Specyficzny rodzaj podróży z wykorzystaniem dławicy
Jacka Londona poznałem dzięki Johnowi Barleycornowi, czyli wspomnieniom alkoholika z dwunastego tomu dzieł wybranych. Książkę kupiłem, bo z okładki dowiedziałem się o gnostyckich możliwościach autora: jego matka była spirytystką, zaś ojciec gnostykiem jak się patrzy. W dodatku książkę zdobił słownik terminów morskich, więc coś akurat do biblioteczki mojego ojca o pływaniu na morzach. Jakoś tak się stało, że w głowie mi ugrzązł dopisek „Szkice autobiograficzne”: „Koń, na którym jechałem, nie darmo nazywał się Bandyta. Chciałbym widzieć na jego grzbiecie człowieka pijanego”. London znał i umiał, według mnie, ukrywać retoryczne powtórzenia brane z Szekspira. Połowa zdań Johna… – myślałem – strąconych do któregokolwiek z dzieł Szekspira dałaby sobie radę nie gorzej niż te z filmu Toma Stopparda „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją”.
I ten diabeł wydaje rok później w Polsce powieść w serii „Dzieje gnozy”. Obcy i złożony, składany („rr”, „ll”) norweski z brzmienia, diamentowy z charakteru, Darrell Standing jest bohaterem The Star Rover/The Jacket, nam znanej jako Kaftan bezpieczeństwa. Włóczęga wśród gwiazd, a potem jeszcze jako Kaftan okrucieństwa (w tłumaczeniu Google’a równie piękny tytuł Gwiezdny łazik).
Zacznijmy jednak od nauczyciela naszego bohatera. To Ed Morrell (macie to, angliści?), niewzorowy więzień San Quentin, najtęższy – obok Standinga i Jake’a Oppenheimera („Sprawiedliwość była jego namiętnością. Wszystkie zabójstwa, które popełnił w więzieniu, były spowodowane jego ogromnym poczuciem sprawiedliwości”) – umysł w więzieniu. Morrell w dodatku był użytkownikiem mocy władania siłą umysłu nad maltretowanym, zduszonym ciałem, rozsadzanym przez dławicę z braku możliwości oddychania, mocy nieżycia za życia, a odkrył ją wielokrotnie wiązany w kaftan bezpieczeństwa, najokrutniejszą i ostateczną torturę w powieściowym San Quentin.
Więźniowie leżący w izolatkach porozumiewali się za pomocą specjalnego alfabetu wystukiwanego butami, a w jego opanowaniu pomagali sobie z rzadka uruchamianą i pod groźbami ludzką mową.
Wszystko jasne, teraz okoliczność czyniąca tortury Standinga wyjątkowo okropnymi: otóż naczelnik więzienia ubzdurał sobie z kilkoma kapusiami, że Standing wszedł w posiadanie i skrył w więzieniu znaczne ilości dynamitu, którego użycie zagrażało murom i ich „kodeksowi”. Oto jesteśmy w sercu opowieści, wyjąwszy oczywiście potęgę tej prozy dyktowanej niezwyciężonym, natchnionym umysłem bohatera na chwilę przed jego powieszeniem. Za co odsiadywał wyrok, a za co skazano go na śmierć, dowiedzcie się we własnej lekturze…
Oszalała bitwa, którą stoczył Leibniz z Kartezjuszem o powrót Boga do Jego własnego świata, jest niczym w porównaniu z bataliami Standinga o wyswobodzenie ciała z umysłu, o porzucanie go w zgniłej celi – tyle mogę powiedzieć, przy czym trudno mi zrozumieć nauki Morrella, mówiące, że „Masz myśleć i wierzyć, że twoje ciało to jedna istota, a duch to druga. Ty jesteś tobą, a twoje ciało to coś, o co nie warto się troszczyć. Twoje ciało nie liczy się. Jesteś panem. Nie potrzebujesz ciała”. Że jestem panem, zgoda, że nie potrzebuję ciała, zgoda wyższa, ale coś mi nie gra w niejednoistności ciała i ducha. To jednak naprawdę mały szczegół, tym bardziej że drobiazgowe rozważania nie były naszym potworom życia potrzebne. Dość, że Standing odczuwał p r z e w a g ę duszy nad ciałem, a nowa metoda zastąpiła autohipnozę, bo tej wcześniej próbował leżący, zakuty w kaftan Standing. Zakuty, lecz zbyt silny, gdyż umieranie za życia możliwe było w fazie krańcowego wyczerpania, odrętwienia, bólu bóli. Mówimy o tysiącach godzin w kaftanie i na przykład stu godzinach ciągiem: „Oppenheimer dostał za to [obraza naczelnika] sto godzin w kaftanie bezpieczeństwa; gdy go rozwiązano, plunął w twarz naczelnikowi i otrzymał nowe sto godzin. Gdy go rozsznurowywano, naczelnik nie zjawił się w celach samotnych”, o dwóch kaftanach zawiązanych naraz.
Gdzie i czym oraz kim był Standing w swoich podróżach, też sami sprawdźcie, ale też wiedzcie, że nie o snach opowiadał. Co mu zresztą zarzucano. Nie o snach i nie tylko w kaftanie, bo pewnego razu „Stwierdziłem, że mogę zawiesić życie siłą woli. Pomagało w tym zaciśnięcie piersi i żołądka kołdrą. Tym sposobem osiągnąłem fizjologiczny i psychologiczny stan, podobny do tego, jaki wywoływał kaftan bezpieczeństwa. Mogłem zatem bez dawnej męki unosić się do woli w niezmierzonych przestworzach czasu”.
Zdradzam wszystkie najważniejsze rzeczy z książki (choć też w sposób, żeby nic albo niewiele zrozumieć bez sięgnięcia po arcydzieło Londona), nie może zabraknąć i tej, że Standing w jednej z podróży stał się całą ludzkością, tzn. jednym człowiekiem, tylko że w pascalowskim sensie, w jakim filozof powinien postrzegać ludzką historię, według słów Pascala, wedle zawiadomienia Standinga. Tym jednym człowiekiem bohatera był on w kaftanie, przeżywający męki i życia. Coś, jakby zebrać Standingów wszystkich epok i słuchać ich opowieści, czyli każdego jednego człowieka, bo jak inaczej? Ale też uznać siebie za niemożliwe do pominięcia w dziejach ludzkości i całego wszechświata istnienie, niezbędne do jego sumy. Wstydzić się zwątpienia w te sprawę w przeszłości, zanim poznało się powieść.
Bonusik: „Nie wytrzymałość ciała to sprawiła, lecz wspaniałość mojego ducha. Przyczyniły się również do tego poprzednie istnienia, w których twarde próby zahartowały ducha”. I do zobaczenia niezliczone razy.