Przejdź do treści
Ustrój wewnętrzny
EsejKrzysztof Wacławiec
ESEJ

Ustrój wewnętrzny

Opublikowano w: Nr 02•2025 [15]

Pąki oprószyły śliwy od pni po błękit nieba. O poranku drobne i mięsiste, ledwo punkciki okryte łupinami, jeszcze nie rozwinięte a już krzykliwie różowe. Wewnątrz, płatki zbite w pęczki po pięć w kielichach czekają na ciepłe promienie Słońca, by je zauroczyć i uwieść, a potem za nimi odlecieć. A Ono wstało jak zawsze za wysoką bryłą szpitala, przenikło przez wysłużone żaluzje i rozłożyło się jaskrawymi strugami na nocnym stoliku i zaspanej pościeli. Na zewnątrz w cieniu przy śliwach zimno, nie więcej niż dziesięć stopni Celsjusza, w pełnym słońcu na przybrudzonym tynku już nawet dwadzieścia pięć. Pod pachą trzydzieści sześć i sześć, a wewnątrz, w piersiach i poniżej w brzuchu zawsze o jeden stopień cieplej. Mój brzuch okryty kołdrą w słoneczne paski i zgrzebną flizelinową koszulką w odcieniu turkusowym, ogolony i umyty czeka na rozcięcie. W nim w okolicach pępka pod warstwami skóry, tłuszczu i mięśni, wśród błon na niesfornym i nadąsanym jelicie grubym gastroenterolog wykrył drobną anomalię i nazwał ją polipem w uchyłku. Na ekranie wygląda jak lekko zaróżowiona pestka, która utknęła w wilgotnym i błotnistym zagłębieniu o piaskowej teksturze; w zbliżeniu, jak groźny krater ukwiału. Mój brzuch – wypukły i namacalny, ciepły i miękki coraz bliższy sercu – osnute tajemnicą źródło życia. W nim gdzieś w okolicach pępka, między żołądkiem a wątrobą w plątaninie trzewi siedzi dusza życia, dająca siłę i energię całemu ciału. U kobiet bardziej aktywna, bo przecież poczynająca nowe życie, drugą (czasem i trzecią) duszę. Spojrzałem na pępek, jedyną prawdziwą pamiątkę po matce, po pierwotnym i jedynym połączeniu dwóch dusz. Mimochodem, pchany strachem i głodem (przed operacją należy oczyścić przewód pokarmowy), tak leżąc sobie pępkiem do góry i czekając na „telefon z operacyjnego” jak na wezwanie przed sąd ostateczny, wkroczyłem na mętny i grząski grunt dociekań na nurtujące mnie pytania, na które, od razu wyjawię, nie znalazłem odpowiedzi. Ułatwiły je podane mi psychotropy i choć nie ukoiły zaległej w skurczonym żołądku trwogi, to rozweseliły mnie i otworzyły kilka wcześniej zaryglowanych drzwi. Wywołały zewnętrzne wspomnienia, które trudno nazwać moimi, bo wykraczają poza moje własne doświadczenia.
