Wielka ulga strudzonych stóp
Wieczór rozciągał się po niebie coraz śmielej. Olbrzymie drzewo, stojące pośrodku brukowanego placu, z upragnionego za dnia punktu wytchnienia zmieniło się w szary element tła pośród pomarańczowych świateł i skupisk ludzi, cieszących się lżejszym wreszcie powietrzem. Szeregi nastolatków wymaszerowywały teraz z wąskich uliczek, prosto na główne bulwary. W końcu wydostali się z opustoszałych restauracji i budek z lodami, gdzie w upale, śpiąc na stojąco, odmierzali westchnięciami czas do końca dniówki. Nagle rozległ się śmiech, przekleństwo i jedna z młodych pracownic hotelu przy plaży runęła na bruk.
Dokładnie na środku placu, w plamie cienia wielkiej surmii, na swoich chudych i twardych łydkach stał Emil Drab. Jedną stopą, obutą w czerwoną tenisówkę, podpierał się o płotek okalający drzewo, próbując w ten sposób zbliżyć twarz do pnia bez hańbienia przyrody. Szerokie, zwichrzone brwi skakały mu zawzięcie po czole, gdy z uwagą czytał nekrolog przypięty do pnia pinezkami. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Tak naprawdę Drab mozolnie próbował wydobyć jakiekolwiek słowa z zapisanej cyrylicą krótkiej notatki, która jego zdaniem była zapewne osobistą ciekawostką o denacie. W ciemnościach szwankował mu wzrok, a konieczność posługiwania się angielskim wyparła z jego głowy resztki dawno poznawanych języków. Wreszcie przeniósł wzrok na fotografię zmarłego. Znów wstrząsnęło nim uderzające podobieństwo nieboszczyka do niego samego, mimowolnie odtworzył nawet sfotografowaną minę, wyginając usta w ten sam grymas niechęci i niedowierzania.
Emil był już niezmiernie znudzony czekaniem na żonę, ciepłymi dniami, całym tym wyjazdem i zastanawianiem się, czy naprawdę wykopią go pod koniec roku na emeryturę, słowem – beznadzieja. Aż tu, dosłownie z mroku, wygląda jego zalaminowana podobizna, młodsza o rok i martwa, ale jednak! Niebywałe znalezisko. Wyjął z saszetki mały aparat cyfrowy na baterie, którym przez cały wyjazd robił zdjęcia tego, co było tu wszechobecne: odrapanych szyldów, wychudzonych kotów i właśnie nekrologów. Gdy po raz czwarty nacisnął przycisk z wyjątkową mocą, bo w ciemności aparat nie mógł wyostrzyć obrazu, trzasnęła lampa błyskowa, która nie dość, że oślepiła Draba swoim blaskiem, to jeszcze zrujnowała fotografię – światło odbiło się od zalaminowanej powierzchni i w efekcie jedynie połowa twarzy denata była widoczna, druga zaś ginęła w białej plamie. Mrugając zawzięcie, Emil wpatrywał się w malutki ekran i choć nie był pewien, czy to nie tylko złudzenie, wydawało się, że dzięki temu podobieństwo między nim a nieboszczykiem prezentuje się wręcz bliźniaczo. Złośliwie nie mógł się doczekać, aż pokaże obrazek córce. Natalia na każde wspomnienie jego nieuchronnej i pewnej przecież śmierci wpadała w dziecinną złość. Chciał nawet przesłać jej od razu wiadomość, ale gdy próbował powtórzyć zdjęcie telefonem, obraz wychodził rozmyty i nie było wiadomo, czy to nekrolog, czy informacja o błąkającym się po ulicach staruszku. Cała istota podłego żartu traciła pierwotny sens.
Zrobił kilka kroków w stronę butiku, do którego weszła Marta. Nawet z tej odległości mignęła mu jej czerwona fryzura za witryną – jeszcze tam siedzi.
