Przejdź do treści
twarzą w Twarz
Recenzja odzyskanaMarcin Hanuszkiewicz
RECENZJA ODZYSKANA

twarzą w Twarz

Opublikowano w: Nr 02•2024 [13]

Gdy słyszymy dziś słowo „translacja”, myślimy prawdopo­dobnie o tłumaczeniu – o przenoszeniu znaczenia między językami. Zastosowanie takie potwierdza etymologia: połączenie przedrostka trans („na drugą stronę, poza, przez”) z latus – imiesłowem biernym dla czasownika fero („nosić”; stąd też „transfer”) – tworzy sens przeniesienia na drugą stronę; na drugą stronę języka.

Tyle, jeśli chodzi o najpowszechniejszą współcześnie definicję.

Translacja oznacza też jednak czynność zgoła odmienną od tłumaczenia tekstów. Translacji poddać można bowiem ciała świętych – oznacza ona wówczas ceremonialne prze­niesienie ich doczesnych szczątków do przeznaczonego dla nich miejsca w kościele czy kaplicy.

Pomyślmy o tym poetycko; zmrużmy oczy wyobraźni tak, by nałożyły się na siebie obrazy sensu płynącego między systemami znaków oraz uświęconych relikwii niesionych rytualnie ku świątyni.

Oto znaczenie przerzucane dotąd między językami przechodzi w kości świętych, a sycąca ich relikwie świętość udziela się słowom.

Albo inaczej. Przodkowie uobecniają się w języku – ich ślina lśni na słowach przechodzących z ust do ust – pod­czas gdy między językami wędrują okruchy świętego znaczenia; w przekazywanej nowymi słowami opowieści zachowany jest, niby szkielet, jej święty rdzeń. Odwieczna nowina.

W myśli chrześcijańskiej występuje pojęcie prefiguracji, czyli swoistego praobrazu. Prefiguracją nazwiemy motyw, postać lub sytuację ze Starego Testamentu, która zapowiada Chrystusa. Interpretuje się w ten sposób nie tylko mesjani­styczne proroctwa, ale także zauważalne niejako post factum analogie do ewangelicznego Jezusa.

Często chodzi tu o ten rodzaj podobieństwa, w któ­rym uwypuklona jest tak naprawdę różnica, brak uzupeł­niony dopiero w Chrystusie. Przykładu dostarcza prorok Jonasz, o którym sam Chrystus mówi tak: „jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wielkiej ryby, tak Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi” (Mt 12, 40); o ile jednak Jonasz wykonuje swe zadanie nie­omal wbrew sobie – ucieka wszak przed Bogiem, oburza się na łaskę okazaną tym, których nawrócił… – o tyle Syn Człowieczy misję swą wypełnia aż po samą śmierć.

Prefiguracji doszukiwać się można również w mitach. Założenie jest wtedy takie, że pośród symboli układających się w mityczne opowieści wysłyszeć da się kosmogoniczne echa, które docierają do nas przez mitologiczny szum – ze zniekształceniami, do których doszło w zbiorowych wyobraźniach ludów. Migawki w bursztynie.

Ale to, co w mitach jest rozłupane – rozsiane we frag­mentach po mitologiach świata – w Chrystusie stanowi peł­nię, od początku do końca.

Innymi słowy, każdy taki fragment, każda kość świę­tego sensu, ma przeznaczone sobie miejsce w strukturze znaczeniowej świata, w świątyni Logosu – Słowa, które było na początku; Imienia, przez które wszystko się stało. Tak jak relikwia wówczas dopiero w pełni uczestniczy w sacrum, kiedy poprzez translację znajdzie się w uświęconej prze­strzeni, tak też mit podlec musi translacji na Logos.

C.S. Lewis takiego właśnie zadania podejmuje się w książce Póki mamy twarze. Mit opowiedziany na nowo. Jak sugeruje wiele mówiący podtytuł, Lewis reinterpretuje tam mit, a konkretnie – historię Erosa i Psyche; istotnie udaje mu się przy tym sięgnąć tej mitycznej głębokości, gdzie rzecz dotyczy – zgodnie z greckimi imionami – miło­ści i duszy.

Nie będziemy się skupiać na szczegółowej analizie fabuły. Interesuje nas raczej ruch, w jaki Lewis wprawia mit.