Zasnąłem około trzynastej. Za przewodnik posłużyła mi księga pachnąca cynamonem i dymem, pełna domysłów i przypuszczeń. Księga utraconego rodzaju o wyrwanych kartkach włożonych bezładnie między osmalone, pogniecione i porwane okładki. Stos odręcznych notatek, egzotycznych widokówek i skasowanych znaczków – sklejony i zapieczętowany opatrunkowym plastrem. Manuskrypty zawierają obce teksty: łacińskie, greckie i arabskie, a nawet runiczne, na widokówkach wizerunki spróchniałych dziadów, zdobnych w sceny rodzajowe garnków, siekier, masek i rozmaitego rodzaju dubów smalonych, natomiast na znaczkach szereg powszechnie znanych słów o tajemnej etymologii. Księga cudem odnaleziona na dnie szafy w drohobyckiej piwnicy przy rynku. Na sali operacyjnej zapachniało związkami formaldehydu i chloru. Zgodnie z Księgą przeciętny Prasłowianin mógł mieć dwie dusze, a niektórzy z nich na przykład znachorzy, płanetnicy i wiedźmy nawet więcej; i nie chodzi tu o stan nadziei, wówczas algorytm ulega odpowiedniemu zwielokrotnieniu. Charakter, pochodzenie i przynależność dusz, miejsce ich zakotwienia w ciele człowieka oraz cele i kierunki wędrówek przed życiem i po śmierci (z zaświatów na świat i z powrotem) są różne i wielce zaskakujące. Zachciało mi się westchnąć ze zgryzoty i wyrzucić Księgę w pierony, jednak nie mogłem przeszkodzić chirurgom przy pracy, bo przecież chodziło o wysoką stawkę. W żadnym razie nie byłem gotowy na jakąkolwiek wędrówkę. Rzecz wyłożę chaotycznie tak, jak jest w Księdze, i tak, jak się czułem pod skalpelem, w narkozie – na krawędzi świadomości, rozdarty na co naj miej dwie połowy; rozcięty, rozczłonkowany.
„Za prawdę powiadam wam – rzecze Księga – dusze są dwie!”. A oznajmiwszy to zamilkła, jakby zamilknąć miała na wieki. Zanim znowu przemówiła usłyszałem rozmowy chirurgów – mówili o polityce, a znają się na niej, przecież niejednego polityka już kroili. „Jedna siedzi w głowie – odezwała się wreszcie – pyszna i dumna prawi morały i kazania. Widzi i słyszy, toteż co zobaczy i usłyszy, to pomyśli i wypowie. Zna ona drogę do niebiańskiego Wyraju i z powrotem. Druga skryta w trzewiach zawiaduje całym ciałem, nie myśli za to żyje i działa, a po śmierci wraca do Matki ziemi (do Nawi).”. Zaszeleściła, przewróciła kilka stronic i kontynuuje w te słowa: „…jak pestka śliwy na dwoje rozłupana, po łupin zdjęciu dwie cząstki jednego nasiona ukaże: bielmo i źrenicę. Nasiona powierzone bocianom, lelkom a w zimie i pół-krukom na świat (Słońce) zwraca!”. W Księdze są też inne karty, które wszelako pokazują jedną duszę do człeka podobną: „…jako widmo po świecie się tuła i strawy szuka. Wiatry ją smagają, na deszczu cierpnie i murszeje, ukojenie w świetle księżyca znajduje.” Można ją spotkać: „…wedle swarliwego ruczaju i w błyskawicach na dróg rozstaju.”. Zaś na markach pocztowych, w pieczęciach, w pieśniach smutnych i żałobnych, w tajemnych znakach i imionach, jeszcze inne ukryte są znaczenia: „Człek rodzi się zdrowy i chory jednocześnie, to od jego doli (niedoli) zależy, która z tych sił wyjdzie na wierzch. Siły te zmagają się ze sobą, dusze jedną się żywią, a od drugiej boleją. Wzruszona do żywego lub nagle przestraszona cierpi, jak zraniona nagłym postrzałem.”. Wywód przerwał kornik drukarz, zachrobotał gdzieś w jej środku. Księga wypluła z siebie kilka kartek i dalej wyjaśniała: „Z tego powodu dusza skomli i piszczy, a czasem szaleje, miota się i rzuca. Czasem ciało na jakiś czas opuszcza wówczas choroba bierze górę. Zły i chory kołtun kłębi się i rośnie, kłuje i boli, jak po ukąszeniu jadowitego węża. Przybiera postać wielookiego robaka, obłej glizdy lub pędraka, stunogiego wija, a nader często różnych pierwotnych jamochłonów, jak ukwiały, korale i polipy. Nieleczone rozwijają się w całej okazałości, trawią wnętrzności, skręcają je, plączą, wykrzywiają i łamią od środka kości…” – tu wiele mi umknęło z tego co Księga wyjaśniała, bo ogromnie zapiekło mnie w brzuchu. Na końcu usłyszałem z oddalenia: „…wówczas znachor zmusza je do ciała opuszczenia.”. Wreszcie doszło do mnie, że znachor za pomocą magii wspomaganej rytuałami przekonuje siły kosmiczne do wypędzenia choroby. Chirurg robi to za pomocą precyzyjnego cięcia skalpelem.