Dawno by się rozwiedli, gdyby nadarzyła się ku temu sposobność, jakiś dobry powód, najłatwiej pod ludzką postacią. Jeszcze dziesięć (tak naprawdę siedem, ale Drab miał tę zakrawającą o fetysz skłonność do zaokrąglania liczb w górę) lat temu myślał, że oto ujawniła mu się taka właśnie przyczyna. Wszystko w tej historii było banalne jak popołudniowe ziewnięcie. Młodość, starość, zauroczenie, desperacja – Emil sam nie mógł się zdecydować, czy był bardziej dumny, czy zażenowany, że wziął udział w tak ogranym repertuarze. To – odpychane przez jakiś czas – uczucie rozczarowania własną przewidywalnością wystarczyło, żeby odetchnął z ulgą na wieść, że to koniec romansu.
Marcie, jak zauważył niedawno, w tej kwestii powodziło się o wiele lepiej niż jemu i nawet nie starała się tego ukryć. On przynajmniej korzystał ze służbowej skrzynki mailowej i konwencjonalnie wynajmował hotele. Gdyby odkrył jej eskapady te dziesięć (siedem) lat temu, pewnie zdemaskowałby żonę z poczuciem triumfu i jakoś by to poszło. Tyle że teraz zmieniło się wszystko, gwałtownie się postarzał, co widział zarówno w lustrze, jak i na nieswoim nekrologu, wiszącym na drzewie w Bułgarii. Jedyne zresztą, o czym marzył, to kolejne lata pracy w instytucie i własne badania prowadzone w nowo wyremontowanym gabinecie – rodzinnie nadal nazywanym małym pokojem (Emil skrycie ich za to nienawidził). Rozwód oznaczałby w tym momencie dużo więcej zachodu niż kolejny romans – pocieszał się Drab, choć nie miał już żadnych perspektyw na tym polu. W obliczu tego wszystkiego nie mógł uwierzyć, że Marta nie tylko od lat, ale i nadal! zdradza go z takimi sukcesami. Próbował nawet przyjrzeć się jej tak, jak gdyby widział ją pierwszy raz w życiu, albo chociaż ożywić jakieś wspomnienia, ale daremnie – nie rozumiał. Romansami był zaskoczony, lecz nie dotknięty. Jeśli coś potęgowało jego niechęć do Marty, to odkrycie, że nie rozumiał jej dużo bardziej, niż mu się wydawało. Tkwiła przy nim bez żadnej logiki, dlatego od tamtego czasu Drab systematycznie tracił do żony szacunek.
Czekając, aż wyjdzie ze sklepu, wycofał się z cienia, aby podziwiać w świetle latarni surmię. Rozległe, zdrowe blachy liści i zwisające spośród nich strąki piętrzyły mu się nad łysiejącą głową. Otarł dłonią suche czoło – w codziennym upale wyrobił sobie nawyk – i jego wzrok padł na lecącą ku ziemi kelnerkę z hotelu przy plaży.
Uderzenia nie udało jej się zamortyzować dłońmi – trzymała w nich telefon i zamknięte piwo. W akcie desperacji, przyłożyła przedmioty do piersi, starając się przewrócić bardziej na bok. Wyrżnęła o bruk ramieniem i nagimi żebrami, które odsłoniła podwinięta szeroka koszulka. Choć uchroniła twarz i głowę, wypadek wyglądał na tyle poważnie, że wśród grupki przyjaciół wybuchł chaos, a stojący najbliżej Emil Drab od razu podbiegł na ratunek.