Otóż podaną nam przez Apulejusza historię o tym, jak to Psyche podgląda, wbrew zakazowi, boską twarz Erosa, skazując się po jego zniknięciu na tułaczkę w poszukiwaniu ukochanego, Lewis inscenizuje w małym, barbarzyńskim królestwie gdzieś nieopodal Grecji. To tamtejsze, wcześniej­sze wydarzenia okazują się pierwowzorem mitu znanego nam z Hellady.

Mamy więc ruch wstecz, w przeszłość, do czasu kamieni otoczonych kultem i ofiar składanych z ludzi. W krainę obra­mowaną mitem krwiożerczym.

Królestwo dotykają klęski. Chcąc udobruchać surową boginię płodności, mieszkańcy odprawiają rytuał. Psyche, przepiękna królewna, oddana zostaje za żonę ukrytemu w górach, potwornemu synowi bogini. Wszyscy spodzie­wają się, że zostanie pożarta.

Wbrew jednak ludzkim wyobrażeniom, bóstwo – które u Greków wysubtelni się w Erosa, syna pięknej, acz zazdro­snej Afrodyty – przyjmuje Psyche w swym niewidzialnym dla innych śmiertelników, położonym w bujnej dolinie pałacu, gdzie dziewczyna ma żyć długo i szczęśliwie.

Kłopot w tym, że odnajduje ją tam jej siostra, Orual. Widząc jedynie dziką dolinę, a nie żaden pałac, o którym opowiada jej Psyche, Orual stwierdza, że Psyche postradała zmysły; nie wierzy we wspaniałego, boskiego oblubieńca, który zakazał Psyche oglądać swe oblicze. Nie mając jednak innego sposobu, by zabrać swą siostrę z powrotem do domu, zmusza ją do złamania zakazu. Pewna jest, że iluzja pryśnie, ale ku jej rozpaczy, to Psyche znika bez śladu.

Tak oto przedstawia nam swą tragedię Orual – siostra Psyche, narratorka powieści; rozłączona z wygnaną Psyche, zbuntowana przeciwko nieuchwytnemu Erosowi.

Cierpiąca na brak duszy i miłości.

Trudno się dziwić, że punktem wyjścia dla spisania przez nią swej historii była chęć, aby sformułować oskarżenie przeciwko bogom; takimż oskarżeniem jest pierwsza część książki – pierwotna treść zapisanego przez nią zwoju – która kończy się obwinieniem bogów za niezrozumiałość świata. Za „brak odpowiedzi” na pytania kierowane ku niebu.

Druga część natomiast – dodana do zwoju pod wpływem opisanych w niej wizji oraz odwracających jej dotychczasową perspektywę doświadczeń – w obszerny sposób podejmuje kwestię tego, czym w ogóle może być dla człowieka „odpowiedź” i na jakich, by tak rzec, warun­kach może ją otrzymać.

Czytamy tam między innymi o serii wydarzeń, które pozwalają Orual zrozumieć, że wyliczone przez nią w pierw­szej części krzywdy, które na nią spadły, były w równej mie­rze krzywdami, które ona wyrządziła. Co więcej, czytamy o widzeniach, w których spotyka się ona wreszcie z Psyche – łączy ze swoją psyche, duszą – oraz ostatecznie także z miło­ścią, czyli Erosem, którego Lewis pokazuje jako Chrystusa doświadczanego przez pryzmat pogańskiej, przedchrześci­jańskiej wyobraźni.

Zanim pomówimy o tym bardziej definitywnie, poświęćmy jeszcze odrobinę uwagi jednemu z kluczo­wych momentów historii – zawiasowi, na którym obraca się myśl przewodnia całej powieści; tak się bowiem składa, że moment ten prezentuje nam problem ściśle związany z translacją jako tłumaczeniem.

Jak wspomnieliśmy, książkę wydano w Polsce pod tytu­łem Póki mamy twarze, ewentualnie Dopóki mamy twarze. Angielski oryginał brzmi: Till We Have Faces, i faktycznie łatwo założyć, że chodzi tu o ten czas, który poprzedza stratę twarzy – że historia będzie o tym, co możliwe, póki mamy twarze.

Sęk jednak w tym, że angielskie till jest niejako mieczem obosiecznym. Może, w zależności od kontekstu, w którym jest użyte, odnosić się zarówno do „póki”, jak i „póki nie”; do tego, co poprzedza, jak i tego, co następuje. Co za tym idzie, nie sposób oddać w polskim tłumaczeniu specyficz­nego efektu zaskoczenia, z jakim napotykamy w trakcie lek­tury drugiej części dzieła tytułowe till we have faces.

