Przejdź do treści
Transylwania serca
ProzaMarek Nowak
PROZA

Transylwania serca

Opublikowano w: Nr 02•2025 [15]

The sky is red, I’m dead
The sky is blue and so are you
Alien Sex Fiend, „Hee-Haw (Here Come The Bone People)”

Jeszcze przed chwilą unosił się nagi ponad czarą pełną gorącej krwi, sycąc się przez pory skóry życiodajnymi oparami, a półnagie, nasmarowane oliwką niewolnice złoconymi ostrzami podcinały gardła kolejnym składanym mu w ofierze ludziom. Czerwień płynęła nieprzerwanym potokiem.

Edgar uwielbiał zmysłowe sny wypełnione muzyką płaczu. Czuł się w nich spokojnie i bezpiecznie. Zbliżała się jednak pełnia i zew srebrzystego światła zakłócił idyllę. Siła, która steruje pływami wody w oceanach, przeniknęła w głąb grobowca przez kamienne płyty, płytką warstwę ziemi i dziurawe już miejscami wieko trumny.

Z westchnieniem kuracjusza, który opuszcza miejsce niezwykle udanych wakacji, powracał Edgar z dna wyśnionej Otchłani poprzez wszystkie Kręgi Piekieł znanych Dantemu, mistykom i przeklętym duchom. Z żalem spoglądał na łamanych kołem morderców, na biczowanych zdrajców ojczyzn, przyjaciół i rodzin, na oblewanych pomyjami fałszywych pochlebców, telewizyjnych tarocistów, charyzmatycznych pseudokaznodziejów, fałszerzy pieniędzy i znaczków pocztowych, a także skazanych na mękę wiecznego głodu obżartuchów oraz anorektyczki zmuszane do zjedzenia wszystkiego, co kiedykolwiek zwymiotowały. Wiedział, że będzie mu ich brakować.

Ostatnie, a pierwsze dla zewnętrznego obserwatora, kręgi wypełnione były uwodzicielami i lubieżnikami o związanych kończynach, poprzebieranymi w kolorowe fatałaszki i smaganymi huraganowym wiatrem niosącym delikatny zapach kobiecej intymności.

U wyjścia leżał zaś wiecznie pijany Euklides, a Ptolemeusz i Tales kłócili się o wzór na wyliczenie ilości płynu, jaka składa się na jeden łyk wina.

Otworzył oczy.

Był zbyt osłabiony by spionizować się, jak na wampira przystało, zsunął więc wieko, przekręcił się i wstał jak człowiek. Wzgardziłby nim każdy z pobratymców. Edgar znał swoje żałosne położenie i bardziej już gardzić sobą nie mógł. Wiedział też dokładnie, co powinien zrobić. Odwlekał ten moment miesiącami, a teraz odliczał ostatnie kilka minut.

Włączył ledowe, energooszczędne żaróweczki ułożone na ścianie we wzór odwróconego krzyża. Ich niebieskawe światło podkreśliło jeszcze bardziej bladość skóry Edgara. Był uosobieniem porażki życiowej, o ile, rzecz jasna, można mówić o czymkolwiek życiowym w odniesieniu do kogoś, kto umarł trzysta lat temu z okładem i ocknął się w nieżyciu. Poprawił się więc w myślach; był uosobieniem porażki pośmiertnej. I bliski śmierci. Ponownie. Tym razem tej prawdziwej i wiecznej. Takiej z dosłownym obracaniem się w proch.

Z trudem otworzył kryptę, zmienił się w dużego, czarnego psa i ruszył biegiem przed siebie. Musiał szybko poruszać łapami, by zdążyć przed świtem. Wiedział, że powinien był wyruszyć wcześniej, a ostatnie minuty spędzone w krypcie były dowodem skrajnego braku rozsądku i że wielokrotnie już zawiódł się na własnej głupocie i złej ocenie sytuacji.

