Łacina w biurze tłumaczeń
Aby wywołać skandal, można na przykład zacytować dokument. W roku 2025 podpisałem umowę z Instytutem Slawistyki PAN, obiecując przygotować „przekłady i adaptacje tekstów staropolskich oraz staropolsko-łacińskich” do książki Polemiki religijne wokół Unii Brzeskiej. Podręcznik dla humanistów pod redakcją dr hab. Katarzyny Kotyńskiej.
Podpisałem, a potem przeczytałem to jeszcze raz. Powoli. Dopiero wtedy dotarło do mnie, ilu ten zapis potrzebuje wyjaśnień.
Powstaje oto podręcznik, którego aneks – bo moja praca idzie do aneksu – będzie zawierał nie teksty źródłowe, lecz coś, co oficjalnie nazwano ich „adaptacją” bądź „tłumaczeniem z języka staropolskiego”. Wersja pierwsza brzmi nienaukowo i nieściśle, druga natomiast powoduje, że jak tylko książka wyjdzie drukiem, zacznę się przedstawiać jako tłumacz z polskiego na polski – na tej samej zasadzie, na jakiej inni współpracownicy projektu są tłumaczami tekstów napisanych w języku ruskim.
Paradoks polega na tym, że gdy tak to opisać, oni robią coś normalnego, a ja uskuteczniam osobliwy eksperyment. Natomiast jeśli spojrzeć na same teksty, to taki podział zadań oznacza, że sposób i stopień ich obróbki będą z grubsza podobne. Nie chodzi o dosłowne odwzorowanie oryginału, lecz o dostępność – projekt zakłada, że podręcznik może być dla czytelnika pierwszym źródłem informacji o Unii Brzeskiej. Przyjęcie zwykłej strategii, w której tekst staropolski jest poddawany redakcji, a staroruski tłumaczeniu, sprawiłoby, że polszczyzna brzmiałaby starzej i mniej przystępnie. Dlatego w tym szczególnym przypadku przekład z polskiego na polski przestaje być absurdem.