Oto Orual wygłasza podczas widzenia swoje oskarże­nie przeciwko bogom. Odkrywa ze zdumieniem, że brzmi i wygląda ono inaczej niż starannie pisany na jawie zwój. Odczytując z pogniecionych kartek wściekle postawione znaki, poznaje prawdziwą naturę swej skargi – słyszy wresz­cie z własnych ust, że zarzewiem tragedii było tak naprawdę jej zaborcze pragnienie, by mieć Psyche tylko dla siebie. Rozumie, że odarta ze złudzeń forma pytania jest odpo­wiedzią, która udzielona zostaje pytaniu w jego niedojrzałej postaci.

Przypominając sobie grecką naukę o przyjemności pły­nącej z precyzyjnego wypowiadania się, Orual uświadamia sobie jej płytkość, jej nieadekwatność względem potężnych wzburzeń ludzkiego losu. W oryginale stoi tak:

When the time comes to you at which you will be forced at last to utter the speech which has lain at the center of your soul for years, which you have, all that time, idiot-like, been saying over and over, you’ll not talk about the joy of words. I saw well why the gods do not speak to us openly, nor let us answer. Till that word can be dug out of us, why should they hear the babble that we think we mean? How can they meet us face to face till we have faces?

Łukasz Nicpan tłumaczy to zaś tak: „Gdy jednak będzie ci wreszcie dane wyrzucić z siebie to wszystko, co przez lata spoczywało w samym jądrze twojej duszy, co jak głupiec przepowiadałeś sobie wciąż od nowa, nie będziesz mówił o radości, płynącej ze słów. Zrozumiałam teraz z całą jasnością, dlaczego bogowie nie przemawiają do nas wprost, ani nie dopuszczają nas do odpowiedzi. Póki nie można dokopać się w nas tego słowa, po cóż mieliby wysłuchiwać bełkotu, który uważamy za swoje przeświadczenie? Jakże mogą stanąć z nami twarzą w twarz, póki mamy twarze?”. Podobnego wyboru względem ostatniego zdania dokonuje Albert Gorzkowski, w którego nowszym przekładzie czytamy: „Jak mogą spotkać się z nami twarzą w twarz, dopóki mamy twarze?”.

A przecież jeśli pójść tropem zdania poprzedniego – w którym obaj tłumacze zgodnie traktują till that word can be dug out of us jako „póki nie można dokopać się w nas tego słowa” oraz „dopóki słowa te nie zostaną z nas wydobyte” – to uznać trzeba, że i w zdaniu ostatnim chodzi o „póki nie”. O to, że nie możemy zobaczyć twarzą w twarz, dopóki nie mamy twarzy. Dopóki nie wykształci się ona, ana­logicznie do dojrzewającego w nas słowa – Słowa – Logosu.

Symbolika twarzy zapewnia Lewisowi narzędzia, by przeprowadzić translację mitu na Logos: Psyche, która nie mogła poznać twarzy Erosa, przetłumaczona jest na duszę, która nie może ogarnąć spojrzeniem Bożej miło­ści. „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany” (1 Kor 13, 12).

W rzeczy samej, ostatnia wizja, która nachodzi Orual na cztery dni przed śmiercią, stawia ją – choć wciąż z opusz­czonym wzrokiem – przed niemożliwą do obejrzenia twa­rzą. Na tym końcowym etapie powieści w niezaprzeczalny sposób jest to już Chrystus, który objawia się umierającej pogance jako Ten, przez którego istnieje „cokolwiek było lub będzie”. „I ty jesteś Psyche”, mówi olśniewająca obecność; Orual odnalazła nareszcie swą duszę, a razem z nią – Jego miłość.

Mamy więc i ruch naprzód. Cofnąwszy mit w czasie, Lewis posyła go także w przyszłość. Centralny dla mitu okruch świętego znaczenia wędruje: od syna barbarzyńskiej bogini, któremu składa się w ofierze piękną dziewczynę – przez rozpoznanego w nim greckiego Erosa, w którym zako­chuje się Psyche – ku Chrystusowi, który miłuje duszę.

Ku punktowi Omega, czyli przyszłości ostatecznej, kiedy to wszystkie relikwie spoją się na powrót w szkielety i powleką ciałem, zaś sens, który gonimy teraz niby iskry rozwiane z płonącego gdzieś ogniska, zajaśnieje przed nami w swej nieskończonej całości.

W przekazywanej nowymi słowami opowieści zacho­wany jest, niby szkielet, jej święty rdzeń.

Odwieczna nowina.

A