Czuł, że krew w jego żyłach zgęstniała od długotrwałego głodowania, a mięśnie odwykły od wysiłku. Jedno i drugie nie pomagało w rozwinięciu odpowiedniej prędkości. „Z prochu powstałeś…” – powtarzał w myślach, biegnąc przez pozbawione nawierzchni uliczki na rogatkach Elbląga.

Gdy Edgar został przemieniony w wampira, był młodym, bogatym dziedzicem majątku na Kadynach. Hrabią. Jego rodzina od pokoleń żyła tam z cudzej pracy, wszystkiego miał pod dostatkiem i większość czasu spędzał w rodzinnym grobowcu wraz ze swą starszą siostrą (i kochanką zarazem), o cudownym imieniu Imfryda. Ich dworek po latach zdobył renomę „nawiedzonego”, dzięki czemu nie zaglądała tam Wielka Historia.

Zmieniło się to dopiero po Wojnie Ognia i Gwiazdy wraz z Dekretem o Nacjonalizacji z trzeciego stycznia tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku. Zostali wówczas wywłaszczeni z rodzinnej posiadłości.

Imfryda zabrała ze sobą rodową biżuterię i kilka cennych przedmiotów. Wywiozła je za granicę, sprzedała i dzięki pomocy wampirzych przyjaciół udało jej się sensownie zainwestować i pomnożyć pieniądze. Edgar udawał, że był zbyt dumny, by zostać kupcem. W rzeczywistości zupełnie nie miał głowy do interesów i większość swoich skarbów sprzedał znacznie poniżej realnej wartości. Poza tym, jako młodszy brat, uważał, że to Imfryda powinna się nim opiekować i wmawiał sobie, że z pewnością poprzysięgła to umierającym rodzicom. Na wszelki wypadek nigdy nie spytał, czy tak było naprawdę, i dopiero po dwustu latach zrozumiał, jak błędne było to przekonanie.

Po przemianach ustrojowych pod koniec dwudziestego wieku, udało im się, a właściwie to Imfrydzie, ale dla nich obojga, odzyskać rodzinny dworek. Siostra zaproponowała następnie jednorazowe spłacenie udziałów Edgara. Zgodził się i zobowiązał nigdy więcej nie prosić jej o pomoc. Oczywiście nie byli już wówczas parą.

Biegł teraz do niej ostatkiem sił pod postacią czarnego psa, by złamać tę obietnicę, upokarzać się, błagać i skamleć. Pogrążony w myślach i wspomnieniach omal nie wpadł pod koła samochodu z gdańską rejestracją. Zapomniał, że nawet jako pies lepiej zwracać uwagę na sygnalizację świetlną.

Ruszył dalej, jeszcze głębiej pogrążony w poczuciu winy. Kilka lat temu, przez rozległe tereny przyległe do ich posiadłości w Kadynach, przeprowadzono autostradę. Edgar otrzymał z tego powodu kolejny poważny zastrzyk gotówki. Przez pewien czas dysponował na koncie sumą, która pozwoliłaby mu żyć z odsetek na dostatnim poziomie.

W przeddzień światowego kryzysu finansowo-gospodarczego z lat dwa tysiące siedem–dwa tysiące dwanaście dojrzała w nim jednak myśl o pomnożeniu majątku na giełdzie. Startupy, w które zainwestował, spektakularnie zbankrutowały, a kursy ich akcji błyskawicznie poleciały w dół.

Straty dużych sum początkowo nawet go bawiły. Mówił sobie, że przecież to tylko cyfry. Nie był przyzwyczajony do pieniędzy i w zasadzie nie wiedział, co może w praktyce oznaczać ich brak. W kolejnych latach przekonał się o tym dokładnie.

Ostatnim źródłem utrzymania Edgara było wynajmowanie krypty na godziny – jak ujął to w ogłoszeniu – parom chętnym do przeżycia wyjątkowych chwil namiętności w klimatycznym wnętrzu. Klientów nie miał wielu, ale z pozyskanych w ten sposób pieniędzy starczało chociaż na Erzatz. Ponieważ zima była w tym sezonie wyjątkowo długa, a krypta od dawna nie była ogrzewana, spadł jednak popyt na te usługi. Nie jadł od trzech miesięcy.

