Przejdź do treści
Złoty żuk
ProzaIwona Bolt
PROZA

Złoty żuk

Opublikowano w: Nr 02•2025 [15]

„Nieadekwatna to jest śmierć w maju córko, kiedy świat kwitnie, a serce milknie.”

Słowa ojca brzmią mi w uszach, kiedy patrzę na wiosenny ogród. Jeszcze wszystko soczyste, jędrne, ale w tym początku widzę już zapowiedź końca. Zieleń pełna soków zawiera żółć, która zaraz przejdzie w czerwień i z wolna kod dorosłości przejmie władzę. Już w niej fermentuje. A czas, choć udaje nieskończoność, jest już jej cieniem. Nie szkodzi, i tak uwielbiam ogród w maju. Lubię momenty ciszy, zaczynają być niepoliczalne. Starzenie się z godnością wymaga delikatności wobec siebie – powtarzam sobie, słuchając, jak zegar biologiczny wybija godziny. Przez lata uczyłam biologii w tutejszym liceum, zatem powinnam wiedzieć, jak to działa. Tyle w teorii, a w życiu inaczej, bo niby dlaczego ze wszystkich grządek w mojej głowie najbardziej odporna na szkodniki jest ta z roślinami? Dlaczego wiem, w jakim towarzystwie lubią rosnąć lewkonie, kiedy wysiać lwie paszczki, jaskry, kosmosy. Dlaczego trzeba przycinać bez po kwitnięciu, oszczypywać pomidory – to wiem, ale już daty, który jest dzisiaj dzień, umykają mi między promieniami słońca i muszę ich szukać. Wyciągam z kieszeni kartkę. No przecież. Kiedy słońce zawiśnie wysoko nad klonem, strażnikiem myśli bywalców ROD-ów, on przyprowadzi wnusia, moje oczko w głowie. Wycieram ręce w dżins ogrodniczek, ja i rośliny mamy własny dress code. Nosimy kieszenie, tajne przegródki, kaptury, tunele i dziury. To schowanka bezdenna, na agrafki, nasiona oraz wspomnienia, które lepiej byłoby zgubić, ale wracają bez pytania, jak zapach deszczu i echo niechcianych słów. Te kieszenie, oczywiście, że pasują do mnie, tak samo jak zielona konewka, niedoczas, melancholia, a właściwie wnikliwość i potrzeba odnajdowania chwil, w które wchodzę coraz głębiej. Nasiąkam nimi jak warstwami wspomnień, jak gąbka płynem. Wchłaniam jak bibuła kroplę rosy, rozszerzam się, rozprzestrzeniam, mgliście istnieje w tym samym momencie pod liściem orlika, na szczycie sosny, w kielichu konwalii. Jestem wszędzie i to mi pasuje.

– Kaśka, Kaśka, otwieraj furtkę!

Bawi mnie, że Stanisław anonsuje swoje przybycie jak na dwór carycy Katarzyny. Dlaczego to robi, domysły zostawiam za bramą ROD-ów. Jesteśmy małżeństwem od tylu lat, mogę sobie na to pozwolić. A potem napotykam oczy Wojtusia, uścisk słodki i otulający jak kocyk lub misternie rozpięta sieć krzyżaka, wpadam w nią i czuję całus mokry od radości.

– Pamiętasz, muszę do urzędu, przyjdę za dwie godziny, Kaśka, tu Ziemia.

Pionowa zmarszczka na twarzy Stasia niepokoi, ale lubię ją wygładzać palcem, całować i mówić do niego tonem, który sprawia, że się uśmiecha. Oczywiście, kochanie, nigdzie się stąd nie ruszymy, będziemy na ciebie czekać. Gdy tylko znika za bramą, podskakujemy z Wojtkiem na wietrze i krzyczymy: lody!

