Z miłości do niewidzialnego
Tutaj namalowałem światło – powiedział, wskazując ruchem głowy obraz w formacie dwadzieścia na dwadzieścia pięć. Z początku nie zwróciłem na niego uwagi, zbyt zajęty studiowaniem aktów Jackiewicza, którego malarstwo subtelnie unaoczniało, że nie ma w człowieku linii prostej. Powróciłem do obrazu i zacząłem się przyglądać. Było w nim coś z mirażu – kiedy skracałem do niego dystans, zdawał się falować. Na płótnie dostrzegłem hałdy piasku. Nakładały się i przenikały wzajemnie. Każdą kolejną warstwą rozciągały kolorystyczną granicę pomiędzy ugrem a lazurem (wtedy nie myślałem o tym w ten sposób, zaś o dystynkcji pomiędzy kolorem a pigmentem w percepcji malarza miałem dowiedzieć się dużo później). Niewiele rozumiałem. Wyuczony systemowo odbiór malarstwa – wydestylowany z analiz reprodukcji w podręcznikowych odbitkach – zbierał żniwo i pozostawił mi poznawczy mętlik. Westchnąłem, szukając na podłodze punktu zaczepienia dla oczu. Każdy punkt na obrazie jest punktem świetlnym, który rzuca światło – dodał, po czym do powierzchni blejtramu przyłożył pod kątem prostym białą kartkę. Kartka zaczęła świecić. Tak jak światło odbite od przestrzeni obrazu odbija się w twoim oku, tak tuta, każdy punkt na obrazie jest obiektem świetlnym, który je rzuca – spróbował dokładniej wyjaśnić. Po czasie zrozumiałem, że były to dziesiątki bardzo cienkich warstw, nakładanych jedna na drugą przy użyciu aereografu. Finalnie? To również iluzja światła, ale wymagająca zrozumienia jego materii.