Była piękną kobietą o długich, czarnych włosach. Szczupłą i wyniosłą. Została przemieniona w wieku dwudziestu ośmiu lat przez wampiry z klanu Białego Kła, mszczące się w ten sposób na jej ojcu, właścicielu Kadyn, hrabim Janie Wilhelmie von Schlieben, który z pomocą kapłana z pobliskiego Kościoła Siódmego Proroka pod wezwaniem Owadów Będących Świadkami Boskich Narodzin uprzykrzał im zamieszkiwanie na pobliskim cmentarzu poprzez nieustanne przyzywanie plag much, komarów, pająków i karaluchów.

Hrabia chciał przejąć wampirze dominium i wybudować tam kolejną rodzinną kaplicę. Zirytowane wampiry odmieniły Imfrydę, a kły ich sprzymierzeńców sięgnęły także do Paryża, gdzie studiował wówczas Edgar. Zatopiony w książkach i pijatykach student nie zdawał sobie wówczas sprawy, że w Kadynach w ogóle istnieje jakiś konflikt.

Gdy hrabia dowiedział się o przemianie dzieci, próbował zabić wampiry. W cmentarnej krypcie znalazł jednak tylko jednego z członków klanu – najstarszego i jak się okazało, najmniej niebezpiecznego. Zakołkował go (ponownie zresztą we współpracy z kapłanem). Herszt klanu wyzwał go następnie na honorowy pojedynek strzelecki w świetle księżyca, jednak zamiast stanąć na udeptanej ziemi niehonorowo wyprowadził hrabiego na bagna, gdzie ów zatonął i dołączył do duchów uwięzionych między światami (po kres czasu lub do osuszenia bagien).

Ku zaskoczeniu większości członków klanu młodzi von Schliebenowie nie płakali za ojcem i entuzjastycznie przyjęli rolę przemienionych. Uparli się tylko, by nic nie mówić matce, która do końca swych dni wierzyła, że jej dzieci cierpią na arystokratyczną nadwrażliwość na światło, co umacnia wysoką pozycję ich rodu, ponieważ takie przypadłości wcześniej zdarzały się jedynie w królewskiej krwi Batorych.

Trauma śmierci i zmartwychwstania zmieniła relacje między Edgarem i Imfrydą. Po śmierci matki zamieszkali w rodzinnym majątku, zostali kochankami, a sprowadzonym z Siedmiogrodu pracownikom kazali połączyć podziemnym korytarzem cmentarny grobowiec z piwnicami dworu. Szybko też, młodzieńczym zaangażowaniem i pomysłami na niekonwencjonalne rozrywki, zdobyli sympatię pozostałych wampirów z klanu. Po niespełna roku stali się doradcami i towarzyszami polowań ich przywódcy. Pewnego razu wrócili jednak bez niego. Podczas postoju przywiązali go do drzewa i wyrwali wnętrzności. Pozostałym członom klanu wyjawili, że długo próbowali zwalczyć w sobie żądzę zemsty, ta jednak stawała się coraz bardziej nie do zniesienia. W końcu jedynym sposobem, by poradzić sobie z tym pragnieniem, stało się zaspokojenie go. Zostali pojmani i zawiezieni na Węgry, przed oblicze Traiana VII – Króla Wampirów i Cyganów.

Wampirze prawo odmienne jest od spisanego w ludzkich kodeksach; akceptuje zabójstwa wynikające z potrzeby dokonania rodzinnej zemsty, a w sytuacjach wątpliwych nakazuje poradzić się wróżącej przyszłość Ślepej Cyganki. Traian nakazał więc sprowadzić obwieszoną złotem przepowiadaczkę Ralukę, która opowiedziała się za uwolnieniem rodzeństwa.

Nie było przy tym dymów, zaklęć ani transu. Kobieta spojrzała na nich, wyciągnęła dwie karty tarota i zapewniła, że Edgar i Imfryda nie zamordują więcej żadnego wampira. To wystarczyło, by otrzymali królewskie ułaskawienie.