Obudziłem się o piętnastej jadąc na łóżku po korytarzu, jak na rydwanie, albo lepiej, jak na rollercoasterze powożonym przez dwie szalone pielęgniarki. Jedną niską – Lelum, a drugą wysoką – Polelum, obie przeraźliwie szczupłe.
„Chce pan „pilulkę” na sen? – Jedna z nich zapytała wieczorem.”. „Niech pan weźmie, ja chrapię – przekonywał sąsiad.”, ten drugi, przy drzwiach łazienki już chrapał na dobre i na złe. Zasnąłem, ale sny długo nie nadchodziły. Kaloryfer wibrował, woda pędziła przez rurki ożywiana pompą zainstalowaną gdzieś w piwnicach. Setki kaloryferów, kilometry rur ogrzewających pomieszczenia szpitalne, a w nich setki pacjentów czekających na urodzenie lub śmierć w bólu i we śnie, niespodziewaną i nagłą lub wyczekiwaną. Drgania przenosiły się na dosunięty do kaloryfera blaszany stolik nocny; brzęczał cichutko, rezonował. Paski żaluzji pocięły lunarne odblaski, położyły się cieniem na chrapiących towarzyszach. Stanąłem w oknie, na niebie szerokimi kołami krążył nocny ptak. Czekał już na mnie, by prowadzić. Minęliśmy miasto, a za nim las i wiele następnych miast i wsi, lasów, zagajników i rozległych pól. Noc i ziemia spowita w jej cieniu nabrały płowych kolorów, z wysokości ruch planety zamarł prawie. W dole latarnie uliczne, reklamowe neony i zastygłe w ich świetle zegary miejskie zatrzymane jak na wyretuszowanej widokówce wyjętej z Księgi. Zasnute mglistymi cieniami, ścięte mroźną taflą przetarć, zarysowań piaskowej sepii, a u wejść do ludzkich siedlisk nikłe płomyki lampek i świeczek. „Do nich wstąpili – wyjaśnił przewodnik – w nich legli w pościeli, uwinęli się jak w gniazdach i umościli pod głowami poduszki, Ci którzy czekają w nadziei na przyszły dzień”. W okolicach Montigniac z duszą na ramieniu za zwinną sową zawitałem w podziemiu. Duszne i mroczne pielesze. Szeroki korytarz zwężał się, aż postawiłem stopy na podłożu jak na poduszce. Z wysokiego komina zionęło zimnym powietrzem, aż zaparło mi dech w piersi. Duch we mnie zamarł zmrożony przemożnym strachem, gdy tchnienie śmierci przeszyło komnatę. Jej gorzki smak poczułem w ustach na języku. I dalej szybko za sową, mym towarzyszem zanurkowałem w głęboki komin. Zachęcała: „nie lękaj się, tam bezpiecznie”.
Tam na dnie pieczary widzę galopującego byka: kopyta biją w biały puch. Byk dopada swego prześladowcę, tratuje go i wdeptuje w ziemię. Myśliwy z ptasią maską na twarzy leży pod kopytami, zgruchotaną ręką sięga po włócznię. Oddaje ducha. Ale drobny szczegół sterczy mu z krocza, a stopy odziane w buty w szpic podrygują jak lakierki Wintona (Marsalisa) na koncercie w Pradze. „To nie koniec. To nie byle włóczęga – myślę sobie – to żerca mego plemienia”. Nagle włócznia, którą w ręku trzyma przebija brzuch byka. Z niego obficie wylewają się jelita. Z ptasiego żercy duch umyka i w postaci drobnych kamyczków i per rectum wchodzi w rogatego nosorożca, który nagle, nie wiadomo skąd nadbiega. Dwa kontury ma ten nosorożec, jeden mglisty i roztarty, drugi o wyraźnym obrysie. Ten zewnętrzny, zwiewny i sypki ziarenkami piasku umyka ku górze. Ten drugi, statyczny i ciosany uchodzi twardo stąpając po lodowej drodze, aż w błękitnych światłach zorzy niknie za zakrętem. Sowa usiadła na kiju. Choć może to bocian, a nie sowa, a kij, to nie kij, a złączone razem jego długie nogi. Bizon patrzy na wylewające się z jego brzucha pęczki jelit, nie widać przejęcia w jego spojrzeniu. Nie martwi się, nie ryczy, nie buczy i nie piszczy, przecież on też ma dusze.