Pochylony, zatroskany wyciągnął do oliwkowej dziewczyny dłoń i poczuł, jakby rzeczywistość poraziła go prądem. „Are you okay?” brzmiał mu w uszach jego własny, ale zdeformowany, sztuczny głos. Co gorsza, dobrą chwilę stał tak z wyciągniętą niezgrabnie w powietrzu łapą, skierowaną teraz do nikogo, gdy ogarniały go fale gorąca. Kelnerka z hotelu wstała o własnych siłach i rzuciła mu – nawet nie na sekundę! – zdziwione spojrzenie. Okrzyki znajomych, które początkowo wydawały mu się sygnałem przerażenia, okazały się teraz wybuchami śmiechu, jeden z tych młodych wyciągnął telefon i zaczął robić zdjęcia poszkodowanej, która z krzywym uśmiechem podnosiła koszulkę, pokazując do aparatu zdartą na żebrach skórę.
Emil wyprostował się sztywno, z ręką przyciągniętą nagle do boku i bolesnym poczuciem niewidzialności. Jednocześnie czuł się, jakby niósł na sobie cały ciężar głównej roli, ale zapomniał swojej kwestii. Nie, dużo gorzej – jakby myślał, że jest oklaskiwaną gwiazdą wieczoru i zorientował się, że tylko obok niej stoi, sam zaś ściąga na siebie jedynie litość pomieszaną z dezaprobatą. Wprawdzie nikt z przechodniów nie zwrócił uwagi na Emila, nawet kontuzjowana kelnerka zapomniała o jego łopatowatej dłoni wyciągniętej w jej stronę, kiedy tylko pozbierała się z chodnika, a jednak – Draba z całą mocą ogarnęło upokorzenie i chęć znalezienia się w końcu w domu, z dala od tej bułgarskiej dziury.
Gdy szedł z powrotem w cień drzewa, wydawało mu się, że stawia nogi niezgrabnie jak plastelinowy olbrzym. Wciąż nie wiedział, co zrobić z zaskakująco zbędną ręką, więc wcisnął ją do kieszeni, potem znowu wyciągnął, nerwowo otarł – tym razem mokre – czoło, zakasłał, z ulgą wlazł w plamę cienia, czując się jednocześnie coraz bardziej idiotycznie. „Jak jakiś zboczeniec” – pomyślał jeszcze o sobie i poczuł, że oto w nim, w Drabie, wszystko się już wyczerpało. Chciał po prostu napić się zimnego piwa, pooddychać wieczornym powietrzem, popatrzeć na ludzi ponad włosami swojej żony, pooglądać na małym ekranie sfotografowane tego dnia nekrologi, spojrzeć w oczy tym, co już umarli, i w myślach wznieść toast za żyjących, a przede wszystkim chciał po prostu poczucia spokoju i swobody w jakimś kącie restauracyjnego ogródka, do którego mieli iść. Chuj z tym wszystkim. Już niczego mu się nie chciało, a zwłaszcza nie chciało mu się oglądać Marty i słuchać wiecznie tych samych historii o tym, że wzięto ją za młodą wdowę, bo oglądała czarne sukienki; tych wszystkich pełnych desperacji wybiegów, nie. Czekał, aż dowie się o jego romansie, czekał, aż się z nim rozwiedzie, czekał, aż wyjdzie z tego pierdolonego sklepu, ale ile można czekać?
Zobaczył ją, stała na schodku przy wyjściu ze sklepu, z tymi czerwonymi włosami, jarzącymi się jak ostrzegawczy sygnał świetlny. Bezradnie rozglądała się za nim, jednak Emil Drab wyjątkowo żwawo pędził dokładnie w to miejsce, gdzie przed chwilą upadła dziewczyna. Już bez wstydu, płynnie wśliznął się w strumień ludzi i wraz z nimi skręcił w najbliższą uliczkę.