They had no idea
Not even close, not even near
All pigs must die
Death In June,„All pigs must die”

Edgar był już na skraju wyczerpania, pędził jednak ile sił w łapach. Widział już dom siostry – niegdyś także i jego – a za jego plecami jaśniało niebo. Wyrzucał sobie, że być powinien był wyruszyć w drogę wcześniej, zamówić taksówkę, zajechać pod drzwi i oświadczyć, że właśnie skończyły mu się pieniądze i stangret, to znaczy taksówkarz, czeka na zapłatę.

Nie było czasu, by się przemieniać, dzwonić lub pukać do drzwi. Skoczył prosto w wypełnione weneckim szkłem okno dworku. Wybił je i zanim jeszcze wylądował na odłamkach szkła, a jego łapy zapłonęły bólem, zobaczył Imfrydę – krwawiącą i w porozdzieranym ubraniu – osaczoną przez troje napastników. Trzymali ją przy ścianie pod krwawym napisem „ŚWINIOM ŚMIERĆ”.

Zamarł z szoku, niedowierzania i przerażenia. Jego zwierzęcy instynkt pragnął zaatakować, ale osłabione mięśnie zadrżały tylko w odpowiedzi. Nagły, obezwładniający ból łap poraził jego system nerwowy. Wydał z siebie głośny, trudny do określenia dźwięk. Gdyby był człowiekiem, byłby to przepojony cierpieniem wrzask rozpaczy i bezsilności, przepuszczony przez wilcze gardło niósł zaś w sobie dodatkowe nuty wycia, charkotu i czegoś niepokojąco przypominającego ludzki język. W oprawcach Imfrydy już samo pojawienie się zwierzęcia wywołało grozę, teraz znaleźli się na skraju paniki.

Wampirzyca wykorzystała to, by wyrwać się z uchwytu i wbić paznokcie w szyję przywódcy napastników. Natychmiast wyszarpnęła mu tchawicę. Uniknęła następnie ciosu srebrnego noża, który zabłysnął w ciemności, i przewróciła na ziemię jedyną wśród oprawców kobietę, której piersi wyraźnie odcinały się od obcisłego czarnego stroju. Zagryzła ją w mgnieniu oka. Ostatni z myśliwych – ten z nożem – zaskoczony nagłą zmianą ról, odskoczył, potykając się przy tym o przewrócone krzesło. Imfryda spojrzała w stronę okna. Sierść Edgara dymiła w pierwszych promieniach słońca. Pchnęła go ku drzwiom do piwnicy. Były otwarte. Nim zdążył pomyśleć o powtórnej przemianie w człowieka, toczył się już po schodach. Słyszał przy tym krzyk, jaki wydobył się z ust ostatniego z mordowanych ludzi. Wtedy to upadł łbem na surowy beton posadzki i stracił przytomność.

I’m still a child, but I’m closer to death
Swans, „Still A Child”

Ponownie przekroczył bramy Piekieł. Realniej niż kiedykolwiek wcześniej. Tym razem nie unosił się swobodnie ponad czarą, lecz przykuty był łańcuchami do sufitu ponad nią. Czuł gorąco i ból, jego skóra była sucha, a miejscami odchodziła, jak płaty starej farby.

W czarze płonął ogień, a kobiety w długich, powłóczystych czarnych szatach wychodziły po kolei z nisz i bocznych przejść. Po kamiennej posadzce ciągnęły długie, skórzane pejcze. Zanurzały je następnie w ogniu, podpalały i smagały skórę Edgara. Uderzenia cięły boleśnie i głęboko, paliły żywym ogniem i zmieniały ciało wampira w srebrzysty, powoli opadający ku podłodze popiół.

„Nie tak wyobrażałem sobie śmierć we śnie” – pomyślał.

Pejcze owijały się wokół jego szyi, nadgarstków i kostek. Kobiety szarpały je boleśnie w coraz krótszych odstępach czasu i z narastającą siłą. Kawałek ciała, który odpadł z przedramienia, odkrył bladą kość. W końcu nie wytrzymał kolejnej fali cierpienia. Świadomość ponownie opuściła ciało wampira.

