Przejdź do treści
Suka puściła się ze smyczy i znikła
ProzaPatrycja Klimek
PROZA

Suka puściła się ze smyczy i znikła

Opublikowano w: Nr 02•2025 [15]

Bo z miotami to jest tak: jak matka była dzika, to młode pewno też takie będą. Dlatego, kiedy znalazłem tamte szczeniaki koło domu, zara obok gulika, wiedziałem, że mogą być problemy. Gadali mi, że takiego psiska z ulicy nie ma co do domu brać, ale ja uparty byłem i wziąłem jedną suke z tej gromady. Była najładniejsza.

Tamte? Jakie tamte? A, reszta miotu. Nic no, zostawiłem, a co miałem zrobić? Ich matka oszczeniła się już trzeci albo czwarty raz, bo latała tak po wsi i chuj wie, co sie z tymi szczeniakami później działo, a kto by tego pilnował? Nie pierwsza, nieostatnia suka we wsi.

Zanim żem ją zabrał, nasza sąsiadka dokarmiała te szczeniaki chlebem i kośćmi. No i tą moją sukę tak właśnie nazwałem, Kostka. Wymyłem ją, powyciągałem kleszcze. Miała swój koc przy piecu, a i tak od początku drapała meble i gryzła mi dzieci. Wyła non stop, pewno za matką. No, ale co, jak już ją miałem to trza było wychować, nie? Przecież nie wyrzucę z powrotem. Tylko dyscypliny sie musiała nauczyć.

Po pierwsze: Jak pies szcza w domu, to musi być reakcja. No to żem brał ją, tak no, za pysk łapał i ten łeb do sików wsadzałem i krzyczałem: „Coś zrobiła?! Coś zrobiła?!” Raz, drugi, trzeci sie zeszczała, a potem wiedziała, że nie może. Jak się jej sikać chciało to ino piszczała z podkulonym ogonem – wtedy wypuszczałem ją na plac.

Druga sprawa: Nie ma czegoś takiego jak jedzenie non stop, bo potem pies się nauczy i będzie stał pod nogą przy każdym obiedzie, byle ino wyżebrać. A ja powiem tak, najlepiej karmić raz na jakiś czas. Ja tej mojej dawałem jeść co drugi dzień. I jadła wszystko, czego by sie jej nie dało, resztki z obiadu, gotowane kartofle, kasze. Ogryzki nawet żarła. To było dobre, a nie grymaszenie. Zwierzyna musi jeść, co się jej daje, a nie że będzie wydziwiała.

Trzecia rzecz: Psu trzeba czasem jebnąć w pysk. Kostka miała takie ostre pazury i jak po kimś skakała, to drapała. Trzepnąłem parę razy. Tak samo, jak ktoś odszedł od stołu, to kiedyś wzięła mu kotleta z talerza. „Ja ci dam kotleta, łajzo”, powiedziałem jej i zlałem ją łyżką do butów. Potem, jak żem tylko tą łyżke brał, co by buty założyć, to od razu szła na swój koc i siedziała posłusznie. Skakać też potem nie skakała.

Dzieciaki to Kostke kochały. Antosia, to nawet ją przebierała w swoje stare sukienki i tak z nią na dwór wychodziła. Śmiesznie to wyglądało, chociaż tłumaczyłem Tosi, że to pies, a nie zabawka. Syn ją kiedyś nawet zafarbował, jakimś szamponem albo tam czym. Wie pan, trudno czasem dzieciom przemówić do rozsądku. Małe były i nie rozumiały.

A Kostka najbardziej z całej rodziny to kochała żonę. Tam, gdzie była ona, tam i ten pies. Najczęściej to w kuchni siedziały, bo Iwona, jak to baba, zawsze coś tam gotowała, sprzątała. Jak moja kobieta szła sie myć, to normalnie pod łazienką na nią czekała, wyobrażasz se to? Przy mnie nie było opcji, żeby Kostka gdzieś po kanapach spała, absolutnie! A czasem, kiedy wracałem z nocki, to ta mała łajza normalnie spała na moim miejscu w łóżku. Wyrzuciłem ją wtedy za drzwi na dwór, chociaż baba mi strasznie o to lamentowała.

Iwona też z nią wychodziła na spacery na smyczy, nie wiem po co, jak my tu wieś i pole mamy, sama mogła se przecież latać. A te, jak czasem wyszły to ich pare godzin nie było. Kiedyś nawet normalnie jej awanture musiałem zrobić, bo jak to wygląda, stara baba, chłopa ma i szwęda się pare godzin po wsi?

Doigrała się, bo któregoś wysłałem moją do sklepu, to sobota była, pamiętam. „Biorę Koste”, powiedziała i wyszła. Też ich nie było jakiś czas, to myślałem, że pewnie się z kimś zagadała, bo już wtedy na tak długo nie wychodziły. W końcu wróciła, z linką w ręce i bez Kostki. Pytam się jej, gdzie pies, a ta, że nie wie, że uciekła. I tak suka puściła się ze smyczy i znikła. Jakośmy to przeżyli, chociaż żona do teraz trochę popłakuje w tej kuchni.

A