*
Wszedł do baru, usiadł przy lepkim stoliku i z jeszcze bardziej lepkiego menu wybrał piwo z frytkami. Rzucił się na nie tak łapczywie, że zakrztusił się, rozkaszlał, a zaraz potem dostał potężnej czkawki, która wstrząsała jego ciałem, ilekroć starał się powstrzymać nieeleganckie kwiknięcia. Kiedy poczucie zażenowania zaczęło maleć, między jednym a drugim czknięciem zdał sobie sprawę z tego, że nie ma żadnej wiadomości od Marty. Żadnego połączenia. Początkowo był tym niezmiernie zdziwiony, zwłaszcza że wcześniej przezornie wyciszył telefon z zamiarem ignorowania jakichkolwiek nacisków z jej strony. Nie sposób jednak ignorować ciszy, która sama w sobie jest istotą obojętności – i to już Drabem zatrzęsło z siłą większą od czkawki, która, notabene, właśnie przeszła.
Sącząc zimne piwo, teraz już powoli i z namysłem, pozwalał, by ogarnęła go fala wściekłości i oburzenia. Przecież widział, jak wylazła z tego sklepu prosto na ulicę, jak szukała go wzrokiem, Jednak im mniej miał w szklance, tym bardziej złość ustępowała miejsca przerażeniu. Emil Drab przestraszył się, bo nie sądził, że jego żona jeszcze kiedykolwiek wzbudzi w nim złość lub jakąkolwiek silną emocję. Tymczasem zaczynał poważnie obawiać się, że ten nagły zryw, szaleństwo w postaci wieczornej, samotnej eskapady było tylko jego żałosną próbą zwrócenia na siebie jej uwagi. W połowie drugiego piwa Drab powziął postanowienie – nawet jeśli uciekł tylko po to, by go Marta goniła, to teraz właśnie się to kończy, teraz właśnie przestaje być żałosnym pantoflarzem, bo jest, na miłość boską, lipiec i gorąca noc, a on ma pieniądze i jest jeszcze całkiem-całkiem facet, prawdopodobnie.
*
Stał po kostki w wodzie i patrzył w ciemność. Przez chwilę zamknął oczy, koncentrując się na wielkiej uldze strudzonych stóp. „Wielka ulga strudzonych stóp”,pomyślał Drab, notując w głowie, że tak zacznie swój wiersz. Kiedy ostatni raz pisał wiersze? Chyba tuż po studiach. Tak, wróci do pisania wierszy i do jazdy na rowerze, musi wyciągnąć córkę na wycieczkę do tego lasu, gdzie jeździli, gdy była malutka. Próbował jeszcze przez moment wymyślić drugi poetycki wers, ale wspomnienie kilkuletniej Natalki, piszczącej, bo nagle znalazła się w środku wielkiego mrowiska, dopadło go z pełną mocą. Ciężar tej miłości – nikogo tak nie kochał, nawet się do tego nie zbliżył – przygniótł Emila, więc na moment pozwolił sobie rozbeczeć się na całego.
Po chwili, wciąż w lekkim drżeniu, zawrócił na piasek i położył się na wznak, rozrzucając ręce szeroko. We własnej ocenie był już zupełnie trzeźwy. W barze rzeczywiście trochę go poniosło. Początkowo wpadł na – trzeba mu to przyznać – genialny pomysł. Popędził do najbliższego sklepiku z pamiątkami, kupił talię kart i zaproponował partyjkę trochę pomiętemu, ale przystojnemu mężczyźnie, który podobnie jak on spędzał wieczór samotnie. Kiril był wspaniały – ciekawski, krzykliwy, wesoły, tylko w karty miał piekielnego farta. Prostym angielskim, pomieszanym z przekleństwami w obydwu swych ojczystych językach, obrażali się serdecznie, a to z kolei bawiło ich do łez. Drab czuł, że aż iskrzy od środka tą witalną siłą, którą z taką łatwością emanował Kiril. Nic więc dziwnego, że ochoczo zaklaskał w dłonie, gdy jego towarzysz zaoferował mu, że zaprosi swoją przyjaciółkę.