„Limonka” nie jest daleko. Mała rączka, rachunek czułości, starannie układa mi się w dłoni, słodka paplanina jak mantra sączy do ucha: „a Babcia wie”, „a słyszała”, „a ja to ostatnio”… Ja instytucja, ja babcia robię dostojną minę, trzymając w dłoni berło, delikatnie ujmuję to, co najważniejsze, ciesząc się, że mieni się żywo i tyle jest warte. Gdzieś po drodze cień, a potem nie zauważam, jak mimochodem ściera złoto z powiek i skrywa jasność, a obraz się wyostrza. Kobieta. Mija nas. A ja widzę prostą linijkę, harcerską lilijkę, miłośniczkę cnoty, samarytankę w białym fartuchu, która wkłuwa wenflon w kościsty grzbiet dłoni, a potem z radością podrzuca psią kupę na wycieraczkę sąsiadów, dając upust temu, co skryte. Prosta, bez piersi struna, z morderczo zaczesanymi w kucyk włosami. Ta mina, ten moment uchwycony w locie, grymas jej natury gości na mojej twarzy i słyszę śmiech Wojtusia. Potem pan z barowym brzuszkiem. Nakręca się mrok, gęstnieje, a ja czuję, jak na moje oblicze wpełza obleśny uśmiech, i mrugam do przechodnia. Wojtuś zatacza się ze śmiechu jak pijany. Idziemy dalej i choć z przystankami na portrety osobliwe, dochodzimy jednak do „Limonki”. Wita nas przyjemny chłód.

– Pani Kasia? Jak dawno pani u nas nie było!

Ciepło. Czuję. Gorąc rozlewa się po żyłach, wędruje wewnętrznymi ścieżkami, parzy mnie, pulsuje, czegoś szuka. Tyle dróg mam w sobie – nawet nie wiedziałam, że istnieją. Potem promień, wspomnienie, mam jej imię na końcu języka.

– Pani Barbara – zaczynam cicho, mamrocząc. – Faktycznie – to dodaję już pewniej – bo dziś jest szczególny dzień. Wnuczek nas odwiedził.

Oczy Wojtusia wpatrzone już nie we mnie, ale w lodówkę kolorowych słodkich rozkoszy. Czuję, jak słodycz ścieka mi po języku, cytrus zabarwia nalot, bruzdy i plamy tworzą nowy wzór, a ja ciągle kołyszę się pomiędzy czekoladą i sorbetem, bo Wojtuś nie może się zdecydować.

– Weźmiemy oba – stwierdzam.

I już wiem, że musimy się spieszyć. On, bo widzę, że chce poczuć na końcu języka te smaki, ja, żeby zatrzymać czas, bo kiedy kupowałam lody, kątem oka widziałam, jak piksel po pikselu sklepowy zegar rozmywa się z wichrem chwili. Szkoda. Liżemy lody. Na ławce. Na ścianie naszych wyobrażeń, czym jest raj. To oczywiste, że smakuje słodko, że pachnie jak mango, jak plaża, którą dotykam bosą stopą zanurzoną w piasku. Ziarenka przesypują się między paluszkami, bo zdjęliśmy buty. Dyndając nogami, zaciągamy się słonecznym popołudniem i czymś jeszcze. Bez przy sklepowej ławce bierze nas całkowicie we władanie.

– Czujesz Wojtuś? – pytam i kątem dłoni wycieram brązową strużkę z jego brody.

Drobne palce oplatają moją dłoń – jak guziczki z dawnej sukni, które kiedyś jako dziewczynka zapinałam niezdarnie. Teraz on – mój wnuk – ściska mnie, jakby próbował przypiąć mnie z powrotem do świata. I tak siedzimy na ławce, a między nami chwila, piętno zapinania, domknięcia, powrotu do czegoś zapomnianego.

– Słyszysz – pytam się Wojtusia – to „Polka Dziadek” lata z radiem.

Ta melodia właśnie gra na hejnał, być może tylko w mojej głowie, bo chłopiec kręci z niezrozumieniem głową.

– Zbierajmy się, to znak – mówię i patrzę na niego z zachwytem.