Zamiast wolności od cierpienia poczuł bezbrzeżny głód i poczucie zagubienia. Nawet ułamek sekundy w tym stanie wydawał się wiecznością. Nie śnił już jednak, nie balansował na krawędzi sennych majaczeń o śmierci. Powrócił do ciała i zorientował się, że ponownie przybrał ludzką postać. Podczas swej przemiany w wampira doznał już czegoś podobnego. Było to jednak dawno. Siedemnasty wiek, Paryż. W porównaniu z obecnym tamto doświadczenie było też praktycznie bezbolesne. Traumatyczne, lecz nie wiązało się z tak przejmującym cierpieniem, jakiego właśnie doświadczał.

Czuł, że siedzi w fotelu, zamglony obraz przed oczami wirował. Spróbował wstać i przewrócił się na ziemię.

– Gardzę tobą – usłyszał spokojny głos Imfrydy. – Jesteś słaby, strachliwy, nieporadny, żałosny i nie masz w sobie krzyny honoru. Straciłeś wszystko, co kiedykolwiek miało coś wspólnego z godnością. Wyrzekłam się ciebie, a ty wróciłeś w postaci kundla, otoczony zatęchłym smrodem życiowej porażki. Ale też ocaliłeś mnie. Żyję i nie mogę się tym cieszyć, bo twoja przypadkowa, jak zakładam, pomoc upokarza mnie.

Poczuł błogość. Wielokrotnie wcześniej zwracała się do niego w ten sposób, wielokrotnie wyklinała, opluwała, wyrzucała z życia i odcinała więzy. Tęsknił za tym, nie przyznając się przed samym sobą, że pragnął usłyszeć to ponownie.  

Zbliżyła się i postawiła mu but na twarzy. Zamglonym wzrokiem widział tylko jej długą, zgrabną nogę w wysokim skórzanym bucie.

Imfryda odkorkowała butelkę wina.

– Mogłabym cię zabić i ukryć przed światem, że w ogóle tu byłeś, ale i tak zachowałabym w sercu wstyd. Zamiast tego dam ci nagrodę, na którą nie zasługujesz.

Czerwony strumień zalał zdeformowaną naciskiem twarz Edgara. Łykał go łapczywie i ufnie, choć nie docierał przez to do niego sens większości słów wypowiadanych prze siostrę.

– Krew Draculi – stwierdziła. – Wino, które naprawdę zawiera pamięć jego krwi, choć niektórzy mówią, że rozcieńczone bardziej niż homeopatia i że działa tylko na tych, którzy w to wierzą. Kropla skrzepniętej krwi Mistrza w beczce wina, potem naparstek z tej beczki przelany do innej i zmieszany z wytrawnym cabernet sauvignon. Na logikę, to nie ma szans działać, ale cóż, kościoły wszystkich siedmiu proroków nie mają nawet tego, a regularnie odprawiają swoje durne rytuały i wierzą w magiczne przemiany.

Strumień przestał się lać. Edgar, wciąż pod butem siostry, zlizywał teraz kałużę wina z podłogi.

– Chłepcz swoją komunię, żałosny kundlu – oświadczyła Imfryda podniosłym tonem – krew Vlada Țepeșa Palownika, hospodara wołoskiego z dynastii Basarabów, króla wampirów, inspiracji tysięcy pieśni i legend, pogromcy Turków, który zaprosił na ucztę nieprzychylnych mu bojarzynów, a gdy najedli się już i napili, zostali wymordowani przez krwawą gwardię! Władcy, który opanował linię Dunaju od Widynia po Morze Czarne. Jego cios był jak błyskawica, gniew jak ogień. Pamiętaj przy tym, że pijesz też krew zdrajcy, bo przecież Vlad, zanim przeciwko Turkom wystąpił, wśród nich się wychował, i krew obrońcy Pięciu Kościołów, bo z modlitwą na ustach mordował wrogów wiary. Gotował ich żywcem, a dzieciom z gwałtów poczętym gardła podrzynał. To krew wojownika i władcy, który światło dnia przeklął i w Cieniach Nocy znalazł sojuszników. Dzięki podstępom wdzierał się do twierdz, tak jak wówczas, gdy uprowadził tureckiego Hamza Paszę, w jego przebraniu wrócił do Nikopola i wzniecił wśród Turków bratobójczą walkę. To krew członka Zakonu Smoka, który bronił swą ojczyznę przed imperium osmańskim. To wreszcie krew Samoistnie Przemienionego, gdyż Przekleństwo Wieczności spłynęło na niego wraz z krwią przelaną. Zabrawszy tysiące żyć, przeklinany przez niewiernych, zyskał nieśmiertelność wampira.