Rano po śniadaniu, na które składały się kisiel, suchary i herbata przyszedł ordynator ze świtą. Cicho, nieco strapionym głosem wyjaśnił, że polipa znaleźć było trudno i nieznacznie rozłożył ręce. Widmo powtórki szalonej jazdy zaświtało mi w głowie. Wtem nadobny paź z podniesioną przyłbicą podszedł do mego łoża i urękawicznionymi dłońmi szybko zdarł szerokie plastry z ogolonego brzucha, tuż powyżej mego łona. Zapiekło! Ordynator spojrzał na mój brzuch wyniośle i z oddalenia, jak ongi król Bolesław Krzywousty na brzuch swego woja rannego w boju w bitwie pod Płowcami. Patrząc na pęki finezyjnie acz misternie zaplecionych kolczyków wokół krwawych cięć z uznaniem pokiwał głową. Wskazał swoje dzieło pozostałym rycerzom i pospolitej świcie. Westchnęli. Król nadał Florianowi Szaremu za zasługi w bitwie herb Jelito i rozległe włości (w okolicach Drohobycza). Wnet zwrócił się do mnie strwożonego szaraka, tymi oto słowy: „…czy ma mdłości? A nudności i czy stolec już był, a wiatry? Wiatry, czy były?”. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie i że tak, po czym pokornie wysłuchałem co zaordynował. Leżąc na wznak, ciągle żywiąc nikłą nadzieję wyzdrowienia zechciałem uniżenie zapytać o uchylającego się od odpowiedzialności polipa – przebrzydłego kołtuna, odmieńca zwyrodniałego bez czci i wiary. Zanim zacząłem zgasił me pytanie gestem podniesionej dłoni i wyrzekł krótko a dobitnie: polip odnaleziony i usunięty. Fanfary zabrzmiały, błogim tchnieniem dusza ożywiona, omal wniebowzięta, z ramion aniołów jak nowa spłynęła i na powrót w me członki wstąpiła. Radosna, błogo i wygodnie w trzewiach się umościła.
Kilka dni później wyszedłem ze szpitala. Śliwy zrzuciły płatki, zeschłe pręciki zmarniały na pęczniejących zarodkach, gałązki okryły się czerwonym listowiem i ukrasiły błękitne niebo. Pożółkłe, bladoróżowe kołdry i poduszki walały się w zagłębieniach przy krawężnikach i ścieku, pośrodku drogi drobne płatki rozwałkowane ciężkimi kołami wcisnęły się w jej pęknięcia i szczeliny. Nad szpitalem przeleciał bocian, wracał do gniazda, może nad Małą Panwią ma adres zamieszkania. Okazuje się, że bocianice przywiązują się do gniazda, a nie do partnera. Mogą mieć ich wielu, w zależności kogo spotkają w swoim gnieździe.
Chorowanie, a tym samym umieranie wymaga cierpliwości, a także nie lada sprytu i umiejętności. Do takiego wniosku doszedłem wsłuchując się w jęki i opowieści towarzyszy szpitalnej gehenny. Wiele trzeba przecierpieć, spotkać się z wieloma rozczarowaniami i pozornymi uzdrowieniami zanim skuma się czaczę, o co w tym tańcu ze śmiercią chodzi.

A