Przejdź do treści
Z miłości do niewidzialnego
EsejMichał Maciej Bogdanowicz
ESEJ

Z miłości do niewidzialnego

Opublikowano w: Nr 01•2025 [14]

Tutaj namalowałem światło – powiedział, wskazując ruchem głowy obraz w formacie dwadzieścia na dwadzieścia pięć. Z początku nie zwróciłem na niego uwagi, zbyt zajęty studiowaniem aktów Jackiewicza, którego malarstwo subtelnie unaoczniało, że nie ma w człowieku linii prostej. Powróciłem do obrazu i zacząłem się przyglądać. Było w nim coś z mirażu – kiedy skracałem do niego dystans, zdawał się falować. Na płótnie dostrzegłem hałdy piasku. Nakładały się i przenikały wzajemnie. Każdą kolejną warstwą rozciągały kolorystyczną granicę pomiędzy ugrem a lazurem (wtedy nie myślałem o tym w ten sposób, zaś o dystynkcji pomiędzy kolorem a pigmentem w percepcji malarza miałem dowiedzieć się dużo później). Niewiele rozumiałem. Wyuczony systemowo odbiór malarstwa – wydestylowany z analiz reprodukcji w podręcznikowych odbitkach – zbierał żniwo i pozostawił mi poznawczy mętlik. Westchnąłem, szukając na podłodze punktu zaczepienia dla oczu. Każdy punkt na obrazie jest punktem świetlnym, który rzuca światło – dodał, po czym do powierzchni blejtramu przyłożył pod kątem prostym białą kartkę. Kartka zaczęła świecić. Tak jak światło odbite od przestrzeni obrazu odbija się w twoim oku, tak tuta, każdy punkt na obrazie jest obiektem świetlnym, który je rzuca – spróbował dokładniej wyjaśnić. Po czasie zrozumiałem, że były to dziesiątki bardzo cienkich warstw, nakładanych jedna na drugą przy użyciu aereografu. Finalnie? To również iluzja światła, ale wymagająca zrozumienia jego materii.

Więcej

A