Edgar nie mógł już wytrzymać potoku słów Imfrydy. Wino zaczęło żywym ogniem palić mu usta, przełyk i żołądek. Jak lawa wlewało się do krwi. Zacisnął oczy i wrzasnął.

– Widzisz teraz noc, księżyc, góry i gotycki zamek na wysokiej skale?

– Tak szczerze, to ciemność widzę – odparł zamroczony.

– A gdy przejdą chmury?

– Wtedy widzę. Zamek z wieloma wieżycami i księżyc pełni – przytaknął Edgar, poruszony nastrojem panującym wokół. Nie mógł zgadnąć, jak się tu znalazł i skąd dochodzi jego uszu tajemniczy, androgeniczny głos.

– To Transylwania Serca. Jest uosobieniem najgłębszej wampirzej tęsknoty za strzelistą ostoją zamkowych wież, które wznoszą się pośród niedostępnych gór. – Hipnotyczne brzmienie i rytm słów porwały Edgara. – Za krajem, ponad którym unosi się zapach świeżo minionej wojny i przelanej krwi, za ojczyzną ludzi surowych jak kamień karpackich skał, a także za niespełnioną miłością wojownika, który wciąż musi przelewać krew w obronie granic, zamiast spocząć w alkowie z ukochaną. Za niebezpieczną, zamgloną krainą pośrodku świata.

– Pośrodku świata? – zdziwił się nagle. Coś mu tu nie grało.

– Tak. To przecież serce określa centrum świata, w którym żyjesz. Dotyczy to nie tylko uczuć i emocji. Istnieją archetypiczne mapy, na których raz ustawione punkty trwają niewzruszenie. Taką właśnie mapę pozostawił nam Vlad Drakula. Transylwania Serca to strzelisty zamek wśród gór, który określa centrum, oś świata. Wokół niej porządkujesz wampiryczną rzeczywistość. Jesteś na to gotowy?

– Nie wiem. Ale chyba nie mam wyjścia i muszę spróbować – dodał po chwili milczenia i trzech, coraz to silniejszych, powiewach chłodnego wiatru.

– Zacznijmy od południa. Tam umieszczasz wszystkich, do których czujesz wrogość. Idą w równych szeregach pod ciężkimi sztandarami z wyhaftowanym półksiężycem. – Edgar wzdrygnął się. Nie walczył najlepiej. – Odgradza cię od nich las dwudziestu tysięcy pali, na które wbici zostali poprzedni intruzi, oraz wypełnione gnijącymi ciałami doły. Gdy nastaje wieczór, wrogowie zatrzymują się, po czym wśród wszechobecnego zapachu śmierci i rozkładu rozbijają obóz. Ich morale jest niskie, a ty nocą zawitasz do nich i jednym z wielu obmyślanych zawczasu forteli zniszczysz kolejną wrogą armię. Choćby liczebnością i wyszkoleniem kilkakrotnie przewyższała twoje siły, przegra, przepadnie, zginie. To właśnie zrobiłbyś, rządząc Transylwanią.

– Brzmi rozsądnie – przyznał podbudowany Edgar.

