pozbawioną znaczenia w równie bezsensownym i losowym wszechświecie; „Z niczym połączę / Nic” – i wyobrażę się sobie szczęśliwym.

Z tych oto bezdroży, na które nieuchronnie prowadzą drogi tego świata, swą drogę ucieczki wytycza – idąc po śladach Trzech Króli – Eliot.

Możemy na koniec wyobrazić sobie, jak wyznaczoną tak ścieżką rusza również, głuchy wreszcie na głosy powtarzające, „Że wszystko to szaleństwo”, Król Rybak. A kiedy odnajduje on „To miejsce, rzec by można, zadośćuczynienia”, jego opustoszałe dotąd serce wypełnia się niepojmowalnym sensem wibrującym między rozciągniętymi od początku do końca – między Alfą i Omegą – przeciwieństwami.

Konfrontacja z takim sensem, sensem niemieszczącym się ani „w prawach dawnej wiary”, ani w normach nowoczesnego świata, przemienić może umarłego za życia – którego obrazem jest łowiący od wieków, zapętlony w jałowych czynnościach Król Rybak – w żyjącego poprzez śmierć.


[1] Celtycki korzeń legendy wiąże wyjałowienie ziem z klątwą nałożoną na władcę w odpowiedzi na jego transgresję. Co ciekawe, inną postacią wplątaną przez Eliota w tekst Ziemi jałowej jest Tejrezjasz, ślepy wróżbita, który pojawia się między innymi w mitach tebańskich jako ten, który wiedział, że za spadające na tebańczyków klęski odpowiadają władcy sprzeciwiający się nakazom bogów.

A