Wyjazd
Dość wcześnie wyjechaliśmy z domu. Wybrałem trasę do Czech raczej ubogą w niespodzianki. Bała się jechać autostradą, więc zgodziłem się na alternatywne rozwiązanie, jakim była droga przez obrzeża miast, wioski, wioseczki.
Wziąłem ze sobą termos z kawą i rogalika z piekarni, do której zajechałem przez wyjazdem. Jej siostra poprosiła o kanapkę, ona niczego nie chciała. Powiedziała, że jeszcze by zwymiotowała, a poza tym i tak jej było niedobrze. Żeby zdążyć, jedliśmy w drodze, siostra polewała mi kawę, siedziała z przodu. Ona ulokowała się z tyłu za moim fotelem.
Nie rozmawialiśmy zbyt wiele, jeśli już, to od czasu do czasu zamieniłem parę słów z jej siostrą. Atmosfera raczej była grobowa. Spoglądałem w lusterko, by czasem na nią spojrzeć, ale ona tępo gapiła się w okno, jeżeli zaś czasem uchwyciłem jej zmarniały wzrok, szybko kierowałem oczy na drogę.
Krajobraz był bardzo przyjemny, choć dzień – pochmurny. Mijaliśmy malownicze domy wybudowane z wielką starannością i oddaniem, na pierwszy rzut oka oczywistym było, że właściciele z prawdziwą czułością dbali o wygląd swoich domostw i obejść. Poczułem zadowolenie na myśl, że nasz dom jest zawsze czysty, że regularnie koszę trawę, wyrywam chwasty, podcinam krzewy. Patrzyłem nawet z pewną wyższością na budynki, których ściany były zabrudzone, a chodniki wokół niepozamiatane.
– Chciałabyś się czegoś napić? – zagadnęła jej siostra.
– Nie, dziękuję – Jej głos ledwie się przebił przez szum opon i trzaski silnika.
– Nie bój się – odwróciła się do niej i złapała ją za kolano.
Nie odwzajemniła spojrzenia, znów zapatrzyła się w okno. Zobaczyłem w lusterku, że szybko mruga. Nawet mnie to nieco zirytowało, może nawet zezłościło. Co ona sobie myśli?
Nie mieliśmy tak daleko do Czech, ale droga dziwnie mi się dłużyła, jakby specjalnie mnie spowolniała, a może i próbowała nawrócić, jakby mówiła mi „wracaj do domu”. Zacisnąłem usta i zmrużyłem oczy, odpędzałem od siebie uporczywe, niechciane myśli.
Przekroczyliśmy granicę. Zatrzymaliśmy się na stacji, żeby zatankować i zapalić. Na parkingu znaleźliśmy pustą ławkę. Ja i jej siostra staliśmy, ona usiadła. Dalej wyglądała właściwie tragicznie, więc zaproponowałem jej papierosa – w końcu paliła jak smok – ale odmówiła. Pokręciła tylko głową i zapatrzyła się na swoje buty.
Słońce, które po stronie polskiej czasem wychodziło zza chmur, teraz się zupełnie schowało. Nie było wiatru, duchota zaś przytłaczała i choć stałem w miejscu, bardzo się pociłem, ręce aż miałem lepkie, lecz ona siedziała w bluzie z kapturem zarzuconym na głowę.
– Może kupić ci kawę? – zapytała ją siostra.
Pokręciła leniwie głową.
– Od rana niczego nie piłaś ani nie jadłaś – odrzekła troskliwie i zgasiwszy papierosa, usiadła obok niej, po czym zarzuciła jej rękę na ramiona i mocno przytuliła do siebie. Ona nie odwzajemniła tego uścisku, dalej bezmyślnie wgapiała się w trampki.
– Skoro nie chcesz nic jeść ani pić, to jedźmy – powiedziałem oschle i poszedłem w stronę auta. Czekałem jeszcze parę minut, aż do mnie dołączy. Patrzyłem na nią przez szybę, nie ruszała się, jakby chciała zostać na tej ławce i już nie wstawać, nie jechać dalej. Jej siostra też się ociągała, widziałem, że wcale jej nie pogania.
Dotarliśmy do kliniki koło południa, gdy usłyszeliśmy pierwsze grzmoty. Nadchodziła burza, witałem ją z wdzięcznością. Ona jeszcze bardziej zapadła się w siedzenie, nie chciała wychodzić z auta. Jej siostra przesiadła się do tyłu i znowu ją do siebie przytuliła, mi zaś posłała nienawistne spojrzenie. Chwilę trwały tak w uścisku, po czym ona odsunęła się od swojej siostry, wyszła z auta i wsiadła do niego z powrotem, ale na miejsce, które wcześniej zajmowała jej siostra.
Zerknąłem na nią z ukosa, była odwrócona w moim kierunku, oczy miała smutne.
– Spójrz na mnie – powiedziała niemal błagalnie.
Zmusiłem się, by spojrzeć jej w twarz, a gdy już to zrobiłem, ujrzałem oczekiwanie i nadzieję. Wyglądała tak, jakby bezgłośnie mnie prosiła. Kiwnąłem hardo głową. Spuściła wzrok, na jej podołek spadła łza.
– Idziesz?