– Na zachodzie znajdziesz zdradę. Sojusznika, który nie chce, byś wzrósł w siłę, lecz byś zawsze był od niego zależny. Będzie ci pomagał, dopóki będziesz słaby, odwróci się, kiedy stwierdzi, że zyskałbyś zbyt wiele. Przeklniesz go i znienawidzisz, jednak wiesz, że w końcu musi nadejść czas, gdy ukorzysz się i ponownie pójdziesz do niego z prośbą. To właśnie zrobiłbyś, rządząc Transylwanią.

– Z ciężkim sercem, lecz zrobiłbym to. Imfryda wie najlepiej, ile razy…

– Nie popadaj w zbędne dygresje – upomniał go głos. – Na północy znajdziesz kupców oferujących towary potrzebne tobie, twoim poddanym i armii. Nie możesz za nie zapłacić, szczególnie że żądać będą wygórowanych cen i szydzić z pustego skarbca. Gdy negocjacje upadną, wpadniesz w szał, pozabijasz ich i zabierzesz wozy. Okłamiesz następnie pod przysięgą wszystkich innych władców państw północy. Zgonisz wszystko na zbójców, spreparujesz fałszywe dowody i powiesisz niewinnych ludzi. To właśnie zrobiłbyś, rządząc Transylwanią.

– Jeśli nie byłoby innego wyjścia…

– Na wschodzie są łąki i pola, a za nimi nieprzebrane knieje. Nie zbierzesz stąd jednak nic i stracisz wszystkie owce, jeśli nie zapewnisz odpowiedniej ochrony rolnikom i pasterzom. Wypalał będziesz lasy, zabijał wilki, polował na lisy, tępił watahy zbójów. To właśnie zrobiłbyś, rządząc Transylwanią.

– A później znów na południe, tak?

– Zgadza się. Gdy zdecydujesz natomiast, że nie masz siły dłużej ścierać się z Wrogością, Zdradą, Chciwością i Dziczą, że tęsknota do ukochanej silniejsza jest niż wszystko, powrócisz do zamku. Wiedz jednak, że jeśli to zrobisz, po jednym krótkim dniu usłyszysz o wrogach zmierzających w stronę zamku, przybędzie do ciebie wysłannik z zachodu i postawi niegodnie warunki poddaństwa, zaraz dojdą też do ciebie wieści o głodzie, pustych polach, owcach przepadłych na górskich halach, brakach w zaopatrzeniu armii. Tyle kosztować będzie szczęście jednego dnia.

– Ale to chyba właśnie zrobiłbym, rządząc Transylwanią…

– Tak – głos zabrzmiał nagle bezmiernym żalem.

Kwintesencja wampiryzmu uderzyła Edgara z siłą większą niż wizje Piekła. Przełknął w napięciu ślinę i przyszykował się do zadania pytania, które nasuwało mu się na usta.

– I nie istnieje tu nic poza cierpieniem?

– Są miejsca, które dają wytchnienie. Znajdujemy je we wspomnieniach kilkusetletnich żywotów. Kiedy je przywołujemy, pamiętamy, że czuliśmy górski wiatr, chłód strumienia, smak ust ukochanej, gulaszu przyrządzonego w przydrożnej karczmie (najlepszego w całym Siedmiogrodzie) czy ciepło ognia w kominku. Słyszeliśmy śmiech przyjaciół, wzruszającą pieśń Cyganów, echa odległych piorunów, gdy wpatrywaliśmy się w zamglony horyzont, stojąc na surowej karpackiej grani. Gdy przeżywaliśmy te momenty, nie znaczyły wiele, ale nasze martwe serca przez chwilę wydawały się nabierać rytmu, krew krążyła szybciej i radosną furią roznosiła w strzępy zakrzepy w arteriach, jak wiosenna woda kruszy krę na Dunaju. Tych naprawdę szczególnych chwil było niewiele, więc ważne jest, Edgarze, żebyś przypomniał je sobie, przeżył raz jeszcze i zapamiętał wszystkie. Będziesz do nich tęsknił, powracał i czerpał siłę, zaraz po tym, jak ockniesz się z twarzą w błocie po przegranej bitwie lub kiedy będziesz miał wyrzuty sumienia po morderstwie i grabieży, a także wtedy, gdy Turcy będą cię chłostać do utraty przytomności. Przypomnisz sobie o nich, gdy zobaczysz spalone wsie i łąkę usianą trupami zagryzionych owiec, z leżącym tam ostatnim, beczącym żałośnie, dogorywającym jagnięciem z połamanymi nogami i pękniętą czaszką. Dostrzeżesz, że w jego mózgu zaległy się już robaki i zabijesz baranka, szukając – w tej samej chwili – jednego z owych kojących obrazów.