On ma tylko ciekawość w sobie, gdzie skrywa się dżdżownica, kiedy pada deszcz, dlaczego komary nie lubią kocimiętki, kto wymyśla nazwy roślinom i czy on też może. Oczywiste, to oczywiste, że on może wszystko. Przynosi mi paczkę papierosów, skąd ją wziął, do kogo należy, dobrze, że Stanisław tego nie widzi.

– Babciu, to twoje. Mama mówi, że jesteś jak komin, cały czas dymisz.

Robię zaskoczoną minę. Skąd mój wnuk bierze te opowieści, fantazja dziecięca nie ma granic. W życiu nie paliłam. Odkładam paczkę na stół i dziwię się, że znajduje na nim popielniczkę. Będę musiała porozmawiać o tym ze Stanisławem. Usuwam oba przedmioty ze stołu, zanim mąż wróci. Szarości z popiołu retuszuję ołówkiem, myśląc, że ten szkic z życia mogę jeszcze poprawić lub ukryć. Tylko po co mam to kryć, już nie pamiętam. Czekamy na Stanisława, pielimy zagonek pod lawendę. Wojtuś wypatruje go z daleka, a Stanisław nie musi się anonsować tym razem, bo malec jest pierwszy. „Dziadek”! Dzieciak przykleja się do niego. I znowu świergot: „A Dziadek wie, że Babcia ma złote żuki, serio, najprawdziwsze ze złota są, pokażę. Babcia mówi, że uwielbiają parzydła leśne, ale one wcale nie parzą, te rośliny, sprawdzałem, a Dziadek wie, byliśmy na lodach, a Babcia już nie pali, wie Dziadek?”. Szczebiot, echo śmiechu, cichnące kroki, a ja zatrzymuję się tam, gdzie oni, we dwóch istnieją bez potrzeby mojej obecności. Nie chcę im przeszkadzać. Każdy z nas powinien spędzać jak najwięcej czasu z wnukiem, to nam ogrzewa serce, pozwala rano wstać z uśmiechem. Ale jednak jestem trochę zazdrosna o ten czas i nie mogę za siebie i wołam Wojtusia. Sadzam go przy stole i wyciągam paczkę ciastek w kształcie zwierzątek, to kolejna dawka cukru, której nie powinnam dawać dziecku. Stanisław to dostrzega, przygląda mi się uważniej niż zwykle, omijam jego wzrok i skupiam się na niecierpliwych palcach grzebiących w torebce. Patrzę na figurki, które już zasiedlają płaską powierzchnię, wśród nich go wypatruję. Nie mogę aż ustać z radości.

– Rany, pierwszy raz mamy żuka!

Stanisław bierze mnie za ręce, to, co widzę w jego oczach, nie podoba mi się.

– On nie istnieje, Kasiu. Wojtuś zginął dawno temu. To twoja pamięć trzyma go przy życiu.

Wcale nie chcę, żeby się odzywał.

– Ależ on tu był. Przecież jedliśmy lody.

Wyciągam z kieszeni kartkę, tę samą, którą znalazłam przed południem. Stanisław podaje mi okulary. „Wojtuś” przeczytałabym nawet z trzech metrów, ale pod spodem data i tekst rozmazany. Nie rozumiem go. Wyciągam z drugiej kieszeni pudełko z zasuszonym owadem i podtykam Stanisławowi pod oczy, niech wie.

– Dał mi go. Zobacz. I co powiesz?

Obserwuję, jak Stanisław bierze pudełko ostrożnie do ręki, jakby trzymał coś żywego. Przez chwilę patrzy w milczeniu, a potem jego oczy rozszerzają się. Na wieku, wyraźnie, dziecięcą ręką napisane: „Dziękuję za dzień w ogrodzie” – W”. Stanisław pochyla się ku mnie, a ledwie słyszalny drżący szept spływa mi do ucha. – Ten żuk… ma rzeczywiście złoty pancerz.

A