Przejdź do treści
Trumnioki i oficerki
ProzaPatrycja Sawiuk
PROZA

Trumnioki i oficerki

Opublikowano w: Nr 01•2025 [14]

Jedną parę butów, tyle miał dziadek. Nie przez całe życie, ale na jego krawędziach. Za chłopaka, jak mawiał, przemierzał w nich zaspy śniegu otaczające jedną wieś i strzegące drugiej. W niedzielny poranek z trzema braćmi szedł do odległego obielonego kościoła, by z szacunkiem pokłonić się ojcu. Nie było konia z furmanką, nie dla obutych.

Siadał na ławce przed domem, jak Maciejowa po drugiej stronie ulicy, i wcierał w skórę zrobione z sadzy i łoju czernidło. Potem długo polerował płócienną szmatką, aż promienie słońca odbijały się od powierzchni butów bardziej niż od zawieszonych w gałęziach skrawków lustra, straszydeł szpaków.

Maszerowało się, mówił dziadek bezosobowo. W cierpkiej porcji wspomnień wyczuwam jednak nutę rozrzewnienia. Ludzie nie mieli wiele, ale nikt chałupy na klucz nie zamykał, mówił, rozdrabniając miękkimi dziąsłami namoczoną w jajku i mleku, opiekaną na patelni pajdę chleba. Dni były czarno-białe, smakowały prostotą. Pili, bili, ale w polu pomagali.

Siedemnastoletni Maniek, drugi za koleją, śledził każdy krok starszego brata. To jemu miały przypaść w spadku czyszczone z czcią buty z cholewami. Swoje odświętne oddał o głowę niższemu Staszkowi, a ten swoje – najmłodszemu Jaśkowi. Taki już obowiązywał porządek.

Latem można było się obejść bez solidnego obuwia. Jesień przynosiła wilgoć, zima – chłód, a wiosna – nadzieję. Niekiedy wystarczały filcoki. Gorsze od nich, jak mówił dziadek, były tylko trumnioki. Co takiego?, pytam, wyobrażając sobie tekturowe atrapy. Trumnioki, trumniaki, dziadek nie pamięta. Tanie buty, co to żadna porządna dziewczyna nie chciała spojrzeć na kawalera w takich na odpuście.

W końcu Maniek doczekał się uroczystego przekazania butów z cholewami, a cierpliwość nagrodzono. Dziadka bowiem wysłano do miasta, na naukę do rzeźnika. Ale że nie wypadało iść w starych butach, poszedł w czarnych oficerkach ojca. Tamte zostały i jeszcze wiele razy przechodziły z rąk do rąk.

Zmierzchało, gdy co piątek z miasta do rodzinnej wsi dziadek wracał pieszo. Hen za nim ciągnął się sznur bezpańskich psów, zwabionych wonią zwierzęcej krwi na dłoniach i pętem kiełbasy w papierze pod pachą.

Myślało się, mówił dziadek, by otworzyć swój zakład masarski, bić świnie, robić szynki i salceson. Ojciec mógłby sprzedać kilka morgów ziemi i pomóc, mówił dziadek, ale wybuchła wojna. Trzeba było iść walczyć. Poszedł z Mańkiem. Chcąc nie chcąc oficerki się przydały.

Szli na wschód. Z daleka słychać było miarowe uderzenia podeszw o zmarzniętą ziemię. Przez graniczne wioski przelewała się ciemna masa smrodu. Z odorem i wszami dało się żyć, ale nie bez solidnych butów zimą. Trzymali się razem, dziadek z Mańkiem i oficerki z cholewami. Gdy nie było gdzie spać, w nocy też szli wsparci na ramieniu kompana w ciasnym szyku. Jak już nie dawali rady, zakopywali się w śniegu na polu i czekali wschodu słońca. Doskwierały odciski, a z ran sączyła się ropa.

Nagle dziadek milknie, nie chce mówić dalej. Wsypuje trzecią łyżeczkę cukru do herbaty i miesza w nieskończoność. Metal dzwoni o szklankę. Udziela mi się jego niepokój.
– Co się stało? Powiedz.
– Co! Co! Maniek nie wrócił!
Wypuszczam powietrze i spoglądam na zimowy pejzaż w barokowej ramie, z której zeszła spora część farby. Nie wiem, co powiedzieć.
– Złapała ich banda na zwiadzie… Zabrali płaszcz i buty, ciało zostawili.

To dobrze, myślę. To znaczy dobrze, że nie zbezcześcili zwłok.

Do wsi wróciły czarne oficerki. Po drodze zaszły do obielonego kościoła. Tym razem nie było pokłonu, starego porządku ani radości. Tylko żal pozostał, że Mańka zimą pochowano bez butów.

A