My eyes are darkness,
My heart is light
We are the means
To end your suffering.
Luftwaffe,„Killkorps”
Edgar i Imfryda siedzieli obok siebie wpatrzeni w płomienie pełgające w kominku.

– Czyj głos słyszałeś w Transylwanii? – spytała spokojnie.– Nie jestem pewien. Nie wiem nawet, czy był męski, czy kobiecy. Płynął jakby z mojego wnętrza – opowiedział Edgar.

Znów milczeli przez dłuższą chwilę.

– Pamiętaj, że to nie jest żadne konkretne miejsce, jednak gdy ją odkrywasz, pomaga już zawsze znaleźć drogę w każdej trudnej sytuacji, w największej plątaninie uczuć.

– Kto ci ją wskazał? Kto dał ci wino z krwią Draculi?

– Nasz król. Traian VII. Nie pytaj jednak, przez co musiałam przejść, by na to zasłużyć. Zapamiętaj za to, że ścieżka nie jest też dana na zawsze. Można ją zgubić.

– Zgubić drogę do własnego serca?

Przytaknęła.

– Fizyka działa tam też inaczej. Czas traci linearność, zwalnia i przyspiesza, jak we snach. Nie znajdziesz tam nawet jednego działającego zegara. Życie w Transylwanii Serca podzielone jest na pory roku, dni i cykle księżyca, ale nie następują po sobie w przewidywalny, logiczny sposób. Gdy po raz pierwszy ją odkryłam, za każdym powrotem miałam do dyspozycji mniej żołnierzy i pól do obsiania, kupcy przywozili słabszej jakości towary. Zdałam sobie sprawę, że to ja sama skazuję ją na zagładę. Niesłychanym wysiłkiem woli próbowałam nie tyle powstrzymać, ile opóźnić ten proces. Rozmawiałam z dziesiątkami innych wampirów, które podążały tymi samymi ścieżkami i rysowały na mapach własne wzory. Pogodziłam się, że jak w każdej mitycznej krainie także i tutaj dojdzie do Dnia Końca, kiedy to wszystkie wampiry połączą się w desperackim geście obrony ruin ostatniego zamku, a walczyć będziemy wówczas z całym światem. Ku mojemu zaskoczeniu, przy następnej wizycie miałam już liczniejsze wojsko i obfitsze zbiory.

– Uważasz, że ludzie mogą używać przemocy, by się chronić? – zapytał nagle Edgar.

– Jak ci, którzy zaatakowali mnie zeszłej nocy? Cóż, nie jestem człowiekiem i nie czuję się dobra. Niech to ci wystarczy za odpowiedź.

– Nie wystarczy, bo za tą refleksją idzie kolejna.

– Jaka?

– Żeby nie przebywać wśród tych, którzy hołdują takim zasadom.

– Dlatego Transylwania Serca oznacza samotność i wyobcowanie. To sposób uporządkowania naszego wewnętrznego świata.

– Rozumiem i dziękuję, że obdarowałaś mnie tym wszystkim – zaczął z nadzieją. – Chciałbym też zrobić coś dla ciebie. Może…

– Opuść jutro ten dwór, Elbląg, Pogezanię, województwo, a najlepiej kraj – przerwała mu oschle i przykuła spojrzeniem czarnych oczu, w których odbijały się płonące w kominku drwa. – Jeśli tego nie zrobisz, spalę cię żywcem.

A world is born, another dies
Black sun rise
Decaying flesh gives birth to flies
Black sun rise
Death In June & Boyd Rice, „Black Sun Rising”

A