Gdy weszła do baru, początkowo myślał, że coś mu się przywidziało. Wstał z impetem, wylewając przy okazji resztkę swojego piwa, i niemal krzyknął. Zaraz przepraszał Kirila i tę kobietę, której imienia nawet nie zapamiętał, zrzucił wszystko na alkohol. To na szczęście – i oczywiście! – nie była Marta. Bardzo starał się, by jego twarz pozostawała przyjazna, ale ilekroć zerkał na czerwone włosy przyjaciółki Kirila, czuł, że usta wykrzywia mu niechęć. Wkrótce Emil Drab – choć nie miał o tym pojęcia – wyplątał się z sytuacji, która przysporzyłaby mu wstydu, którego prawdopodobnie już by nie udźwignął. Przyjaciółka zamierzała jedynie Draba trochę oczarować i okraść. Pożegnał się z Kirilem czule, ale stanowczo, a potem wyszedł z baru i kompletnie nieświadomy, czego właśnie dokonał – od razu ruszył w stronę taksówek. Ugryzł się w język, nim podał taksówkarzowi swój domowy adres i z wielkim rozczarowaniem wydusił z piersi nazwę hotelu. Ale nie zamierzał wracać do pokoju, nie. Pokazał ochroniarzowi przy zamkniętej plaży opaskę i po chwili został sam, w ciemności, przy morzu, w tę piękną, ciepłą noc. Tak przynajmniej mu się wydawało.
Jednak plecy Draba oświetlało ostre światło lamp i strażnik, który z pewnym niepokojem pozwolił mu wejść na plażę, nie spuszczał teraz z niego oka. Obserwował, jak stary mężczyzna brodzi w wodzie, a później długo stoi w jednym miejscu i – na co wskazywałyby jego trzęsące się ramiona – płacze. Już ogarnęła go ulga, gdy zobaczył, że zawraca z wody, ale facet rzucił się na piach i leżał bez ruchu. Pracownik hotelu, człowiek o zaskakująco wrażliwej osobowości, dłuższą chwilę zastanawiał się, czy podejść. Mężczyzna na pewno chciał być sam, skoro w środku nocy poszedł na plażę. W dodatku płakał. Z drugiej strony – minęło już trochę czasu. Ochroniarz przywołał w pamięci wyraz twarzy Emila Draba – puste oczy, uniesione nad nimi krzaczaste brwi i coś dziwnego, coś jak rezygnacja. To wystarczyło.
Leżąc na piasku i czując, jak od czasu do czasu do stóp podpływa mu woda, Drab zastanawiał się, dlaczego nie przychodził tu co noc. Zaczął nawet żałować, że pojutrze już wyjeżdżają. Nie spodziewał się, że na plaży będzie sam – gdyby był młody, na pewno zaciągnąłby tu dziewczynę albo przynajmniej kumpla z butelką. Cieszył się tym, że jedyne, co słyszy, to jednostajny szum, jedyne, co widzi, to maleńkie kropki gwiazd, najjaśniejsze wtedy, gdy zerka się na nie kątem oka. Najchętniej zostałby tu przez resztę czasu, który miał. Przymknął oczy, oddychał głęboko tym nadmiarem szczęścia, który nagle go ogarnął.
Ochroniarz podszedł do staruszka ostrożnie, nie chcąc go wystraszyć.
– Halo? – rzucił.
Drab powoli, z konsternacją, otworzył oczy i uniósł się na łokciach. Uśmiechał się.
– Are you okay?
Drab patrzył na cień wielkiej postaci tuż nad nim, na wyciągniętą w jego stronę rękę. Następnie spojrzał w dół – jedna tenisówka, mokra od wody leżała przewrócona obok niego, drugiej nigdzie nie było. Rzucił okiem na swoje ciało – chude łydki, obklejone mokrymi włosami, coraz krąglejszy brzuch i te pokraczne dłonie, takie wielkie miał dłonie. Uśmiechnął się przepraszająco do strażnika plaży, a potem padł na plecy, zanosząc się śmiechem. Chichotał jeszcze długo po tym, jak ponownie – tym razem naprawdę – został sam.